sobota, 14 maja 2016

Rozdział XLIX "Wybawca czy oprawca?"



          Ciche, spokojne ćwierkanie ptaków. Otulały one moje uszy pięknym śpiewem. Odzyskałam świadomość i powoli, ostrożnie otworzyłam oczy. Niestety, na jedno oko tylko było dane mi ujrzeć błękitny sufit i oświetlone wnętrze przez słońce, które wpadało dwoma oszklonymi ścianami. Drugie oko spowijała ciemność. Zdezorientowana od razu zmarszczyłam brwi.  W głowie przywoływałam sobie to, co się wydarzyło. Już pamiętam. Ale… ja żyję? Zdziwiona chciałam się podnieść z pozycji leżącej, lecz przyblokowały mnie pasy, którymi byłam przypięta do miękkiego łóżka. Do tego moje kończyny górne, nogi, żebra, a nawet szyja były oplątane warstwami bandaży z wystającymi opatrunkami z gazików. Niewygodnie mi. Zazgrzytałam zębami. Plastry mam nawet na policzkach? Naprawdę tak się skatowałam? I jakim cudem przeżyłam? Przecież on – przed oczami ukazał mi się ten obraz, jego, Davida i jego miecze – on mnie zabił. Szerzej otworzyłam lewe oko. A może to sen? To tylko pośmiertna wyobraźnia? Coś tylko powstałego w mojej głowie? Obróciłam się twarzą do okna. Odbijałam się w nim bardzo niewyraźnie. Zamglona postać tylko jakby była imitacją, hologramem. Na jednym oku dostrzegłam, że mam szeroki kawałek plastra. W dodatku jest on przekrwawiony. Straciłam oko? Zaczęłam ściskać obolałe, spuchnięte pięści, chcąc się wyrwać z pasów. Kto mnie tak załatwił? Gorzej niż w szpitalu psychiatrycznym. A jeśli to szpital psychiatryczny?! Dreszcz mnie przeszedł na samą głupią tą myśl. Nie jest tak źle jednak, nie dokucza mi niewyobrażalny ból, rany może się pogoiły choć w części. Nie wiem, ile czasu mogło minąć. Skierowałam teraz głowę w przeciwną stronę. Kark się odezwał. Spostrzegłam, że na tle białych drzwi od tego pokoju pięknie prezentowały się błękitne róże. Duży bukiet tych farbowanych kwiatów. Mimo wszystko, są cudowne. Stały na szklanym stoliczku, w czarnym, porcelanowym wazonie. Ciekawe od kogo je prawdopodobnie otrzymałam. Westchnęłam głęboko i przymknęłam oko. Teraz nabrałam nosem powietrza napełniając całe płuca. Oddycham bez problemu. Jakby się tu z tych pasów wydostać? Nawet przetrzeć twarzy nie mogę, włosów odgarnąć z ust. Po plecach chodzą mi mrówki, jednak ciało odrętwiało, co znaczy, że krótko tu nie leżę, tak przykuta. Powróciłam do gapienia się w poprzednie okno, które było skierowane wprost na błękit nieba, czystego i bez żadnej chmurki. Tak zachwycająco wygląda. Te odcienie, barwy i widoczne ledwo korony drzew z jasnymi, zielonkawymi liśćmi. Poruszały się one subtelnie na delikatnym wietrze i połyskiwały w słońcu. Schowałam brodę w szarą kołdrę. Czuję się tak… Dziwnie swojo, swobodnie, jeśli chodzi o samą też psychikę. A może to naprawdę jedynie kojący długi sen? Zamknęłam już całkowicie oczy, jeśli tak to niech więc trwa. Nagle dobiegł mnie trzask otwieranych drzwi. Drgnęłam mimowolnie. Niepewnie spojrzałam na odbicie pokoju. To David. Nieśmiało minął próg. Więc to jednak nie sen, bo on w nim by na pewno nie był.
-Wiem, że już się wybudziłaś, więc czy mogę wejść?  - Zapytał już w sumie po fakcie, bo wszedł bez pukania.
Odwróciłam się w jego stronę, ze zmieszaną i niepewną miną.  Nie wiedziałam, czy mam mu podziękować za zabicie, czy może odpłacić się? Zacząć krzyczeć, płakać, majaczyć, zamęczać pytaniami, komplementami? Wbiłam w niego pusty wzrok, bez słowa. Po co i czego on tu szuka?
-To, co się wydarzyło… - zaczął niewinnym tonem głosu, ręką gładził włosy na czubku głowy. – Wyjaśnię ci – dodał zbliżając się.
Nerwowo zacisnęłam dłonie i moje ciało odruchowo chciało się podnieść i oddalić od niego. Jakbym w środku się go bała, taka reakcja. Widząc to, przystał na moment. Odetchnął głęboko i ponownie spojrzał na mnie.
-Dobrze, rozumiem. Usiądę w takiej odległości – spokojnie odparł biorąc do ręki stojące przy stoliku krzesełko drewniane i stawiając je w obecnym miejscu swoim, usiadł, zachowując ten dystans.
Moje mięśnie nadal były napięte, lecz już nie dygotałam ze zdenerwowania. Znacznie się uspokoiłam.
-Mam nazywać cię zabójcą, czy może wybawcą, Davidzie? – Odezwałam się poważnym głosem patrząc mu prosto w oczy.
-Nie miałem wyjścia. Gdybym wtedy nie przebił was to – przerwał – To byś nie przeżyła – dodał, opuszczając wzrok, a w ręce zaczął skręcać materiał czarnej, bawełnianej koszulki.
-To była walka pomiędzy mną a nią. Sama byłam gotowa ponieść klęskę, lecz nie poddawałam się łatwo, walczyłam.. Nic nie wskazywało na to, że ja ostatecznie przegram – tłumaczyłam z wyrzutami ujętymi w słowach.
-Mylisz się – krótko zaprzeczył – gdybyś jeszcze chwilę tak pociągnęła i w końcu przebiła jej serce tak jak wyczytałem z twoich ruchów, to byś dokonała egzekucji również na sobie – wyprostował się i oparł o obicie siedzenia.
-Taki był mój wybór, moja ostateczna decyzja, moje przeznaczenie! – Krzyknęłam w złości, bo jak zwykle nigdy nic nie idzie po mojej myśli.
-Jesteś głupia, niesamowicie głupia – powtórzył z naciskiem.
-Nie ty jesteś od oceniania mnie – odburknęłam – dlaczego? Dlaczego się wmieszałeś wtedy? Czego dokonałeś? Co się stało z Lisą?
-Abyś przetrwała musiałem dokonać osądu. Jestem… Łowcą demonów – odpowiedział cichym głosem, jakby się tego obawiał.
-Więc cały ten czas się kręciłeś przy mnie, bo miałeś w tym jakiś cel, tak? – Zacisnęłam miękką kołdrę w lewej ręce.
-Nie, w życiu bym na ciebie nie zapolował – pokręcił głową – wykorzystałem swoją umiejętność, aby ciebie uratować.
Podejrzliwie zmierzyłam go wzrokiem. Przebijając mnie, chciał pomóc? Naprawdę ciekawy sposób, wypróbuję.
-Zostałyście rozdzielone i obie miałyście ograniczony czas. W dodatku wiedziałem, kiedy ostatecznie opadniecie z sił, a gdy ryzyko przekroczyło ustalone  moje granice to przystąpiłem do działania – mówił powoli i zrozumiale przyglądając się z odległości moim bandażom.
-Dalej, co się ze mną i nią stało? – Wtrąciłam mu, aby nie przerywał na tym wypowiedzi, gdyż frustrowała mnie obecna niewiedza.
-Gdybym nie zrobił tego to byś była martwa. Niestety, ale w ludzkim ciele jesteś skończona, więc poświęciłem Lisę, czyli pełnego demona, by umożliwić tobie dalsze życie – umilkł.
Wyrwałam jakimś cudem rękę z pasów i poluzowałam te, które mi starały się unieruchomić cały tors. Podniosłam się i nachyliłam nad podłogą. Zrobiłam to bardzo gwałtownie, prawie tracąc równowagę, lecz on mnie złapał i przetrzymał, abym nie zleciała.
-Że co zrobiłeś? – przez zaciśnięte zęby warknęłam na niego, przybliżając twarz do jego bladej cery i kremowych ust. Oparłam drugą rękę o jego kolano, wbijając się palcami w rzepkę.
-W chwili, gdy w tym samym czasie przebije moimi mieczami ludzkie ciało i demoniczne naczynie, to mogę przywrócić życie jednemu bytowi. W tym wypadku to było o wiele prostsze, gdyż byłyście bliźniaczkami. Dlatego też połączyłem was ponownie- on nawet nie mrugnął mówiąc, gdyż bardzo bliski dystans trzymałam do oporu, jeszcze bardziej wżynając się paznokciami w jego ciało przez materiał.
-Jak to połączyłeś? Że wszystko poszło na marne i jest po staremu? I dalej we mnie jest ona jako demon? – ożywiłam się i nawijałam jak zakręcona już.
-Nie – zaprzeczył po prostu – Abyś mogła tutaj teraz być i niebezpiecznie na mnie spogląda musiałem poświecić jej istnienie. Oddałem jej życie tobie. Nie, nie żyje w tobie, ani ty w niej – pomógł mi wrócić na swoje miejsce.
