niedziela, 19 czerwca 2016

Rozdział L "Opętanie i trudna walka"


          Tłum ludzi wokół nas, jeszcze więcej niż podczas mojej głośnej egzekucji. Stałam pośrodku specjalne wydzielonego placu, ogrodzonego stalową siatką wzmocnioną alchemią, niezbyt wysoką, lecz dobrze zabezpieczoną. Za nią znajdowali się widzowie i wszyscy inni zainteresowani w sumie samymi naszymi osobami aniżeli promocją. Co prawda, to oddzielenie było po to, aby po prostu nam, czyli mi i Mace dobitnie określić pole do popisu. Dużo miejsca mam, całe szczęście. Jak się tą swoją kosą zamachnie to muszę jakoś odskoczyć. A propos kosy, Maka stała w odległości około 10 metrów ode mnie z nią ułożoną na ramionach, którą sobie trzymała jakby była drewnianym kijem od miotły. Nie wiem, jakim ona cudem z taką lekkością dzierży tak ciężką i ogromną broń. Z zaciekawieniem spoglądałam na nią, a sama trzymałam katanę nisko przy ziemi bez gotowości. Jak ona może walczyć w spódnicy i tak długim płaszczu, mnie by coś trafiło w takim stroju podczas nawet ćwiczeń. Wodziłam wzrokiem po jej posturze.
-Przyglądasz się mi jakbyś mnie pierwszy raz widziała – krzyknęła do mnie z politowaniem i potrząsnęła kosą, poprawiając ją.
-Myślę, jak tu atakować, aby cię nadto nie uszkodzić -  z sarkazmem odparłam wiedząc doskonale, że pewnie będzie odwrotnie.
Wśród uczniów i zainteresowanych ogólną promocją szkoły rozległo się „uuu”, co zapewnie miało nas zmusić do dalszej pyskówki słownej.
-Bardzo pewna siebie jesteś – odpowiedziała, robiąc minimalny krok do przodu, zaciskając dłonie na stali i zarzucając kucyki za ramiona.
Jeszcze musiałyśmy i tak czekać, gdyż nasz występ miał nadzorować Break, który się już powoli, leniwym krokiem zbliżał do areny. Miał zająć miejsce wśród oglądających i w razie czego zainterweniować. Raczej nie przewiduję obrażeń, więc roboty mieć nie będzie. Śledziłam jego spacer aż do momentu, w którym usiadł zadowolony na ławeczce, wyciągnął lizaka, a w drugiej ręce podniósł do góry mikrofon.
-A teraz zapraszamy na jedyny w swoim rodzaju pokaz Mistrzów Broni naszej szkoły! Zasiądźcie i podziwiajcie, bo naprawdę, taka okazja się nigdy więcej nie powtórzy! – Radosnym tonem przemówił do zebranych.
Podniosłam broń wyżej, ustawiłam się w gotowości. Nie chcę zaczynać jako pierwsza, więc zajmę się obroną. Czekałam na znak, ona niecierpliwiła się jeszcze bardziej, bo przebierała palcami po trzonie kosy i z dumą się uśmiechała na boki, jak i do mnie, lecz pyszniej.
-Gotowe do konfrontacji? – Break uniósł lizaka ku górze. – Powodzenia! – dodał i machnął ręką na znak startu.
W ułamku sekundy wzrok z niego przeniosłam na Makę, która drastycznie zmniejszyła dystans miedzy nami. Kosę łukiem poprowadziła przed sobą chcąc mnie dość prosto złapać w ostrze, lecz skuliłam się, oddaliłam i wystawiłam katanę na wprost. Jeden unik już zrobiony, ciekawe ile jeszcze mnie owych czeka. Zbliżyłam się znacznie i tym razem skrzyżowałyśmy ostrze, że echo rozległo się dokoła nas. Stawiła mi spory opór, zapierałam się nogami o ubitą ziemię, aby mnie nie przesunęła naciskiem ostrza.
-Nie bój się zaatakować, w sumie tylko na to czekam – mruknęła do mnie, gdy oderwała kosę i zamierzała ponownie zaatakować otwarcie.
-Ona ma rację. Władaj mną jak należy – Lucyfer ukazał się twarzą w ostrzu i spojrzał na mnie groźnie a zarazem podnosząco na duchu.
-Wszyscy tylko tego chcą, tak? – Prychnęłam pod nosem, kręcąc głową i uginając nogi w kolanach.