-Więc…? – Słabo odparłam tracąc już czucie w rękach i siadając wygodniej na łóżku.
-Jesteś pół demonem, pół człowiekiem. Mimo wszystko, nie jest tak jak kiedyś, że demon tylko trwał w twoim ciele, tylko ty sama nim jesteś – te słowa rozbrzmiały mi echem w głowie.
Ugryzłam się w język i przełknęłam ciężko ślinę. Może źle coś usłyszałam, może się zamyśliłam? Mrugnęłam kilka razy, za każdym razem patrząc prosto na jego usta, które pozostawały niewzruszone.
-Dla naukowców byłabyś zupełnie nowym typem broni żywej, lecz dla mnie liczy się to, że mogłem cię zachować przy życiu, niestety, ale ja nie widziałem innego możliwego wyjścia, ale nie jestem też do końca z tego dumny – próbował załagodzić sytuację.
-Z tejże drogi, już nie ma odwrotu, prawda? – Z zażenowaniem spytałam odwracając głowę w stronę słonecznego widoku.
-Twój stan był krytyczny, ale dzięki regeneracji demona ustabilizował się. Może szybko to nie nastąpiło, ale jest dobrze. Nadużyłaś alchemii, otrzymywałaś rany, przesadziłaś – dalej brnął w swoje.
-Ona nie żyje, już nawet duszą we mnie. Stąd to uczucie, pełne, swoje, własne –mówiłam jakby do siebie – Alchemia nadal mi nieprzeznaczona? Ponownie będę zagrożeniem dla innych? A może zostanę oddana jako obiekt badań?
-Nie, nie i nie. Alchemię będziesz mogła używać, lecz w zaostrzonym warunkach. Do tego od teraz ty decydujesz, kiedy użyjesz demonicznych umiejętności i zauważysz, że są one też ograniczone – odparł, biorąc małe lusterko do ręki, które było oparte o ścianę obok łóżka.
Po chwili wstał i wyciągnął ku mnie dłoń. Zdezorientowana siedziałam i spoglądałam na niego w ciszy. Odgarnął moje włosy za ucho. Odsłonił plaster z opatrunkiem. Powoli luzował okład, po czym zdarł go pewnym ruchem, nie zadając najmniejszego bólu. Oślepiło mnie na moment. Za jasno, naprawdę. Zamknęłam odkryte oko tak szybko, jak je otworzyłam. Podał mi lusterko. Wzięłam je do rąk i ustawiłam przed twarzą. Spojrzałam w swoje słabe odbicie. Blada jak zwykle, smętna cera, nic nowego.
-Sugerujesz, że coś się zmieniło we mnie? Ja nic nie widzę poza gorzej zmarnowaną miną – rzuciłam pomiędzy trwającą ciszą.
-Otwórz prawe oko – powiedział powracając na swoje poprzednie miejsce, ale tym razem przybliżył krzesło do krawędzi łóżka śmielej.
Powoli zastosowałam się polecenia. Osłupiałam. Znak, pentagram, widoczny na całej, błękitnej, mieniącej się tęczówce. Zacisnęłam dłonie na obramowaniu zwierciadła. Wszystko to prawda, poważnie jestem połowicznym istnieniem. Ten znak to potwierdza. Nawet nie znika, jest samo z siebie. Teraz grzywka na tę stronę będzie miała sens, głębszy cel. W moich oczach pojawiły się łzy. Ciepłe krople spłynęły po zimnych policzkach, ot tak, po prostu.
-Pozostaje mi tylko się z tym pogodzić, czyż nie? – Z wymuszonym uśmiechem wydukałam, odkładając niedbale lusterko. –Poza tym, należą ci się jednak podziękowania, które i tak nie wynagrodzą tego, czego dokonałeś do uratowania mnie.
-Gdy tak to mówisz to tylko potęgujesz we mnie niesłuszne poczucie winy – jego głos zmiękł zdecydowanie. –A żeby je ponownie zminimalizować chyba będę musiał to odpracować, pomagając tobie – przerwał – nie, opiekując się tobą – dokończył z uśmiechem.
Osłupiałam ponownie. Przetarłam łzy z żuchwy, dając im wsiąknąć w czerwono-białe bandaże. Teraz odczuwam minimalne bóle stawów, kości, mięśni. Dają we znaki, lecz nie mam już tych głębokich ran otwartych, wygoiły się. Zrzuciłam kołdrę z siebie. Opatrunki aż po palce u stóp. Jestem jak mumia. Zaczęłam oswobadzać kostki z pasów. Gdy już jedne zerwałam to reszta puszczała bez problemu.
-Nie – po dłuższej chwili rozplątywania się odparłam – Nie jesteś niczemu winny. Straciłam matkę, przyjaciela, a teraz Lisę. Czy to już nie za dużo znaków, które wskazują na to, że pora na mój ruch? Za dużo sobie dawałam wolnego czasu i wypoczynku, za bardzo się wahałam  – mruknęłam.
-Całkowicie odbiegłaś od tematu, który ja zacząłem przed chwilą, wiesz? – sarkastycznie już zwrócił na to uwagę.

Tydzień później…
           Siedziałam nad kubkiem kawy przy szklanym stole w kuchni. Kręciłam kółeczka kostkami, strzelając tym samym stawami. Rytmicznie mieszałam zredukowaną już zawartość naczynia. Okrężnymi ruchami dłoni, które obejmowały pełnym uciskiem porcelanę, przelewałam ciepłą ciecz ogrzewając się. Spoglądałam w brązowe odbicie swojej twarzy. Naprzeciw mnie siedział Lucyfer. Pił swój napój pochłaniając przy okazji poranną gazetę. Głównie przeglądał nowości w kinach oraz przepisy kulinarne. Nie przerywałam mu lektury i zajęłam się przelewaniem cieczy. Od czasu do czasu wodziłam wzrokiem po kolorowych literkach, znajdujących się  na okładce. Nadal jednak dochodziłam do siebie po tym wszystkim. Dużo się zmieniło, we mnie, w zachowaniu, relacjach. Z Lucyferem coraz mniej rozmawiamy, większość czasu spędzamy  może w swojej obecności, lecz zajmując się indywidualnymi sprawami. Aktualnie pracuję nad tym, aby znaleźć równowagę pomiędzy moimi zdolnościami. Wiem już, że używając alchemii w tym samym czasie nie mogę użyć demonicznych mocy, które i tak nie są takie, jakie były. Owszem posiadam wektory, lecz dwa, czyli zmniejszone o połowę  do tego są wyczuwalne bardziej niż kiedyś. Regeneracja również nie działa natychmiast i tak skutecznie. Znak na oku ukrywa, wyrównując kolory tęczówek specjalna soczewka. Została zaprojektowana dla mnie. Noszę ją, lecz równie dobrze mogę się obyć bez niej, gdyż mnie istnienie tajemnicą nie jest. Cena za używanie alchemii przez przyjaciół już całkowicie spoczęła na mnie, gdyż ja jestem półdemonem we własnej osobie. A jeśli chodzi o kwestię katany… On jest demonem. Nasze połączenie jest bardzo korzystne, gdyż natury są podobne, lecz ludzka część mnie podczas nadmiernego użycia broni może bardzo ucierpieć. Muszę się nauczyć bardzo dużo i przede wszystkim uważać, aby nie narazić siebie samej na niebezpieczeństwo przez te granice. Jestem szkolona przez każdego po kolei: Break’a, Gilberta, dyrektora, ojca, Stein’a, Sebastiana. Każdy mnie odnajduje w swojej specjalności.
-To dzisiaj są te sparingi, które  mają za zadanie wypromować naszą szkołę? – Przerwałam ciszę, pukając mu w gazetę.
-Tak – kiwnął głową, ale nie oderwał wzroku od druku. Jedynie siorbnął kawę z dużego kubka.
-Dlaczego akurat ja z Maką? Przecież ona mnie uszkodzi korzystając  z okazji – westchnęłam marnie.
-Jesteś najbardziej rozpoznawalną i intrygującą wizytówką naszej placówki. Przyciągniesz nowych uczniów – rozgadał się o dziwo – wiesz, taki okaz to perełka – dodał sarkastycznie.
-Wiesz, że nie lubię tego typu określeń – mruknęłam pod nosem, wracając do ogrzewania palców o kubek.
-Aczkolwiek z chęcią zmierzę się ponownie z bratem – dodał w zamyśleniu – kilka lat nie skrzyżowaliśmy ostrzy.
-Zweryfikuję swoje umiejętności z Maką. Też jestem ciekawa, jak to jest być przeciwko niej, nie mogę się doczekać tak trochę – dopiłam ostatni łyk napoju.
-Czy… - zaczęłam mówić lekko drgającym głosem, gdyż jeszcze zastanawiałam się, czy pytać go o pewne rzeczy.
-Nadal będę twoją bronią, nic się nie zmieniło w tej kwestii, zapamiętaj – wtrącił bez zastanowienia, odkładając gazetę.  -Jej widok, ten ostatni, był taki kojący, ujrzałem ją, tyle mi wystarczy – uśmiechnął się z rozmarzeniem na te słowa sam do siebie.
Spojrzałam na niego z jakby współczuciem. Taki widok przyprawia mnie o ból, nie wiem i nie rozumiem dlaczego, ale to może z tego faktu, że znam go i wiem, że w środku bardzo cierpi po jej stracie. Zapewne moja obecność mu nie pomaga, a wręcz przeciwnie – mogę przywoływać smutne wspomnienia, ale on się do tego nie przyzna.
-Kłamca – szepnęłam obok niego, gdy wstałam, aby umyć kubek i zebrać się do  wyjścia.
-David postąpił bardzo rozsądnie – nagle temat zjechał na jego osobę, co mnie zszokowało, że aż zakręciłam wodę w kranie. – Wybrał najlepszą opcję, gdyż inne możliwości mogły być bardziej tragiczne – zasunął za nami krzesła.
-Dla niego to takie jest cierpienie, nie zaplanował tego ani nic – odłożyłam opłukany kubek na suszarkę obok zlewu. –Zmieniłeś zdanie co do niego?
-Jako broń demona wolę mieć z nim pokojowe stosunki – przeciąganym głosem odpowiedział zabierając się do zmieniania ciepłych kapci na buty.  -Nie przebierasz się w mundurek? – zapytał zaciekawiony będąc gotowym już do wyjścia.
-Przecież mam go na sobie. Na tę okazję zażyczyłam sobie specjalny strój, lecz zachowany w stylu mundurka, ale w zestawie z leginsami. Podczas walk, nawet tych udawanych, muszę  mieć komfort ruchów – dodałam wiążąc dokładnie trampki.
-To już za 10 minut się zaczyna?! – Krzyknęłam, gdyż zobaczyłam godzinę na zegarku.
-To się rusz! – dodał machając rękami w stronę drzwi wyjściowych. – Nie pilnowałaś czasu.
-Bo to twoja fucha! – Prychnęłam z grymasem na twarzy. – Ale ktoś mnie słuchał i ignorował cały czas – ironicznie podniosłam ton głosu.
Odwrócił się, idąc już na klatkę schodową bez słowa, ale po chwili się obrócił lekko z uśmiechem:
-Mówiłaś coś? – próbował nie zaśmiać się głośno, lecz tylko utrzymać zwyczajny uśmieszek.


___________________________________
Opóźnienie, ale jest. Brak weny, mam pomysł na następny rozdział na szczęście. Ten jest bardziej przegadany, trzeba zachowywać równowagę pomiędzy akcją a zwykłymi dialogami, czyż nie? następny za jakieś 2-3 tygodnie, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam, Law! < 3

sobota, 16 kwietnia 2016

Rozdział XLVIII "Zabić i zostać zabitym?"



          Otworzyłam natychmiast oczy, obraz nie był już zamglony. Oślepiły mnie wpadające przez okno promienie słońca. Wokół panował bezruch i cisza. Ruszyłam prawą ręką, cóż za dziwne uczucie. Tak nieswojo, niby jestem sobą, lecz ruchy mam bardzo nienaturalne, jakbym dopiero się obudziła z bardzo długiego snu, podczas którego odrętwiały mi wszystkie kończyny, calutkie ciało. Towarzyszyło mi teraz nieprzyjemne mrowienie w stopach. Spostrzegłam dopiero teraz, że opieram kolana o parkiet – klęczę? Wstałam, chwiejąc się. Dlaczego jestem w sukience? Jakim cudem? Wygładziłam biały materiał redukując zagniecenia i zakrywając bladą skórę nóg. Czułam czyjąś obecność tuż za moimi plecami. Powoli się odwróciłam i ujrzałam ją… W czarnej sukience, z bardzo jasną karnacją, suchą, zdezorientowaną i oglądającą z niedowierzaniem swoje dłonie. Długie, ciemne, zniszczone włosy poruszały się przez wiejący od zewnątrz wiatr. Odsunęłam się zapobiegawczo, bo to, co mi oznajmiła miało teraz nastąpić. Naprawdę dziwnie się czuję. Nie mam tego wrażenia, że mogę przywołać wektory, ale za to wiem, że mam aż nadto energii wewnątrz. Chciałam wystawić ku niej rękę, aby ją podeprzeć, gdyż wyglądała tak, jakby miała zaraz stracić równowagę. Zobaczyłam przez to, że na prawej zewnętrznej stronie dłoni mam wyryty krąg. Na skórze. Idealne na środku wypalił się nasz znak. Pełny? Ma sześć ramion, a nie pięć. Co tutaj jest grane? Zacisnęłam pięści i zabrałam rękę od niej. Puściłam ją wzdłuż ciała czekając aż sama się odezwie. Wokół nas zatoczył się jeszcze kolejny krąg z białego światła. Oddzielił nas od reszty obecnych, którzy w szoku spoglądali na nasza dwójkę. Tato po chwili rozchylił usta, a po jego policzku spłynęła ukradkiem łza.
-Lisa? – Cicho, żałośnie i przydławionym głosem się odezwał nie odrywając od niej wzroku, a jego ręce rwały się do niej, lecz nogi stawiały widoczny opór.
-Ile to czasu minęło, tato? –Odezwała się z uśmiechem, stając na równe nogi i utrzymując wreszcie równowagę.
Tato chciał teraz ruszyć do przodu, lecz zatrzymał go dyrektor, nie pozwalając mu na zbliżenie się.
-Nie, nie możesz wkroczyć w krąg. Możesz poważnie ucierpieć. Te linie oznaczają pole walki, one właśnie rozpoczęły swoją grę, niestety. Nie twierdź, że nie kojarzysz tego typu okręgu – dyrektor mówił poważnym tonem, śledząc wzrokiem podłogę.
-Co to ma znaczyć? – Tato się zirytował. – Wiesz, ile ja przeszedłem? Co ja teraz czuję? Co przechodzę odkąd odzyskałem wspomnienia a teraz widzę ją w takiej sytuacji? Chcę ją chociaż uściskać!
-I chcesz za to teraz zginąć? Proszę, opanuj się Aleksander – dyrektor już ze znaczną siłą włożoną trzymał go bliżej siebie.
-Wiesz jaki to ból widzieć jak twoje własne dzieci będą się zabijać nawzajem? Jeszcze same to postanowiły, dokonały tego typu zakładu – ojciec się całkowicie załamał i starał odwrócić spłakany wzrok od nas już nie lgnąc przed siebie.
Dokładnie, idealnie oddał to, co dalej się tutaj rozegra. Od razu krew w żyłach mi zastygła. Nie mogę sobie tego wyobrazić, a co dopiero uświadomić nareszcie, że rozdzielono nas bez szwanku. Teraz nasza kolej.
-Tyle chciałabym ci opowiedzieć, ale mamy ograniczony czas – Lisa pokazała na swojej dłoni małe, powierzchowne zadrapanie. –Długo nie wytrwamy rozdzielone, jak i ty, tak i ja – wskazała też na moją nogę, na której znikąd pojawiła się strużka krwi z nowo otwartej rany.
-Traktujemy to poważnie? – zadałam pytanie lekko sarkastycznym głosem, ścierając palcami krew z uda.