Maka chciała zamachnąć się kosą, lecz ja w tej samej chwili skoczyłam ku niej z nacelowaną bronią. Bardzo szybko się poruszałam i stawiałam u siebie głównie na zwinność i zręczność, gdyż fizycznie na pewno nie dam jej rady, orężem również. Skutecznie obroniła swój bok, lecz tuż po tym kopnęłam jedną nogą kosę, żeby nie mogła nią we trafić, a przez to rękę jej również przetrąciłam do tyłu. Odsłoniłam się delikatnie, lecz najprościej w świecie chciała mi się odwdzięczyć, więc podniosła nogę, abt mnie tak samo kopnąć. Na próżno – ominęłam jej buta, w dodatku masywnego i podnosząc wyżej ostrze ponownie zatrzymałam kosę. Nagle oderwała gwałtownie oręż ode mnie i trzonem sterując zatoczyła przed sobą krąg. Po trzech takich obrotach, wykonała półobrót i bezpośrednio z nabraną prędkością mnie zaatakowała. Zdziwiona się wycofałam. Ona natomiast raz za razem wykonywała groźne obroty, zamachy, szybkie przerzuty ostrzem tak, jak jej się tylko podobało. Jakim sposobem ona ma taki szeroki wachlarz ruchów przy masywnym orężu? Ona potrafi więcej z taką kosą niż ja mając w ręce mały nóż, czy smukłą katanę. Chyliłam głowę, chowałam ręce za siebie, uciekałam nogami do tyłu, aby mnie tylko nie drasnęła. Musi się kiedyś zmęczyć, wtedy to wykorzystam. Jednak, czy taka droga nie jest pójściem na łatwiznę, pogardą i nawet tchórzostwem? Miałam walczyć na poważnie, lecz to trudne, bardzo uciążliwe, gdy mam przeciwko sobie tak już znaną mi osobę i wspólnika z pracy. Przyglądałam się jeszcze uważniej obrotom. Znaleźć lukę… Mam! Bez zastanowienia pionowo wbiłam katanę między jednym a drugim ruchem kolistym ostrza tak, aby je znowu zatrzymać. Rękę, w której trzymałam broń, dość gwałtownie mi to naciągnęło. Postanowiłam puścić i zwolnić rękę, aby broń swobodnie się wydostała i bym mogła ją ponownie złapać. Maka w tym czasie musiała zmarnować czas na to, aby poprawić chwyt kosy, a ja w mgnieniu oka kucnęłam po upadającą katanę i będą za plecami blondynki wykorzystałam fakt, że trzymała w górze ręce. Poziomo tym razem katanę przełożyłam przez trzon jej oręża i zablokowałam jej kończyny, jak i kosę. Gładko poszło. Stałyśmy w rękami wyciągniętymi ku górze i przeciągałyśmy się wzajemnie ostrzami w dwie przeciwne strony w celu oswobodzenia. W końcu mocniej szarpnęłam ją i w międzyczasie zaplątałam swoje stopy o jej kostki. Straci równowagę, kosę wyrwę i podstawię ostrze pod szyję, więc to zakończy występ. Brzmi prosto i godnie. Podcięłam więc jej nogi i już normalni widziałam to zdarzenie przed oczami i w dodatku odetchnęłam z ulgą. Dotychczas twardo trzymaną kosę puściła i pozwoliła jej swobodnie upaść. Powoli się odwracałam twarzą do niej, lecz nagle odskoczyłam w szeroko otworzonymi oczami i nadstawiłam sztywno ostrze.
-Demoniczna aura! – Krzyknęłam w tej samej chwili, co Lucyfer, bo oboje poczuliśmy zapewne ten sam nieprzyjemny dreszcz.
Bacznie obserwowałam otoczenie, aż wreszcie zatrzymałam wzrok na Mace, która w mechaniczny sposób się podnosiła z pola walki. Bardzo nienaturalnie, pojedynczo zginała i prostowała stawy. W przerażeniu przyglądałam się i dostrzegłam, że dusza była wyraźnie zamglona i ewidentnie splugawiona przez demona.
-Lucyfer, co tu jest grane? – Powoli i w skupieniu zapytałam go, pewniej zaciskając palce na rękojeści.
-Opętał ją… - Odparł w głębokim niedowierzaniu, a jego twarz – zszokowana i poirytowana jednocześnie – ukazała się w błysku stali.
-Kiedy, jak, kto?! – Dukałam krótkie, podstawowe pytania, a po chwile kątem oka zerknęłam na sędziego.
Tłumy wokół uznały to za kolejny akt walki, bo w podekscytowaniu wiwatowali, popędzali i zachęcali do dalszej, zaciętej walki. Czyżby nie zauważyli tego, co my? Być może biorą to za coś niegroźnego, bo w sumie ja jako półdemon mogę negować inną aurę demona, który może być tutaj – wśród nas. Zmarszczyłam brwi i zagryzłam wargę. Gdzie on może być? I tak go dorwę. Break natomiast również spoważniał i odnalazł się w sytuacji. Powstał z miejsca i pokazał mi ręką swoją broń, którą skrywał pod biało-fioletowym płaszczem.  Wzrokiem podążył kilka metrów przede mną i kiwnął głową. Znak do walki. Czyli mam kontynuować szopkę? Tylko teraz nie mogę odpuścić sobie nawet odrobinę. Ale… Jak mam walczyć? Błazen po kilku sekundach ponownie chwycił mikrofon i wypowiedział donośne słowa do widzów.
-Cóż za zwrot akcji! Widać, że Maka teraz jeszcze bardziej, z większą premedytacją będzie usiłowała wykluczyć Izę z walki i nie pozwoli jej na zwycięstwo!
Ten dobór słów. To wyrazny wygnał, że coś ją opętało i będzie próbowała mnie zabić. Przez to wszystko zapomniałam oddychać i teraz łapczywie nabierałam powietrzu do płuc. Krzyki, oklaski. Ależ to irytujące. Oni nie zdają sobie sprawy z tego, że jest tutaj zagrożenie. Muszę to po cichu załatwić. Tylko zastanawia mnie to, że to nie była część jakiegoś planu.
-Nie, nie myśl tak nawet – Lucyfer od razu odgonił ode mnie te podejrzenia. – Opętanie ludzkiej duszy to nie zabawa i niewykonalna procedura dla alchemików.
-Przepraszam – mimo wszystko głupio mi się zrobiło. – Musimy zacząć działać, bo widzę, że ona zyskała dużo na sile i w energii.
Maka powstała całkowicie i podniosła swoją kosę. Jeszcze lżejsza i zgrabniejsza wydawała się teraz w jej dłoniach. Wiatr, który zawiał zza moich pleców, rozwiał jej płaszcz i prosto ściętą grzywkę, odkrywając jeszcze bardziej zielone, duże, szeroko otwarte i rozbawione oczy. Połyskiwały w świetle słońca, lecz po przyjrzeniu się były również zamglone i puste.
-Czy… Czy ją da się uratować? – Chciałam to wiedzieć, bo bez tego nie byłam w stanie podjąć jakichkolwiek kroków.
-Została opętana, lecz nie przemieniona – Lucyfer widocznie wiedział co nieco o sytuacji, więc mi na pewno dużo pomoże.
Szukałam jakiś widocznych jeszcze zmian w jej osobie. Oprócz tych ruchów… Właśnie ruchy! Dlaczego porusza się tak nienaturalnie? Rozglądałam się wokół niej. Co tu jest grane? Wytężyłam wzrok, polegając bardziej na znaku w prawej tęczówce. Dostrzegłam nadzwyczaj cieniutkie, lśniące żyłki, które oplatały jej całe ciało. Szczególnie dużo ich było przy stawach i twarzy. Wraz z ich drgnięciem, jej ciało się poruszało i posłusznie wykonywało ruch, podyktowany gest.
-Niczym marionetka, laleczka na sznureczkach – powiedziałam cicho mrugnąwszy i teraz lepiej widziałam te sznureczki obezwładniające.
-To bardzo ważny znak – z pewną ulgą wtrącił Lucyfer. –Jesteśmy w stanie ją odzyskać i wyrwać z sideł demona. Widocznie to ktoś z mocą kontrolowania ludzi, więc  nie przemienił i nie zabrał jej duszy, a  jedynie działa na własną korzyść wykorzystując innych.
-Tylko ludzi. Mówisz więc, że najwyraźniej ktoś  posłużył się Maką, bo nie dość, że jest w pełni człowiekiem, a mnie nie bezpośrednio nie można opętać, co mam cechy demona? – Pomyślałam nad tym chwile i wydawało mi się to sensowne.
-To stwierdzenie jest chyba odzwierciedleniem prawdy, którą później osobiście poznamy – Lucyfer przytaknął.  – W takim razie walcząc z nią musisz być ostrożniejsza, choć siłą będzie tuż za tobą, skoro jest opętana to zdolności regeneracyjne na pewno w pewnym stopniu są, lecz nie gwarantuję, że nie odniesie żadnych obrażeń już w oswobodzonej formie  - dodał.
-Jednostronna walka? Defensywa? Nie wiem, czy to się uda – pokiwałam delikatnie głową i ze zrezygnowaniem powróciłam do obserwowania jej zachowania.
-Bardziej ostrożna ofensywa, bo nie dam tobie pozwolenia na narażanie się na kolejne ryzyko – zaprzeczył.
-Jak mogę ją uratować, skutecznie i szybko? – z końcu z niecierpliwością zapytałam drgnąwszy, bo Maka niebezpiecznie się ruszyła do przodu.
           Te żyłeczki szybko zmieniły swoje położenie, tym samym Maka wysoko podniosła swój oręż i wymierzyła nim we mnie z zadowoleniem.
Czy to, że padła ofiarą opętania mogło mieć też pewną przyczynę w tym, że chciała mi dorównać lub nawet i wyładować na mnie złości, skoro tępi demony? Czy przecinając jakoś bardzo ostrożnie i precyzyjnie te żyłki, będę w stanie ją wyrwać z mocy demona? Czy tylko zaszkodzę? Ta presja czasu, okrzyki wokół, nieznane szczegóły działają na moją niekorzyść. Odsunęłam się w ostatniej chwili od ostrza, które przecięło powietrze, jeszcze bardziej gęste niż zwykle. Napięta atmosfera. Chciałam spróbować przerwać linie, więc wyciągnęłam małe ostrze spod zawiniętej na nadgarstku bandanki zamierzałam je przyłożyć do napiętego teraz i wystawionego miejsca – łokcia, lecz zamarłam w przerażeniu.
-Nie! – Lucyfer wydał z siebie donośny jęk. – Nie rób tego pod żadnym pozorem!
Cofnęłam dłoń z bronią i nim się zasłoniłam w obronie, przyjęłam porządny cios z tej właśnie odpuszczonej jej ręki. Przełożyła sobie trzon kosy do drugiej i postępując z nogi na nogę wykonała obrót ostrzem minimalnie odcinając mi końcówki włosów na grzywce, gdyż ledwo zdążyłam odsunąć nie tyle ciało, co lekko zakrwawioną twarz, gdyż atak z pięści odebrałam bardzo blisko nosa, a konkretnie pod nim, a pulsowanie objęto też górną wargę. Przetarłam skórę i czekałam na regenerację, na szczęście było to małe draśnięcie, więc po 3 sekundach śladu nie było a jedynie pozostało nieprzyjemnie, przytłaczające uczucie. Dobrze, że nie złamała mi nosa, to by było trochę bardziej uciążliwe. Przysłoniłam się ostrzem katany.
-Dlaczego nie mogę ciąć żyłek? Skoro one ją oplatają to mogę ich się pozbyć i ją uwolnić – powiedziałam z pretensjami w głosie.
-Ona jest tylko spętana ot tak? Te linki ją omotały od środka, połączyły się z nią i w dodatku skupiły się najbardziej przy sercu i punktach witalnych. Przyjrzyj się! – Również podniósł ton w zdenerwowaniu, bo kolejny jej atak cudem uniknęłam niezgrabnie, gdyż ciągle się wahałam i bałam teraz cokolwiek zrobić.
Wbiłam w nią ponownie swoją błękitną tęczówkę. Faktycznie, te linie wcinają się w skórę. Schowałam podręczny scyzoryk powrotem pod materiał. Nowy plan tutaj potrzebny, tamten już na starcie nie miał szans wypalić. Znowu! Zaatakowała nas bezpośrednio i to bez ładu i składu, raz za razem wymieniała ręce i miotała kosą. Jakby była w szale, agresywnie atakowała, a towarzyszący temu ciągły uśmiech na twarzy skrywał tak naprawdę wewnętrzny ból i cierpienie. Ten widok mnie przytłaczał. Skrzyżowałam swoją broń z jej. Spostrzegłam krew spływającą z kosy, leniwie, powoli i gęsto. Co to?