-Nie masz woli przeżycia? – Zdziwiła się. – Bo… Ja mam. Chcę żyć, chcę to wygrać, powrócić do dawnego szczęścia – dodała ciszej, a po chwili zza jej pleców wyłoniły się cztery wektory. Ona jest więc teraz pełnym demonem, a ja? Nie mam wektorów, lecz nadal je widzę. Jak mam walczyć? Przygotowała się go otwartego ataku, wyprostowała ciało, wektory się ustabilizowały. Oczy miała takie jak ja zwykle, gdy byłam odpieczętowana. Pentagram widniał, błękit zachwycał. Czarna sukienka falowała od ruchu jej broni. Zacisnęłam pięści. Co mam robić? Katana? Pomyślałam i spojrzałam z zakłopotaniem na Lucyfera, niestety on stał zamyślony i nie reagował na moje spojrzenie. Był zapatrzony w Lisę. Nie mam co na niego liczyć, ba, nawet nie mogę się ośmielić go prosić o pomoc. Jestem… Bezbronna? Rozluźniłam mięśnie. Wzięłam głęboki  oddech. Najpierw zagram defensywnie, nie mam wyjścia. Podniosłam głowę, a ona wtedy zaatakowała. Ruszyła na mnie z wycelowanymi wektorami na linii całego torsu. Nie miała wyjątkowo wrogiego wyrazu twarzy, bardziej pełny był on wątpliwości i poczucia winy. Odskoczyłam, wymijając jak się tylko dało przeźroczyste ręce. Podczas jednego z uników bardzo nienaturalnie przestawiła mi się kość w nadgarstku, strzelając wydawszy z siebie odgłos jakby została złamana. Zacisnęłam zęby i zachowałam odległość od niej. Musiała mnie jednak złapać wektorem… I to prawda. Chwyciła mnie za prawą dłoń, lecz tylko mocniej ją przycisnęła. Jakby mi chciała pokazać, że tutaj tkwi teraz jakiś szczegół. Znak? Czy ja mogę używać alchemii? Jestem pełnym człowiekiem? Te myśli napełniały mnie dziwną nadzieją i niesamowicie ożywiły. Wyrwałam się z ucisku i postanowiłam spróbować sił. Lecz kompletnie nie mam pojęcia, jak ona w moim przypadku ma zadziałać. Ryzykuję teraz. Na szybko przypominałam sobie wskazówki z ćwiczeń, które sama podejrzałam. Muszę aktywować krąg, w głowie wyobrazić sobie to, co chcę i skupić się na użyciu energii do stworzenia celu. Jeden problem mam – jaką moc mogę ja mieć? Widzę sześć wierzchołków, lecz z naszej szóstki alchemii było pięć jedynie, ja nie miałam tego daru. Poza tym, po śmierci Edwarda ta liczba zmniejszyła się o jeden.  Czy może teraz jakiś zyskałam? Bez tego nie mogę sobie nic wykreować! Chcę broń? Chcę katanę? Cokolwiek! Jak mam to stworzyć? W panice rozważałam różne opcje, a Lisa w tym czasie na mnie ponownie natarła. W ostatniej chwili chcą uciec z zasięgu wektorów klasnęłam w ręce i machnęłam nimi przed sobą, odganiając łapy. Ku mojego zdziwieniu za ruchem moich dłoni snuła się wstęga ognia. Ciepłych, czerwonych, żarzących się płomieni, które wyraźnie pochodziły z moich palców i w powietrzu się rozprzestrzeniały, rozmywając jej broń, a mnie ratując od obrażeń. Alchemia ognia, Firm? Żar zgasł, a ja zdziwiona spoglądałam na ręce. To była moja moc? Prawdziwa? Potarłam opuszki o siebie. Nic mnie nie piecze, zero poparzeń. Z ognia trwałej broni raczej nie zrobię, na pewno takiej, która podziała na nią. Na dłoni dwa odcinki tworzące ramię się podświetliły. To zapewne przez użycie mocy. Skoro jeden wierzchołek zareagował, to inne oznaczają też alchemię? Chociaż to by było zbyt piękne, zbyt łatwe. Widzę jej wektory, powróciły do stanu sprzed mojej obrony. Są one kłopotliwe. Dystans nie ma sensu, w zwarciu walka to ciągłe niebezpieczeństwo. Tak więc wygląda walka człowiek kontra demon? Po swojej prawej stronie spostrzegłam jeden wektor.  Drugi nadchodzi z lewej. Chce mnie złapać! Skuliłam się, wymijając je. Lecz pozostałe dwa wektory zostały skierowane z opóźnieniem wprost na mnie, czekała do chwili, aż się zniżę. Sztuczka z ogniem już nie wypali. Ale gdybym teraz nagle wstając ją zaatakowała? Zamiast mnie ranić, będzie musiała siebie bronić. To jest myśl. Chciałabym teraz mieć swoje nożyki. Spróbuję! Ruszyłam przed siebie, a w głowie wyobraziłam sobie, że trzymam w ręce nóż, niewielkie ostrze. Zacisnęłam jedną dłoń i po chwili poczułam jak pojawia się w ucisku duży scyzoryk.… Półprzeźroczysty, z nalotem błękitnego koloru, lód? Alchemia lodu jak u Edwarda! Pewniej pokazałam broń, po czym celowałam w jej bok. Przyuważyła ostrze i wstrzymała je, lecz nie czekając na jej kolejny ruch, w drugiej ręce stworzyłam podobny i wbiłam idealnie w prawą stronę tułowia. Zatopiłam zimne ostrze w jej nie lepszej skórze. Ciemna krew uchodziła powoli, brudząc moją dłoń. Uśmiechnęłam się do siebie, lecz nagle poczułam niesamowity ból, w tym samym miejscu, co ja ją trafiłam. Zdezorientowana się rozglądnęłam. Uderzyła mnie? Nie, więc co tu jest grane? Ostrożnie się od niej odsunęłam, przerywając ranienie jej, ale też zakrywając ręką otwartą, powstałą świeżą ranę. Ciepło… Krew pociekła mi po suchej skórze. Spojrzałam na Lisę. Opatrzyła swoją ranę, a na mnie ze współczuciem popatrzyła. Wyciągnęła lód, który w jej dłoniach od razu się stopił i jedynie kilka kropel wody po nim pozostało.
-Odczuwasz ból mimo, że nie zaatakowałam bezpośrednio. Ja się zregeneruję, ale gorzej z tobą. Nie masz szansy – mówiła powoli i spokojnie.
-Ale dlaczego, jak?! – Krzyknęłam łapiąc oddech, bo z nerwów ciężej mi się oddychało i płuca wariowały.
-Zaatakuję cię, ucierpisz. Zaatakujesz mnie, odczuję ból, lecz ty to samo dostaniesz. Moja rana jest twoją raną. Odwrotna sytuacja niż była dotychczas, powiedz, jak to jest? – Tłumaczyła mi to, a jej usta tylko delikatnie się otwierały z każdym słowem, jakby chciała oszczędzić mi tej prawdy.
Niemożliwe! Przecież to nie ma sensu! Nie zaatakuję jej, bo sama się uszkodzę. Przemyślała to? Czy może miała to na uwadze, ale nie sądziła, że tak się to potoczy? Zacisnęłam pięści, wżynając palce w zranioną skórę. Krew sączyła się, mocząc materiał sukienki. Cóż za utrapienie. Jednak nieoczekiwanie trzymając dłoń na prawym boki znak ponownie zabłysnął, a moja skóra zaczęła się bardzo powoli zasklepiać, bez blizn. Nie oderwałam dłoni – czekałam aż rana zniknie. Kilka sekund to zajęło. Po tym czasie tylko strzepałam z dłoni ciecz. Alchemia, która leczy i regeneruje – umiejętność Bel! Ukradkiem z ulgą odetchnęłam. Ma to swoje wady, gdyż czas tu gra rolę, lecz w kwestii leczenia już jej dorównuję. Ogień, lód, dalchemia – Bel, Firm, Edward. Zostaje Nate i Dzinks. Skoro te trzy moce już są w moim posiadaniu, to dwie ostatnie również we mnie drzemią? Liczyłam na jedną alchemię, a mam ich pięć. Więc mogę przeciwko niej już pewniej używać alchemii, do tego doliczę teraz alchemię stali i błyskawic. Stal – idealna na bronie, błyskawice do oślepiania i spowalniania. W głowie zaczęłam obmyślać różne strategie. Mimo wszystko muszę walczyć zachowawczo, nie wiem jaki mam limit. Do tego powinnam balansować na granicy, aby nie zranić jej zbytnio, gdyż sama też sobie zaszkodzę. Będzie dość ciężko. Muszę wykorzystać swoje najlepsze punkty. Czas kontynuować walkę. Klasnęłam w dłonie i odciągając je od siebie wytworzyłam sobie długą, wąską katanę ze stali. Chwyciłam ją prawą ręką i przygotowałam do ataku. Jej wektory również się ustawiły – dwa do ataku, dwa pozostawały jako tarcza. Muszę działać tak, aby uzyskać czas na swoją regenerację. Zaatakowałam ją bezpośrednio. Wymijałam wektory i celowałam w blade ciało. Unik, unik i unik. Przerzucałam katanę z ręki do ręki, różnie wyprowadzałam ataki, stosowałam rozmaite sztuczki. Marnie to widzę. Drasnęłam ją kilka razy i to podręcznym ostrzem, które chowałam za siebie i wyciągałam tylko w chwili ataku. Stosowałam ogień, aby odgonić jej ręce. Lód, aby straciła równowagę. Błyskawice oślepiały ją i dezorientowały. Jednak odbijało się to na moim stanie. Traciłam już taką mobilność, którą miałam tuż na początku. Męczę się. Alchemicy, gdy zużyją za dużo energii to potrzebują regeneracji sił duchowych. Można się podratować medytacją, ale teraz to niemożliwe. Na dodatek ona też doskonale sobie radzi w walce wręcz, bez wektorów. Zna przecież mój styl walki. Ciągle reperowałam swoje ostrze, gdyż wektorami je trafiała i przez to stale pękał. Gdy postanowiłam wreszcie w nią porządnie uderzyć kataną, ona w mgnieniu oka zmniejszyła drastycznie odległość miedzy nami i puściła ręce prosto na moją klatkę piersiową. Jedną mackę zdążyłam ogniem potraktować, lecz zaraz druga ją zastąpiła i przemknęła przez moje ciało. Niby nic, ale gdy wektor przeszyje ciało nie raniąc go zewnątrz to wewnątrz może