-Lucyfer, czy Soulowi coś się dzieje? – Z przejęciem, pomiędzy blokowaniem a kolejnym unikiem zapytałam.
-Soul nie jest demoniczną bronią, a broń jego pokroju w rękach demona jest zabójcza, lecz bardzo niebezpieczna dla samego oręża. Dotkliwie go to rani – odparł.
To priorytetem jest teraz oddzielenie jej od broni, tak jak przedtem, wytrącić z rąk, wyrwać, cokolwiek! Zmieniłam rękę na broni i teraz wykonałam kontrę. Celowałam w nadgarstek, bo chcę ją pozbawić zdolności utrzymania trzonu. Wykonała kolejny obrót ze zmienianiem na złość prowadzącej dłoni. Utrudniała mi sprawę. Bawi się ze mną. Skrzywiłam się i niewiele myśląc, złapałam ją za lewą rękę. Dół trzonu zatarł ziemię. Przyblokowałam go nogą przeciwną do tej, na której trzymałam resztę masy ciała. Druga ręką, w której trzymałam ostrze, zablokowałam jej kosę, która znalazła się bardzo blisko mojej głowy. Ścisnęła mnie za dłoń. Przyblokowałam nie tyle ją, o siebie samą. Jak tu teraz się ruszyć? Jeden zły ruch i oberwę, a jak zastosuję którąś z moich sztuczek to ją uszkodzę. Gdyby to był potwór – odcięłabym po prostu rękę, bez współczucia. Jestem taka ograniczona! Przesunę lewą nogę – zleci na mnie ostrze i będzie gilotynka! Wiem, wektory! Tak jak pomyślałam, tak je przywołałam, lecz własnym oczom nie mogłam uwierzyć. Ona je… Spętała linkami, przetrzymała i naderwała! Ze zdziwienia rozchyliłam usta. Wycofałam je z trudem, bo ciągnęła je do siebie. Pierwszy raz widzę jak ktoś stawił im tak skuteczny opór, pierwszy raz! A gdyby tak zaryzykować z tym obcięciem głowy? Zabrałam nogę i przesunęłam ją za siebie, przenosząc cały ciężar ciała na nią. W tym samym czasie zwolniłam jej dłoń i się odchyliłam pozwalając kosie paść przede mną i wykorzystując okazję i dobrze ułożone ostrze – końcówką prostopadle do ziemi i trzon poziomy, który trzymała i starała się podnieść- postawiłam najpierw jedną nogę na stali, a potem dostawiłam drugą i w ten sposób kucnęłam na trzonie. Z chwili wybiłam się i wyskoczyłam do góry. Maka jedynie oporem pomogła mi się uwolnić, puściła po tym kosę a ja przeskoczyłam nad nią i znalazłam się za jej plecami. Ostrze uderzyło o ziemię. Stanęłam na równe nogi. Jedną ze wstęg owinęłam jej wokół szyi. Z wyczuciem pociągnęłam katanę daleko przed siebie, tym samym zmuszając opętaną do poddania się sile przyciągania. Chciałam ją odciągnąć od kosy w  ten sposób. Już nie sięgała dłońmi po broń, lecz próbowała się wyrwać. Zaciskała przez to jeszcze bardziej wiązanie, więc chcąc nie chcąc, puściłam. Utrzymałam równowagę i od razu do defensywy, bo próbowała mnie zdzielić pięścią i kopniakiem, jednak ani tym, ani tym nie sięgnęła mnie. W walce wręcz z tymi linkami jest gorsza niż bez nich. Jej ruchy są chaotyczne, nieprzewidywalne, szalone, lecz pokładała w nich mnóstwo nadludzkiej siły. Podczas jednego z uników musiałam zmienić strony bo zbliżyłam się już za bardzo ku widowni. Przy kolejnym jej ataku rozdarłam jej białą, jedwabną rękawiczkę i znak poszedł na pół. Wówczas coś mi zaświtało. Skoro mogę ją odzyskać, to dlaczego nie zrobię tego sama, teraz, już? Mój pierwszy egzorcyzm? Tak, jestem w stanie to zrobić. W pewnym momencie zatrzymałam się w miejscu, nisko kucnęłam i wyciągnęłam jedną nogę ku niej. Wykonałam obrót i podcięłam jej kostki, przez co boleśnie musiała upaść na kość ogonową. Wcześniej to miejsce zakropiłam krwią, która rozlała się w potrzebny mi kształt kręgu. Ostrzem lekko rozcięłam sobie prawą rękę przy kciuku. Idealnie upadła na czerwieni. Po tym rzuciłam 5 małych ostrzy, które powbijały się kolejno w odpowiednie miejsca, tworząc odwrócony pentagram i przyblokowały jej ciało, gdyż mocno przygwoździły ubrania do ziemi.
-Na pewno chcesz to zrobić? Nigdy nie próbowałaś sama, wiesz o tym doskonale, że ryzykujesz? – Lucyfer niepewnie wtrącił.
-Nie zaryzykuję to się nie dowiem. Nie chcę tego przeciągać – odpowiedziałam, wyciągając spod koszulki krzyżyk.
Krew pod nią i zakrwawione ostrza nad nią weszły w interakcję. Została całkowicie już unieruchomiona. Kręgi się aktywowały. Wypowiedziałam ciąg słów, niezbyt głośno, lecz wyraźnie. Półdemon wypędza demona z człowieka, cóż za ironia.
-Niegodnyś tego ciała demonie, oswobodźże duszę ludzką i poddaj się wypędzeniu – Lucyfer wspierał mnie i razem ze mną mówił formułki.