spowodować ogromne obrażenia. Tak też było. Zdziwiona opuściłam katanę i ręce rozłożyłam do boku, bo ten ruch uniemożliwił mi poruszanie się. Zabrakło mi tchu.. Podniosłam głowę wysoko i miałam ochotę krzyknąć, lecz głos również utkwił w gardle. Ma mnie. Nagle mnie puściła, wyrywając bez problemu wektor, który przed tym zaczął być wypalany przez moje ciało. Dziwiło mnie to. Mimo braku rany, ogromny ból mnie dopadł. Szybko skrzyżowałam dłonie na sobie i zaczęłam się leczyć. Szybciej, szybciej! Nie dawała mi czasu. Czułam, jakby mi napakowała setki igieł w płuca. Wokół siebie zrobiłam coś na wzór ściany z płomieni, ale nic to nie dało. Przebiła się przez nią. Malutkimi kroczkami starałam się jednak utrzymać większą odległość. Nie przerywałam się leczyć. Okropnie boli, serce bijąc tylko potęguje to wszystko. Gdy już powoli ta najgorsza skumulowana chwila cierpienia się uspokajała, ona podniosła opuszczoną przeze mnie katanę własnymi rękami. Przypominając sobie na szybko jedną z umiejętności Nate’a, wytworzyłam łańcuchy, którymi oplotłam jej ręce i nogi, głównie stopy i kostki, aby nie ruszyła się dalej. Broń w jej rękach też jest groźna, więc trzeba jej je unieruchomić. Zadziałało, ale zaraz się wyrwie, bo łańcuchy już pękają od wektorów. Puściły… Trzask stali rozbrzmiał mi w uszach, a jej oczy oczy przykuły moja uwagę, bo spojrzała na mnie nimi w ogromnym skupieniu. Pełne jakby żądzy mojej śmierci, lecz też uczucia empatii i cierpienia. Nie udało mi się gołymi rękoma zatrzymać ostrza. Zatopiła je w jednym w ramion, ciągnąc do dołu i rozrywając skórę, starając się przebił do kości i je pogruchotać. Jednak ostrze nie było na tyle już ostre i sprawne. Krew mocno leciała, zalewając całą rękę i dając przyjemne uczucia chłodu, lecz także ściągała skórę co już było okropne. Mrowienie, ale już zanika i wstępuje ból. Z trudem zgięłam palce, kolana mi się ugięły. Ma siłę sama w sobie, nie zaprzeczę. Nie udało jej się przebić ręki, więc wyrwała ostrze, jeszcze bardziej mnie raniąc. Przegryzłam język. Jeszcze dodatkowo się gnębię. Przełknęłam żelazny posmak śliny i próbowałam się ratować. Z ogromnym wysiłkiem przyłożyłam obie dłonie do podłogi, tworząc tym samym lodowe kolce aż do wysokości jej głowy. Część zniszczyła, ale niektóre ją tknęły, postrzępiły ubranie, pozadzierały skórę na rękach, a jeden najwyższy i najpóźniej wytworzony przejechał jej po krtani. Oddaliła się zraniona, lecz również ja dostałam. Nie mogę teraz stanąć swobodnie na równe nogi, a w gardle nadal czułam ucisk. Odkaszlnęłam, a przy tym na  dłoń padły mi krople krwi. Jeszcze krwotok wewnętrzny?! Nie, to nie może się dziać. W głowie już mi się kręciło. Nie pociągnę długo, nie nadążam z leczeniem, nie mam jak zaatakować. Czy to jej jest pisane życie? Czy ja mam przeznaczone zginąć tu i teraz? Nie, nie dam się. Mam więc tylko jedno wyjście – zabicie jej, co jest równoznaczne z  moją śmiercią. Może zdążę się sama podleczyć, chociaż minimalnie, aby tylko przeżyć samodzielnie kilka sekund, aby oni po wszystkim mogli mnie odratować… O ile będzie co ratować, martwych do życia nie przywraca się. Połowicznie się zregenerowałam, na tyle, aby móc się teraz zająć torsem i kończyną tak dokładniej.
-Rozbudziłam w tobie wolę walki, cieszę się, że się nie poddałaś – odezwała się, ścierając czerwień ze swojej skóry.
-Sprytnie to wykorzystujesz, że ja odnoszę podwójne rany, czy atakuję, czy też nie – odparłam, powstając z podłogi i przecierając zakrwawione usta.
-Zdradzę ci sekret – nagle jej ton głosu spoważniał. – Fakt, że odnosisz obrażenia wynika, z tego, że tak naprawdę nie jesteś zdecydowana, co do zabicia mnie. Podświadomie chcesz ponieść rany zadane mi, boisz się też zaatakować mnie tkliwe, aby nie uszkodzić siebie – te słowa sprawiły, że zdziwiona spoglądałam na nią, a z tego wszystkiego aż mnie ściskało od środka, gdyż uświadomiła mi to, że z własnej winy cierpię najbardziej.
Jak mam uzyskać tę pewność? Myślałam, że już jestem przekonana co do swoich decyzji. Jak, skąd? Nie wierzę, sama zwyczajnie się dobijałam! Dlaczego jestem taka słaba? Potrząsnęłam głową z bezradności. A co jeśli ona mnie podpuszcza jedynie? Nie wiem już w co mam wierzyć, a w co nie! Gubię się, jestem w kropce. Zaczęłam maltretować coraz bardziej dłonią materiał naderwanej sukienki. Jest cała z mojej krwi. Moje ciało drżało, a moje myśli plątały się od pytań. Patrzyłam na nią pustym wzrokiem. Chwila odpoczynku dała mi trochę sił. Jednak ona też miała czas na zregenerowanie się na namyślenie. Jej wektory ruszyły na mnie otwarcie. Nie pozostałam dłużna, podbiegłam do niej, unikając wektorów  i atakując nożem ze stali. Złamała je, ale kawałek ostrza, który znalazł się w powietrzu na poziomie jej twarzy, dał mi pewniej pomysł. Już przygotowywała się, aby mnie tknąć, lecz ja wyciągnęłam dłoń do jej czoła i płasko ją przyłożyłam. Oszołomię ją prądem elektrycznym. Udało mi się, ale sobie też nie oszczędziłam lekkiego bólu. Jedynie w głowie mi się mocno zakręciło, ale na to się przygotowałam. Po chwili otumanienia, spróbowałam ponownie ją zranić. To było dość utrudnione, bo nieprzewidywalnie i przypadkowo w gniewie wymachiwała wektorami. Skutkiem tego było to, że nie zdążyłam się w czasie wycofać i z potężną siłą uderzyła mnie jednym z nich w nadgarstek, przez co od razu wygiął się w drugą stronę i był połamany. Syknęłam, a cała ręka została następnie naruszona i puściłam ją wzdłuż ciała. Ona natomiast odkryła oczy i zobaczyła, że mnie zraniła. Nie traciła czasu. Chciałam się wycofać całkowicie, lecz ona uderzyła mnie w kostki. Straciłam równowagę. Uderzyłam plecami o podłogę. Widziałam te wstęgi, które zmierzały na mnie teraz z góry. Nie zważając na ból, przetoczyłam się po parkiecie, chcąc szybko wstać i uniknąć ataku. Prawie się udało, lecz ona sama mnie podniosła, gdyż chwyciła mnie za gardło i przybliżyła do siebie. Nie mogę oddychać, dusi mnie! Stopy też mam unieruchomione. Zwisałam żałośnie, dotykając lewo palcami drewna. Aby się uleczyć muszę dotykać zranionego miejsca dłonią. Nie potrafię ot tak się regenerować. Nie jestem na tyle zdolna, nie umiem takich zaawansowanych rzeczy jak przyjaciele. Mam tylko ich moc, nie umiejętności. Idzie na całość – to ja też nie mam nic do stracenia. Zacisnęłam zęby,  a w wolnej ręce stworzyłam kolejną katanę, tym razem szerszą, ostrzejszą i wyraźnie groźniejszą. Gładko i z gniewem przeszyłam jej ciało, odrywając znacznie rękę od reszty ciała. Tym razem nie odbiło się to tak na mnie, gdyż tamtą kończynę miałam już zmasakrowaną i tak. Nadrobiła mi ból tym, że jeszcze bardziej owinęła wektory wokół mojej szyi, całkowicie uniemożliwiając oddychanie i przełykanie śliny. Skoro już tak zaszłam daleko to… To muszę ją zabić. Zebrałam się w sobie i ostatkiem sił przyciągnęłam do siebie ostrze, celując w jej serce.
          Jednak w ułamku sekundy roztrzaskała katanę. Ale jej wektory również nagle mnie puściły. Otworzyłam szerzej oczy, ale moje stopy nadal nie dotykały swobodnie ziemi. Byłam sparaliżowana. Lisę przysłaniała mi inna osoba. Te włosy, postura, David! Nabrałam powietrza ustami, lecz wtedy poczułam niewyobrażalny ból w sercu. Opuściłam wzrok i zobaczyłam, że jego ostrze błękitne ostrze przeszyło mnie na wylot. Dlaczego on tu wbiegł, dlaczego z mieczami? Co tu jest grane? Moje oczy zaszły łzami. Z ust obficie wydostała się krew wymieszana ze śliną. Spływała po posiniaczonej szyi. Zza jego drugiego ramienia dostrzegłam Lisę, również przebitą mieczem – czarnym. Znalazł się tak nagle pomiędzy nami, przerwał walkę, rozdzielił nas, a także równocześnie przebił nam ciała. Czułam jak coraz więcej ciepłej krwi mnie opuszczało. Chłodni mi się robi. Słabo mi, staję się senna. Dlaczego, dlaczego to zrobił? Straciłam wszelkie siły, bezwładnie zawisłam na jego broni. Ona też. Wektory się rozpłynęły, chociaż tyle, że go nie zaatakuje nimi. David w ciszy się ustawił teraz tak, aby profilami być zwróconym do nas. Obie nas trzymał na ostrzach nad ziemią, jest nadnaturalnie silny.
-Dwa byty jedność tworzą. Raz rozdzielone złączone być nie może, lecz do trwania dwa istnienia istotne – zaczął powoli i dokładnie wypowiadać te słowa, zaciskając dłonie na rękojeściach.
Równocześnie z jego kończyn sączyła się krew, która nienaturalnie kierowana była do ostrza miecza.
-Niech tchnienie demona człowieka wspomoże i żyć mu dając idealne połączenie stworzy. Ja, który demonów poskramiaczem jest i sprawiedliwego dokonuję osądu, jednej bliźniaczce trwać w drugiej wspomnieniem pozwalam, lecz ciało i duszę oswobodzić rozkazuję – spojrzał na mnie tymi niejednolitymi w kolorze oczami.
Natomiast ja zaczęłam już ignorować wszelkie odgłosy. Powoli powieki opadały, a świadomość odpływała. Przynajmniej nie będzie mi ciążyć brzemię zabicia jej, gdyż nie ja tego dokonałam. Sprawiedliwie to nas dwie wykończył… 


__________________
Kolejny, decydujący rozdział za nami. Wena powraca, powoli i małymi kroczkami, ale świeże pomysły pojawiają się. Wybaczcie wszelkie błędy, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam, Law! < 3

wtorek, 29 marca 2016

Rozdział XLVII "Zawiedzione nadzieje"



          Późna pora wieczorowa. Podążałam spacerowym chodem po obrzeżach parku. Wpatrywałam się z uśmiechem w granat nieba i świetlistą biel zawieszonych gwiazd. Bezchmurnie, przyjemnie, chłodno. W lewej ręce trzymałam zabezpieczoną katanę, a w prawej zwiewną koszulę, którą wzięłam, żeby ją ubrać gdybym przypadkiem zmarzła. Stawiałam kroki w taki sposób, aby długością stopy zmieścić się na pojedynczych kostkach brukowych. Dziecięca zabawa. Dużo myślałam, miałam na to sporo czasu i równie tyle problemów oraz rozterek. Minęło kilka dni, od ostatecznego zabicia Edwarda, w tym czasie również nie spotkałam więcej wojownika. Ale co ja robiłam podczas tego tygodnia? Dzień w dzień polowałam na demony, eliminowałam, tropiłam, wyczekiwałam ich, zabijałam. Zabierałam całą robotę innym Mistrzom. Pełniłam swoje obowiązki aż nadto, czy to po prostu zwykłe samolubstwo i arogancja? Nie potrafię tego obiektywnie ocenić.
-Znowu milczysz! –Lucyfer przerwał błogą ciszę, która trwała od samego początku wędrówki od domu.
-Wybacz, zapomniałam się odzywać – mruknęłam, odrywając wzrok od nieba, a skupiając go tym razem na broni.
-Od kilku dni jesteś taka mało obecna – próbował zmienić temat rozmowy – Czy naprawdę wzięłaś sobie aż tak do serca słowa Davida? – otwarcie zapytał.
-Skądże – odparłam od razu, bez zastanowienia,  ściskając dłoń na rękojeści.
-Nie umiesz kłamać, a mową niewerbalną jeszcze to zawsze potwierdzasz – powiedział po głębokim wydechu. –Przejęłaś się tym.
-Dajże spokój – leniwie powiedziałam, obracając oczami i przyśpieszając krok bez celu.
-Z tobą to jak z dzieckiem, takie przeczące samemu sobie zachowanie i trudno cię rozgryźć – oznajmił mi to, co już kilkanaście razy uświadamiał.
-Robię to dla siebie. Chcę być pewna swoich możliwości. Chcę być w stanie zdać się na swoją siłę, ludzką siłę – ściszyłam ton głosu.
-Czy aby na pewno? – Podejrzliwie zapytał. – Czy może boisz się, że będziesz niepotrzebna? – Trafił w sedno.
Momentalnie przystałam, a oczy wbiłam w ziemię. Zaczęłam nasłuchiwać. Coś się krzątało w krzakach, po naszej lewej stronie. Przymknęłam powieki, wytężając słuch. Czuję i dostrzegam demona. Słabego, niezbyt myślącego. Raz-dwa i będzie po nim. Odblokowałam ostrze, wyciągając je przed siebie. Odliczałam w głowie sekundy. Zbliżał się, wyskoczy zapewne prosto na mnie. Nie ruszałam się, czekałam aż bezmyślnie nabije się na broń i rozsypie. Coraz bliżej. Trzy, dwa, jeden, idealnie wystawił się na ostrze. Jedynie delikatnie, bez wysiłku przesunęłam katanę ku górze, a jego chude ciało rozerwało się, ciemna krew znalazła ujście, a po chwili proch poniósł wiatr. Wyprostowałam się, a broń opuściłam. Poprawiłam włosy i wróciłam do spaceru, jak gdyby nigdy nic.
-Jak długo zamierzasz się jeszcze bezsensu wyżywać? – Sarkastycznie zapytał i w tej samej chwili powiedział: -Zacznę się  buntować  jak ty.
Zwolniłam rękę, puściłam ją wzdłuż ciała, a on zmienił formę i znalazł się już u mojego boku, chcąc spojrzeć mi w twarz, lecz ja unikałam kontaktu.
-Jeszcze mu pokażę – mruknęłam pod nosem, odwracając głowę. –Myli się, co do mnie, nie zna mnie osobiście – dodałam, robiąc coraz większe kroki naprzód.
-Angażujesz się w minimalizowanie zagrożeń, ale wiesz, że Mistrz Broni ma za zadanie chronić tylko placówkę – dalej ciągnął temat. – Dobra, ten jeden kilometr w każdą stronę od szkoły też należy do obowiązku, ale teraz jesteśmy oddaleni trzy razy tyle – dodał.
-Nie dasz sobie spokoju? –Znudzona zapytałam przeciągając się i już całkowicie opuszczając gardę, chcąc wrócić do domu.
-Po prostu wyciągam cię z obłędu – powiedział wyraźnie, popierając moją decyzję co do powrotu.
Szliśmy w ciszy, powoli, ciesząc się tą nocną atmosferą.  Można odetchnąć, jest idealnie.
-Lucyfer, zastanawiałeś się już? – Przerwałam spokój, zadając pytanie głosem jakby pełnym obaw.
-Nad czym? – Zdziwiony początkowo popatrzył na mnie, lecz w ułamku sekundy zorientował się, o co mi chodzi.
Mina mu zrzedła, opuścił oczy, nie spoglądał już na mnie, tylko obserwował okoliczne kamyki na ścieżce. Powstrzymałam się od kolejnego pytania. Wiem, że to ciężki temat, lecz nie możemy przed tym uciekać. Znalazł się sposób, aby rozdzielić mnie i Lisę. Skomplikowana transmutacja, lekkie poświęcenie, dużo wymagać, potrzebna precyzja i doświadczenie. Dyrektor obmyślił cały proces i ma pewność, że on się powiedzie. Rozmawialiśmy już o tym wszyscy, każdy z nas ma czas na oddanie głosu, gdyż do zrealizowania tego planu trzeba podjąć się wyzwania i dokonać wyboru. Cieszyłam się ogromnie z początku, lecz poznawszy warunki – teraz mam problemy. W sumie, nie tylko ja jestem w kropce. Wszyscy są. Jutro odbędzie się ostateczna narada i poznamy rezultat.
-Śmiało, powiedz jak myślisz, która opcja wygra i co sam postanowiłeś? – Z uśmiechem brnęłam w swoje.
-To nie jest takie proste, nie mów tego z taką lekkością, to boli – jego ton głosu zadrżał.
-Zaakceptujemy każdą myśl, nie obawiaj się być szczerym wobec mnie i przede wszystkim  względem siebie – zatrzymałam się przy jednej z pobliskich ławek na alei.
Zaproponowałam gestem ręki żebyśmy usiedli na niej na chwilę chociaż. Oczywiście nie potrafię usiąść kulturalnie tylko weszłam stopami na drewniane szczeble, pośladki umiejscowiłam na wysokim oparciu, a ręce położyłam na kolanach, trzymając się za rękawy koszuli. Lucyfer zajął miejsce tuż obok mnie, chcąc być na tej samej wysokości, usiadł tak nieelegancko jak ja. Poprawił włosy, odkrywając twarz.
-Nie wiem sam, czego chcę – niepewnie rozpoczął odpowiedź. – Nie pomyślałem nigdy, że sprawy mogą się tak potoczyć. Sam byłem bardzo za tym, aby was rozdzielić, bo długo byś nie pociągnęła już w takich okolicznościach.
-Ale to też jedna z możliwych opcji. Nie dokonując procesu podziału, pozostaniemy  w tym ciele jeszcze dłuższą chwilę, zawsze coś – odpowiedziałam spontanicznie.
-Dalej masz taki lekceważący ton głosu, a mówisz o poważnych rzeczach. To nie są żarty. Tu chodzi o życie i śmierć! – emocjonalnie wyraził ostatnie zdanie.
-Natomiast, jeśli podejmiemy się transmutacji to zmienimy ten obecny los. Tylko.. – Przerwałam wypowiedź, bo Lucyfer spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem, abym przestała używać dotychczasowej barwy głosu.
-Tylko wówczas jedna z was będzie pełnym człowiekiem, zdrowym, bez skaz i zachowa wspomnienia, a druga demonem w ludzkiej skórze, lecz nie wiadomo z jaką naturą. Nie możemy tego ustalić, czy demon nie utraci świadomości – dokończył za mnie, ale bardzo smętnym tonem.