Maka zaczęła wrzeszczeć, lecz przez przerażający jęk demona już przebijał się jej dziewczęcy głos. Ja natomiast ściskałam krzyż w ręce, gdyż odczuwałam niesamowity ból prawego oka. Instynktownie je przymknęłam, ale nie przerywałam rytuału egzorcyzmu. Po kilku sekundach szamotaniny i usiłowania wyrwania się, dostrzegłam, jak żyłki dotychczas wplątane mocno w jej ciało oderwały się od niej, napięły i ledwo trzymały się jej. Podniosłam drugą ręką katanę i jednym, pewnym ruchem przerwałam linki i w tej sposób uwolniłam ją od demona. Dusza powróciła do pierwotnego stanu, Maka opadła z sił i bezwładnie leżała na tej ziemi, a ja odetchnęłam z ulgą, otwierając zamknięte wcześniej oko. Było jakby sklejone, a widziałam przez nie bardzo dziwnie, w innych odcieniach. Łzy? Przetarłam już zrośniętą dłonią oko i spojrzałam na nią, krew? Nie, to nie ta z ręki, płakałam krwią? Przyglądałam się w szoku. Jedna smuga czerwonej cieczy spływała po policzku. Zdziwiona czekałam na jakąś wskazówkę od Lucyfera.
-To była więc zapłata za to, że demon dokonał egzorcyzmu – krótko doparł nie zmieniając formy.
Za moimi plecami coś się gwałtownie zbliżało. Nieprzyjemny, kolejny dreszcz mnie przeszedł – to ta aura! Instynktownie się odwróciłam wystawiając przed siebie katanę. Nie musiałam być ostrożna, gdyż wyczułam zagrożenie od razu. Ostrze natknęło się na te wkurzające linki od marionetek. Przecięłam je zdecydowanym ruchem i szukałam źródła w złości. Okryty w płaszcz koloru granatowego, dobrej postury mężczyzna ze ściągniętym kapturem i odsłoniętą jakby zmarnowaną twarzą. Blady, oczy szeroko otwarte, grymas na ustach. Dyszał zmęczony i zaciskał pięści, którymi robił dziwne gesty. Jego dłuższe, karmelowe włosy były przyozdobione żyłkami, które tworzyły pojedyncze kosmki włosów z warkoczyków. Demon, te czerwonawe oczy, gniewne tęczówki na mnie spoglądały. To pewnie on za tym stoi, bo żyłki pochodzą od niego. Zaatakował mnie też nimi. Tylko dlaczego wydaje się tak słaby? Niby kategoria A, bo ludzka pustać, lecz nie jest na tyle silny.
-Wydaje mi się, że jest już skończony, gdyż opanowanie duszy, kierowanie nim znacznie go nadwyrężyło, a jeszcze egzorcyzm do dobił. Taka moc jest potężna, lecz kosztowna, cierpi razem z marionetkami – Lucyfer wplótł mi tę informację między moje myśli.
-Dość dużo wiesz –zwróciłam na to uwagę.
-Widziałam podobnego demona z taką siłą. Piękna i wykańczająca – odparł.
Po chwili kolejne nowy linki nadciągały ku mnie. Kilka uników, wymiana pustych ciosów w celu rozerwania ich. Jest sponiewierany, słaby, jego aura gaśnie.
-Zgińże wreszcie! Mój plan był idealny! – Odezwał się ochrypłym głosem ukazując srebrny aparat na zębach.
-Pożałujesz tego, że opętałeś niewłaściwą osobę. Znowu ktoś z mojego otoczenia został splugawiony przez demona – przez zęby wycedziłam, celując w jego klatkę piersiową.
Znak musi gdzieś tam być, płaszcz jedynie go skrywa, ale to żadna przeszkoda. Potnę go jak będzie taka konieczność, całego. Zatrzymał moją rękę tuż przed przyjęciem celnego ciosu i z trudem usiłował ją cofnąć do tyłu. Mimo, że wbił mi żyłki w skórę, to nie powstrzymał mnie. Chciał też spętać drugą rękę, lecz podniosłam lewą nogę wysoko i pionowo do góry, przykładając ją do jego szyi i z premedytacją ściągnęłam go z zamachem w dół. Był przytknięty twarzą do ziemi, więc szybko kładąc mu kolana na plecach, przyblokowałam go. Przełożyłam ostrze pod głową i przyłożyłam do krtani. Uwierałam go kolanami w umięśnione i twarde ciało. Nachyliłam się nad jego lekko spiczastym uchem:
-A teraz mów, kto cię przysłał, czy może wolno działasz? – Szepnęłam cichym tonem głosu, ocierając stal o zimną skórę.
-Nic ci nie powiem! – Wykrztusił, nadziewając się tylko przez to na broń i brudząc mi ją ciemną krwią.
W tej samej chwili wypuścił ku mnie swoje żyłeczki, chwytając i splątując moje dwie ręce, podniósł mnie z pozycji siedzącej do pionu i tuż po tym związał też moje nogi. Zrobił to tak podstępnie i szybko, że nie zdążyłam na to zareagować. Z rozciągniętymi kończynami stałam naprzeciwko niego, a on szybko przebierał palcami, chcąc mnie jeszcze bardziej uwiązać. Z jego szyi spływała krew, lecz rana już się goiła. Westchnęłam z politowaniem i dwoma wektorami rozerwałam jego niteczki. Twardo stawiałam kroki zbliżając się szybko do niego. Bez zastanowienia przebiłam jego tors na wylot kataną. Połączyłam ten ruch z alchemia płomieni spalając materiał ubrań, odkrywając ciało chcąc zobaczyć znak. Tuż przy sercu. Gruchot kości, trysnęła krew, zalewając mi nią ubranie i ciało. Próbował mnie znowu spętać, lecz na darmo.
-Wiesz, że zginiesz i tak? Więc milczenie, czy nie nic nie zmieni – powiedziałam patrząc mu prosto w oczy.