-A jeśli dokonacie egzorcyzmu na demonie to w 99% pozostanie człowiekiem – warzywkiem – Strzeliłam palcami u rąk.
-Idąc na taki układ, dużo ryzykujemy. Bo i tak źle, i tak niedobrze. Jedna z was będzie żyć, a druga… - nie dokończył tym razem, widocznie nie mogło mu to przejść przez gardło.
-Druga zostanie spisana na straty – prosto z mostu powiedziałam, puszczając zmięte i wymęczone rękawy.
-Nie rozumiem, jak możesz to tak sobie mówić. Tu chodzi o ciebie, wiesz? Masz tego świadomość? –Zirytował się.
-Przecież wiem, ale co mi da jak się teraz załamie? Skoro jest szansa to trzeba ją wykorzystać. Chyba, że wolisz, abym nie dawała żadnych szans sobie. Gdybym się tym nie przejmowałam w ani najmniejszym stopniu, to bym teraz o tym nie chciała rozmawiać, tylko cicho bym czekała aż osiągnę limit – wydukałam wszystko na jednym oddechu.
-Racja – krótko wtrącił, odchylając głowę do tyłu i spoglądając w kolor nocy.
-Od głosów zależy, która z wami zostanie – teraz głos mi się załamał, gdyż w głębi serca boję się, jaką podejmą decyzję.
-Nawet nie wiesz, jakie to okrutne – podniósł głos z bezradności. –Tyle mam wspomnień z Lisą, ale przywiązałem się też na nowo do ciebie. A teraz mam wybrać, która ma żyć? Paranoja! – Tupnął nogami, a ławka zadrżała.
Powstrzymałam się od komentarza. Każdy teraz posiada podobne odczucia. A mnie tak szczerze boli fakt, że mają wątpliwości. Tak, odzywa się we mnie egoizm. Typowe ludzkie zachowanie! Myślałam, że bez problemu opowiedzą się za mną, lecz… To by było subiektywne. Wróciły nam wspomnienia. Lisa też była ich przyjaciółką. Też bym chciała, abyśmy żyły jak dawniej, razem, powróciły to czasów bliźniaczek - nierozłączek. Była bliska Lucyferowi, jego partnerką. Ojciec zapewne odczuwa ból po stracie córki i teraz, gdy ma okazję ją odzyskać to ma już spory dylemat, bo musiałby poświęcić mnie. Dyrektor i inni… Znali i nauczali Lisę, przez wzgląd na naszą matkę pewnie też rozmyślają nad całą sprawą. Gdybym ich wszystkich przekonała do  siebie i nakazała w sumie wybrać mnie to by było to niesamowicie okrutne i niesprawiedliwe nawet wobec mnie samej. Tak, chcę żyć, ale też chcę, aby ona żyła. Niestety, tak się nie da, o tym doskonale już wiem. Ironia losu!
-Mój los, jak i jej, są zdane na waszą łaskę – po chwili własnych przemyśleń mruknęłam neutralnie.
-Gdybym wiedział, że dojdziemy do takiego typu sprawy to nie rozpoczynałbym w ogóle tego wszystkiego – mówił przez zęby.
-Tu nie masz też powodów, by być złym na siebie – wspierająco odpowiedziałam – Nikt o tym nie wiedział.
-Ale jeśli byśmy… - chciał dalej wymyślać, ale nie pozwoliłam mu na to.
-Żadnego ale! Gdybyście nie szukali razem rozwiązania to bym już była stracona! A jeszcze wracając do wcześniejszych wydarzeń. Zapewne też uważasz, że chwila egzekucji i połączenia sił z Lisą też tutaj dużo zaważyła? Owszem, przyczyniła się do dalszych działań, lecz wiedz też to, że gdyby nie tamta decyzja to bym tutaj teraz nie siedziała, nie rozmawiała, a jedyną opcją „poobcowania”  ze mną byłby zapewne czarny, duży grób – mówiłam w nerwach, z przerwami, gdyż nie byłam w stanie się opanował raz a porządnie.
-Iza… - wydukał w szoku, ale nie zaprzeczył żadnemu słowu z mojej wypowiedzi.
-Jak widzisz, taki jest mi przypisany los. Skutki wszystkich decyzji się zbiegły. Zmiana jakiejkolwiek jedynie by opóźniła nastąpienie ostatecznego końca. I nie żałuję, że połączyłam z nią siły, bo dzięki temu wszystko odzyskali utraconą prawdę, w tym ja.
Ja powinnam zostać skreślona. Nie zasługuję, aby żyć. Nie mogę po tym wszystkim zająć twojego miejsca”. W myślach przebijał się jej głos. Taki nijaki, bez charakteru, bez jakiegokolwiek zaangażowania. „Miałam nadzieję, że uda nam się wrócić do normalności, ale skoro to jest uznane za niemożliwe, to nie chcę zabierać ci miejsca”. Ponownie się odezwała, lecz tym razem jakby ze smutkiem w głosie.
-Przestań mówić głupoty… - pod nosem do niej skierowałam te słowa, a sama twarz skryłam w dłoniach.

Dzień później, w szkole.
           Przechadzałam się samotnie po korytarzu, śledząc wzrokiem każdy swój krok, a nie zważając w ogóle na to, co może być przede mną. Była jeszcze chwila czasu do początku lekcji. Odziana w szkolny mundurek, mijałam uczniów, którym dawałam przykład na to, jak powinni wyglądać, gdyż niektórzy na swoje własne sposoby nosili obowiązujące stroje. Nikt nie zaczepiał mnie, całe szczęście. Zstępując  nogi na nogę, kierowałam się do gabinetu nauczycielskiego, w sumie tak miałam się zgłosić już chwilę temu. Dreptałam, nie spiesząc się. Pokonałam już jedno piętro, zostały mi dwa. Przeszłam kolejne stopnie. Teraz prosto do kolejnych schodów, bo z nich będzie bliżej do pokoju. Słońce od rana jest wysoko zawieszone na niebie i zalewało światłem cały korytarz. Na chwilę podniosłam głowę, aby spojrzeć jaka odległość dzieli mnie jeszcze od schodów. Mignęła mi znajoma postać… David?! Od razu się ożywiłam i przyspieszyłam kroku, a po chwili już biegłam. Złapię go w tym tempie zaraz przy ostatnim stopniu. Włosy rozwiały się, niezapięta marynarka powiewała wraz z moim biegiem. Rytmicznie wskakiwałam po schodkach i w końcu znalazłam się na piętrze, tuż za plecami wojownika. A jednak, dobrze widziałam jeszcze z takiej odległości. Wyciągnęłam rękę, aby go zatrzymać, bo nie zainteresował się tym, że ktoś biegł za nim. Już prawie miałam dłoń na jego lewym barku, gdy on nieoczekiwanie szybko się odwrócił, chwytając mój nadgarstek, kuląc się nisko i drugą ręką objął mnie w pasie, podnosząc ku górze. Przerzucił mnie z łatwością na swoje plecy, a mnie wygięło. Stanął na równych nogach. Łapczywie oddychałam, a po chwili dopiero wydałam z siebie poirytowany głos:
-Oszalałeś?! – Z chrypką wydobyłam jedno słowo na razie, spoglądając  oświetlony, beżowy sufit, bo z takiej wysokości i w takim układzie tylko tyle widziałam.
Trzymał mnie jak jakieś dziecko podczas szamańskiego rytuału. Było to żenujące i upokarzające. Zaczęłam się wiercić i wymachiwać wolnymi, zwisającymi do dołu nogami.
-To ty ludzi od tyłu zachodzisz i nie wiadomo z jakim zamiarem – podenerwowanym tonem odparł, unikając moich kopnięć.
-Postaw mnie, nie wiem na co czekasz! – Piskliwym głosem dokazywałam, chcąc dotknąć stopami podłogi.
Postawił mnie do pionu, a ja od razu zaczęłam się poprawiać. Włosy, ubranie, układanie poszło na marne.
-Chciałam cię po prostu zatrzymać, bo dawno cię nie wiedziałam – po chwili ciszy wtrąciłam, podciągając zakolanówki wyżej niż miałam dotychczas.
-Stęskniłaś się? – Z ironicznym uśmiechem zapytał, patrząc na mnie kątem oka.
-Chciałbyś! – Momentalnie odkrzyknęłam, tupiąc nogą i obijając sobie tym samym piętę, gdyż podeszwy trampek były wyjątkowo twarde.
-Ale nawet w takiej sytuacji mało uważasz. Powinnaś być bardziej czujna i reagować. Jak ja. Widzisz, wystarczyło, że ci tylko rękę złapałem, przerzuciłem i już byłaś zdana na moją łaskę – zaśmiał się.
-Gdybym brała to na poważnie, to na pewno bym cię uszkodziła przy tym – mruknęłam, zaciskając materiał spódnicy w ręce.
-Nabierz masy to może coś kiedyś zdziałasz – dogryzł mi. – Lizaczka na osłodę? – Z kieszeni skórzanych spodni wyjął dwa kuliste lizaki w czerwonych opakowaniach.
Z grzeczności wzięłam ostrożnie jednego za plastikowy, biały patyczek i rozwinęłam z folii. Truskawkowy, mój ulubiony. Z małym uśmiechem wpakowałam słodycz do ust i od razu wbiłam w niego zęby.