-Gdyby nie ten pieprzony egzorcyzm! Kto by się spodziewał, że taka połówka jak ty włada taką umiejętnością – z jego ust z każdym słowem uchodziła krew. – Zabij mnie, nic nie uzyskasz ode mnie – dodał z dumą.
Zacisnęłam pięści i przejechałam niżej kataną po ciele, aby znaleźć się na poziomie znaku. Z trudem łamałam jego wnętrzności. Niemały wysiłek włożyłam w ten manewr i bardzo się ubrudziłam.
Przecinałam znak, a on tylko jęczał żałośnie i zacisnął słabo ręce na katanie. Podniósł wzrok na mnie:
-Jak nie teraz to zginiesz z rąk własnej matki – szepnął z ogromnym trudem po czym zastygnął i zaczął się rozsypywać.
Stałam zamurowana i zamyślona, czy może się przypadkiem nie  przesłyszałam. Te słowa… Co one miały znaczyć?

______________________________________________
Poślizg, ale jest. Nadal brak weny towarzyszy, tak to jest, gdy się koncepcje opowiadania zmienia w trakcie pisania. Wybaczcie za błędy, dziękuję za przeczytanie. Pozdrawiam, Law! < 3


sobota, 14 maja 2016

Rozdział XLIX "Wybawca czy oprawca?"



          Ciche, spokojne ćwierkanie ptaków. Otulały one moje uszy pięknym śpiewem. Odzyskałam świadomość i powoli, ostrożnie otworzyłam oczy. Niestety, na jedno oko tylko było dane mi ujrzeć błękitny sufit i oświetlone wnętrze przez słońce, które wpadało dwoma oszklonymi ścianami. Drugie oko spowijała ciemność. Zdezorientowana od razu zmarszczyłam brwi.  W głowie przywoływałam sobie to, co się wydarzyło. Już pamiętam. Ale… ja żyję? Zdziwiona chciałam się podnieść z pozycji leżącej, lecz przyblokowały mnie pasy, którymi byłam przypięta do miękkiego łóżka. Do tego moje kończyny górne, nogi, żebra, a nawet szyja były oplątane warstwami bandaży z wystającymi opatrunkami z gazików. Niewygodnie mi. Zazgrzytałam zębami. Plastry mam nawet na policzkach? Naprawdę tak się skatowałam? I jakim cudem przeżyłam? Przecież on – przed oczami ukazał mi się ten obraz, jego, Davida i jego miecze – on mnie zabił. Szerzej otworzyłam lewe oko. A może to sen? To tylko pośmiertna wyobraźnia? Coś tylko powstałego w mojej głowie? Obróciłam się twarzą do okna. Odbijałam się w nim bardzo niewyraźnie. Zamglona postać tylko jakby była imitacją, hologramem. Na jednym oku dostrzegłam, że mam szeroki kawałek plastra. W dodatku jest on przekrwawiony. Straciłam oko? Zaczęłam ściskać obolałe, spuchnięte pięści, chcąc się wyrwać z pasów. Kto mnie tak załatwił? Gorzej niż w szpitalu psychiatrycznym. A jeśli to szpital psychiatryczny?! Dreszcz mnie przeszedł na samą głupią tą myśl. Nie jest tak źle jednak, nie dokucza mi niewyobrażalny ból, rany może się pogoiły choć w części. Nie wiem, ile czasu mogło minąć. Skierowałam teraz głowę w przeciwną stronę. Kark się odezwał. Spostrzegłam, że na tle białych drzwi od tego pokoju pięknie prezentowały się błękitne róże. Duży bukiet tych farbowanych kwiatów. Mimo wszystko, są cudowne. Stały na szklanym stoliczku, w czarnym, porcelanowym wazonie. Ciekawe od kogo je prawdopodobnie otrzymałam. Westchnęłam głęboko i przymknęłam oko. Teraz nabrałam nosem powietrza napełniając całe płuca. Oddycham bez problemu. Jakby się tu z tych pasów wydostać? Nawet przetrzeć twarzy nie mogę, włosów odgarnąć z ust. Po plecach chodzą mi mrówki, jednak ciało odrętwiało, co znaczy, że krótko tu nie leżę, tak przykuta. Powróciłam do gapienia się w poprzednie okno, które było skierowane wprost na błękit nieba, czystego i bez żadnej chmurki. Tak zachwycająco wygląda. Te odcienie, barwy i widoczne ledwo korony drzew z jasnymi, zielonkawymi liśćmi. Poruszały się one subtelnie na delikatnym wietrze i połyskiwały w słońcu. Schowałam brodę w szarą kołdrę. Czuję się tak… Dziwnie swojo, swobodnie, jeśli chodzi o samą też psychikę. A może to naprawdę jedynie kojący długi sen? Zamknęłam już całkowicie oczy, jeśli tak to niech więc trwa. Nagle dobiegł mnie trzask otwieranych drzwi. Drgnęłam mimowolnie. Niepewnie spojrzałam na odbicie pokoju. To David. Nieśmiało minął próg. Więc to jednak nie sen, bo on w nim by na pewno nie był.
-Wiem, że już się wybudziłaś, więc czy mogę wejść?  - Zapytał już w sumie po fakcie, bo wszedł bez pukania.
Odwróciłam się w jego stronę, ze zmieszaną i niepewną miną.  Nie wiedziałam, czy mam mu podziękować za zabicie, czy może odpłacić się? Zacząć krzyczeć, płakać, majaczyć, zamęczać pytaniami, komplementami? Wbiłam w niego pusty wzrok, bez słowa. Po co i czego on tu szuka?
-To, co się wydarzyło… - zaczął niewinnym tonem głosu, ręką gładził włosy na czubku głowy. – Wyjaśnię ci – dodał zbliżając się.