-Co się stało, że w szkole jesteś? – Zadałam pytanie tuż po tym jak ruszyliśmy do przodu.
Udał, że nie usłyszał, zignorował moje pytanie. Zdziwiłam się, ale nie dałam za wygraną. Zmierzaliśmy w tym samym kierunku z tego co widzę, więc ponownie zabrałam głos, jeszcze bardziej wychodząc mu naprzeciw i blokując drogę.
-Jestem tu w tym samym celu, co ty – odparł wymijająco, przewracając oczami, a ręce wkładając do kieszeni.
Kolejny raz lekko uniosłam brwi, ale dałam sobie już spokój. Powróciłam do jego tempa i szłam z nim równo, będąc po jego lewej stronie. Rytuał rozdzielenia i oczyszczenia, dręczyło mnie to. Jak ta transmutacja przebiegnie? Zaraz w sumie się powinno wszystko zacząć. Starałam się odpędzić zbędne myśli, bo im więcej wagi to tego przywiązywałam, tym gorzej m było zaakceptować wszystko.
Przegryzłam lizaka w pół. Dwie połówki po chwili całkowicie rozdrobniłam szczęką i połknęłam. Pustym patyczkiem zasysałam powietrze. Zagryzałam plastik, powyginałam aż w końcu znudziło mi się to i wyjęłam patyczek z ust.
-Będziesz zatem przy całym zamieszaniu jedynie obserwatorem, stalkerze? –Sarkastycznie powiedziałam, zginając w pół pozostałość po lizaku i rzucając go do kosza pod oknem.
-W tym wypadku chciałbym – mruknął ściszonym głosem. – Teraz będę pełnił inną rolę – dodał.
-Ofiary? – Z uśmieszkiem drążyłam temat, lecz on się nie rozchmurzył, tylko jeszcze bardziej spoważniał.
-Dostałem tylko jedno zadanie, zabić cię, gdy coś wymknie się spod kontroli – zatrzymał się pod drzwiami dyrekcji i delikatnie pociągnął za klamkę do dołu, aby je otworzyć.
Brak zszokowania z mojej strony, tak samo nic nie mruknęłam. Puścił mnie pierwszą przed próg, więc przeszłam niewzruszona.
-Ale wiedz, że tego nie zamierzam – szepnął do mnie schylając głowę, aby ustami być na linii moich uszu, po czym zamknął drzwi.
Skinęłam głową, lecz się nie odwróciłam. Podeszłam do następnego oddzielonego drzwiami pokoju, gdzie byli już inni zgromadzeni. Ogromne pomieszczenie, sterylne, jasne. Dyrektor, ojciec, Sebastian, Lucyfer i przyjaciele. Reszta zajęła się sprawami w szkole, ale i tak tutaj została wybrana garstka najlepszych. Na białym parkiecie było mnóstwo nakreślonych symboli. Znaki, litery, cyfry, sentencje, kto wie co to i dokładnie po co. Firm, Bel, Nate i Dzinks nałożyli jedwabne rękawiczki na dłonie. Lucyfer stal z poważną miną spoglądając na mnie i Davida. Ojciec miał w rękach notes, w którym coś zapisywał na bieżąco podczas rozmowy z dyrektorem. Dawno nie widziałam pana Sebastiana, ciekawe jakie on ma zadanie w tym wszystkim. Przywitałam się i podeszłam ostrożnie do miejsca, gdzie nie było nic narysowanego.
-Zapomniałem coś powiedzieć. Sebastian jest najlepszym egzorcystą spośród nas, więc on wywoła wilka z lasu, że tak to nazwę – dyrektor poprawił swój kapelusz na fioletowych włosach, które wydawały mi się nieco krótsze i bardziej proste niż zwykle.
-Polonista egzorcystą? – Uśmiechnęłam się subtelnie spoglądając na niego.
-Wypędziłem i wykończyłem więcej demonów, niż ci się może wydawać, Izabelo – zaakcentował to znienawidzone przeze mnie imię aż mnie dreszcz przeszedł po całym ciele.
-Plan wygląda tak, alchemicy zwolnią swoje pieczęcie na tobie, a raczej uwolnią swoje moce, wyzwalając również twoje. Po tym zaczniemy rytuał. Sebastian odprawi swoje czary-mary i rozdzieli dwie osobowości na dwa ciała. Jeśli to się uda, to będzie już sukces. A dalej wiecie, jak mogą potoczyć się sprawy i jakie mogę być scenariusze. Wtedy będziecie decydować – Kevin rozstawił każdego w wyznaczone miejsca. Sam natomiast zapalił jednym ruchem ręki kilkanaście świec wokół głównego kręgu na środku.
Niebieskie płomienie, cóż za piękny widok. Skupiłam wzrok na tym zjawisku. David ostrożnie i z wyczuciem  pchnął mnie do przodu, abym nie tyle, co się wpatrywała w to wszystko, ale też wypełniła swoją część. Teraz nastąpiła kumulacja wszystkich wątpliwości. Obojętność i spokój przeminęły. Zaczęłam rozmyślać, ale na odwrót było już za późno. Analizowałam wszystko po kolei. Skoro mają zerwać pieczęcie to pewnie postąpią podobnie jak podczas nieudanej egzekucji. Więc już nastawię się na ból. Przez przypadek zagryzłam i przegryzłam wargę. Ręce mi drżały, czy ja się boję? W sumie nie wiem, czego mam się ostatecznie spodziewać. Demonem będę ja  czy ona? Przeżyję czy zginę? Ta szaleńcza ciekawość. Jakie uczucia wezmą górę, gdy zobaczę Lisę na żywo? Co zwycięży? Jak sama na to zareaguję? Zaczęłam zaciskać pięści i wyczekująco rozglądać się wokół.
-Gotowa? – Z zamyślenia wyrwał mnie głos ojca, który poprawił mi troskliwie włosy i odgarnął je z mojej bladej twarzy.
-Nie mogę się doczekać – odparłam pogodnie, przytakując głową i odsuwając się na swoje miejsce. W ostatniej chwili wbiegł Gilbert, który chciał pomóc w zerwaniu jego pieczęci w naszyjniku, lecz ja pokiwałam przecząco i dumnie sama zerwałam łańcuszek z szyi i puściłam go wolno na podłogę. W tym samym czasie wokół mnie zabłysnęły jeszcze bardziej świece, a przyjaciele upuszczając krople swojej krewi z palców wskazujących, aktywowali kręgi na rękawiczkach. Atmosfera się zagęściła. Sebastian zaczął coś mówić, na początku cicho, lecz z kolejnymi słowami coraz głośniej. W odbiciu szyby jednej z regałów będących pod ścianą widziałam swoje rozświetlone tęczówki i iskrzący się znak o pięciu ramionach, już w sumie od dawna będący pentagramem. Wpatrując się w ten swój słaby obraz nagle zauważyłam jej postać. Mrugnęłam nerwowo, lecz z chwilą zamknięcia powiek i ich ponownego otworzenia, nie byłam już w tamtym miejscu. Znalazłam się pośród białej przestrzeni. Drgnęłam i rozglądnęłam się. Odwróciłam się za siebie i poczułam jak delikatny, przyjemny, jedwabny materiał otarł się o moje ciało. Śnieżnobiała sukienka? Poprawiłam jej prosty krój rękoma. Niezbyt długa, wyżej znacznie od kolan, zwiewna. Na cieńszych ramiączkach, przez co znaczna część ramion, barków, łopatek i obojczyków była odsłonięta. Spoglądając na swoje ubranie przyuważyłam suche, blade stopy oddalone jakieś 2 metry ode mnie.  Podniosłam wzrok, to Lisa. Wygląda jak ja, lecz sukienkę  miała czarną. Nawiązanie do jednego ze wspomnień? Ręce miała opuszczone wzdłuż ciała, a na jej twarzy gościł pogodny uśmiech. Odgarnęła swoje ciemne włosy za siebie. Po  tym wyciągnęła te trupie ręce do mnie, jakby z zamiarem objęcia mnie. Nie stawiłam oporu. Przybliżyła się, a ja oparłam brodę o jej kościste ramię. Chłodna, bardzo chłodna, ale bije od niej wewnętrzne ciepło, które zalewa moje serce. Dlaczego mimo tego czuję w nim kłucie?
-To pożegnanie – powiedziała powoli i spokojnie, uwalniając mnie z uścisku i patrząc w moje oczy.
-Co masz na myśli? – Zaciekawiona zapytałam nie odrywając od niej wzroku. Jej oczy, były takie nieskazitelnie błękitne.
-Nikt nie będzie decydować, która ma przeżyć – zaczęła poważniejszym tonem. – Więc niech uczciwa walka to rozwiąże – dodała.
-Walka?! – Podniosłam ton głosu, odsuwając się do tyłu.
-To nasza tragedia, my przedstawimy zakończenie – powiedziała stanowczo, lecz jej głos już zaczynał być coraz bardziej przydławiony.
Obraz się rozmazał, oczy spowił blask a potem mrok. Nie zdążyłam już nic więcej powiedzieć, nie byłam w stanie…


__________________________________
Następny za nami, z trudem szukam weny na pisanie, co chyba widać po poziomie tych ukazujących się rozdziałów. Wybaczcie błędy. Dziękuję za poświęcony czas na czytanie i pozdrawiam, Law! < 3