Nerwowo zacisnęłam dłonie i moje ciało odruchowo chciało się podnieść i oddalić od niego. Jakbym w środku się go bała, taka reakcja. Widząc to, przystał na moment. Odetchnął głęboko i ponownie spojrzał na mnie.
-Dobrze, rozumiem. Usiądę w takiej odległości – spokojnie odparł biorąc do ręki stojące przy stoliku krzesełko drewniane i stawiając je w obecnym miejscu swoim, usiadł, zachowując ten dystans.
Moje mięśnie nadal były napięte, lecz już nie dygotałam ze zdenerwowania. Znacznie się uspokoiłam.
-Mam nazywać cię zabójcą, czy może wybawcą, Davidzie? – Odezwałam się poważnym głosem patrząc mu prosto w oczy.
-Nie miałem wyjścia. Gdybym wtedy nie przebił was to – przerwał – To byś nie przeżyła – dodał, opuszczając wzrok, a w ręce zaczął skręcać materiał czarnej, bawełnianej koszulki.
-To była walka pomiędzy mną a nią. Sama byłam gotowa ponieść klęskę, lecz nie poddawałam się łatwo, walczyłam.. Nic nie wskazywało na to, że ja ostatecznie przegram – tłumaczyłam z wyrzutami ujętymi w słowach.
-Mylisz się – krótko zaprzeczył – gdybyś jeszcze chwilę tak pociągnęła i w końcu przebiła jej serce tak jak wyczytałem z twoich ruchów, to byś dokonała egzekucji również na sobie – wyprostował się i oparł o obicie siedzenia.
-Taki był mój wybór, moja ostateczna decyzja, moje przeznaczenie! – Krzyknęłam w złości, bo jak zwykle nigdy nic nie idzie po mojej myśli.
-Jesteś głupia, niesamowicie głupia – powtórzył z naciskiem.
-Nie ty jesteś od oceniania mnie – odburknęłam – dlaczego? Dlaczego się wmieszałeś wtedy? Czego dokonałeś? Co się stało z Lisą?
-Abyś przetrwała musiałem dokonać osądu. Jestem… Łowcą demonów – odpowiedział cichym głosem, jakby się tego obawiał.
-Więc cały ten czas się kręciłeś przy mnie, bo miałeś w tym jakiś cel, tak? – Zacisnęłam miękką kołdrę w lewej ręce.
-Nie, w życiu bym na ciebie nie zapolował – pokręcił głową – wykorzystałem swoją umiejętność, aby ciebie uratować.
Podejrzliwie zmierzyłam go wzrokiem. Przebijając mnie, chciał pomóc? Naprawdę ciekawy sposób, wypróbuję.
-Zostałyście rozdzielone i obie miałyście ograniczony czas. W dodatku wiedziałem, kiedy ostatecznie opadniecie z sił, a gdy ryzyko przekroczyło ustalone  moje granice to przystąpiłem do działania – mówił powoli i zrozumiale przyglądając się z odległości moim bandażom.
-Dalej, co się ze mną i nią stało? – Wtrąciłam mu, aby nie przerywał na tym wypowiedzi, gdyż frustrowała mnie obecna niewiedza.
-Gdybym nie zrobił tego to byś była martwa. Niestety, ale w ludzkim ciele jesteś skończona, więc poświęciłem Lisę, czyli pełnego demona, by umożliwić tobie dalsze życie – umilkł.
Wyrwałam jakimś cudem rękę z pasów i poluzowałam te, które mi starały się unieruchomić cały tors. Podniosłam się i nachyliłam nad podłogą. Zrobiłam to bardzo gwałtownie, prawie tracąc równowagę, lecz on mnie złapał i przetrzymał, abym nie zleciała.
-Że co zrobiłeś? – przez zaciśnięte zęby warknęłam na niego, przybliżając twarz do jego bladej cery i kremowych ust. Oparłam drugą rękę o jego kolano, wbijając się palcami w rzepkę.
-W chwili, gdy w tym samym czasie przebije moimi mieczami ludzkie ciało i demoniczne naczynie, to mogę przywrócić życie jednemu bytowi. W tym wypadku to było o wiele prostsze, gdyż byłyście bliźniaczkami. Dlatego też połączyłem was ponownie- on nawet nie mrugnął mówiąc, gdyż bardzo bliski dystans trzymałam do oporu, jeszcze bardziej wżynając się paznokciami w jego ciało przez materiał.
-Jak to połączyłeś? Że wszystko poszło na marne i jest po staremu? I dalej we mnie jest ona jako demon? – ożywiłam się i nawijałam jak zakręcona już.
-Nie – zaprzeczył po prostu – Abyś mogła tutaj teraz być i niebezpiecznie na mnie spogląda musiałem poświecić jej istnienie. Oddałem jej życie tobie. Nie, nie żyje w tobie, ani ty w niej – pomógł mi wrócić na swoje miejsce.
-Więc…? – Słabo odparłam tracąc już czucie w rękach i siadając wygodniej na łóżku.
-Jesteś pół demonem, pół człowiekiem. Mimo wszystko, nie jest tak jak kiedyś, że demon tylko trwał w twoim ciele, tylko ty sama nim jesteś – te słowa rozbrzmiały mi echem w głowie.
Ugryzłam się w język i przełknęłam ciężko ślinę. Może źle coś usłyszałam, może się zamyśliłam? Mrugnęłam kilka razy, za każdym razem patrząc prosto na jego usta, które pozostawały niewzruszone.
-Dla naukowców byłabyś zupełnie nowym typem broni żywej, lecz dla mnie liczy się to, że mogłem cię zachować przy życiu, niestety, ale ja nie widziałem innego możliwego wyjścia, ale nie jestem też do końca z tego dumny – próbował załagodzić sytuację.
-Z tejże drogi, już nie ma odwrotu, prawda? – Z zażenowaniem spytałam odwracając głowę w stronę słonecznego widoku.
-Twój stan był krytyczny, ale dzięki regeneracji demona ustabilizował się. Może szybko to nie nastąpiło, ale jest dobrze. Nadużyłaś alchemii, otrzymywałaś rany, przesadziłaś – dalej brnął w swoje.
-Ona nie żyje, już nawet duszą we mnie. Stąd to uczucie, pełne, swoje, własne –mówiłam jakby do siebie – Alchemia nadal mi nieprzeznaczona? Ponownie będę zagrożeniem dla innych? A może zostanę oddana jako obiekt badań?
-Nie, nie i nie. Alchemię będziesz mogła używać, lecz w zaostrzonym warunkach. Do tego od teraz ty decydujesz, kiedy użyjesz demonicznych umiejętności i zauważysz, że są one też ograniczone – odparł, biorąc małe lusterko do ręki, które było oparte o ścianę obok łóżka.
Po chwili wstał i wyciągnął ku mnie dłoń. Zdezorientowana siedziałam i spoglądałam na niego w ciszy. Odgarnął moje włosy za ucho. Odsłonił plaster z opatrunkiem. Powoli luzował okład, po czym zdarł go pewnym ruchem, nie zadając najmniejszego bólu. Oślepiło mnie na moment. Za jasno, naprawdę. Zamknęłam odkryte oko tak szybko, jak je otworzyłam. Podał mi lusterko. Wzięłam je do rąk i ustawiłam przed twarzą. Spojrzałam w swoje słabe odbicie. Blada jak zwykle, smętna cera, nic nowego.
-Sugerujesz, że coś się zmieniło we mnie? Ja nic nie widzę poza gorzej zmarnowaną miną – rzuciłam pomiędzy trwającą ciszą.
-Otwórz prawe oko – powiedział powracając na swoje poprzednie miejsce, ale tym razem przybliżył krzesło do krawędzi łóżka śmielej.
Powoli zastosowałam się polecenia. Osłupiałam. Znak, pentagram, widoczny na całej, błękitnej, mieniącej się tęczówce. Zacisnęłam dłonie na obramowaniu zwierciadła. Wszystko to prawda, poważnie jestem połowicznym istnieniem. Ten znak to potwierdza. Nawet nie znika, jest samo z siebie. Teraz grzywka na tę stronę będzie miała sens, głębszy cel. W moich oczach pojawiły się łzy. Ciepłe krople spłynęły po zimnych policzkach, ot tak, po prostu.
-Pozostaje mi tylko się z tym pogodzić, czyż nie? – Z wymuszonym uśmiechem wydukałam, odkładając niedbale lusterko. –Poza tym, należą ci się jednak podziękowania, które i tak nie wynagrodzą tego, czego dokonałeś do uratowania mnie.
-Gdy tak to mówisz to tylko potęgujesz we mnie niesłuszne poczucie winy – jego głos zmiękł zdecydowanie. –A żeby je ponownie zminimalizować chyba będę musiał to odpracować, pomagając tobie – przerwał – nie, opiekując się tobą – dokończył z uśmiechem.
Osłupiałam ponownie. Przetarłam łzy z żuchwy, dając im wsiąknąć w czerwono-białe bandaże. Teraz odczuwam minimalne bóle stawów, kości, mięśni. Dają we znaki, lecz nie mam już tych głębokich ran otwartych, wygoiły się. Zrzuciłam kołdrę z siebie. Opatrunki aż po palce u stóp. Jestem jak mumia. Zaczęłam oswobadzać kostki z pasów. Gdy już jedne zerwałam to reszta puszczała bez problemu.
-Nie – po dłuższej chwili rozplątywania się odparłam – Nie jesteś niczemu winny. Straciłam matkę, przyjaciela, a teraz Lisę. Czy to już nie za dużo znaków, które wskazują na to, że pora na mój ruch? Za dużo sobie dawałam wolnego czasu i wypoczynku, za bardzo się wahałam  – mruknęłam.
-Całkowicie odbiegłaś od tematu, który ja zacząłem przed chwilą, wiesz? – sarkastycznie już zwrócił na to uwagę.

Tydzień później…
           Siedziałam nad kubkiem kawy przy szklanym stole w kuchni. Kręciłam kółeczka kostkami, strzelając tym samym stawami. Rytmicznie mieszałam zredukowaną już zawartość naczynia. Okrężnymi ruchami dłoni, które obejmowały pełnym uciskiem porcelanę, przelewałam ciepłą ciecz ogrzewając się. Spoglądałam w brązowe odbicie swojej twarzy. Naprzeciw mnie siedział Lucyfer. Pił swój napój pochłaniając przy okazji poranną gazetę. Głównie przeglądał nowości w kinach oraz przepisy kulinarne. Nie przerywałam mu lektury i zajęłam się przelewaniem cieczy. Od czasu do czasu wodziłam wzrokiem po kolorowych literkach, znajdujących się  na okładce. Nadal jednak dochodziłam do siebie po tym wszystkim. Dużo się zmieniło, we mnie, w zachowaniu, relacjach. Z Lucyferem coraz mniej rozmawiamy, większość czasu spędzamy  może w swojej obecności, lecz zajmując się indywidualnymi sprawami. Aktualnie pracuję nad tym, aby znaleźć równowagę pomiędzy moimi zdolnościami. Wiem już, że używając alchemii w tym samym czasie nie mogę użyć demonicznych mocy, które i tak nie są takie, jakie były. Owszem posiadam wektory, lecz dwa, czyli zmniejszone o połowę  do tego są wyczuwalne bardziej niż kiedyś. Regeneracja również nie działa natychmiast i tak skutecznie. Znak na oku ukrywa, wyrównując kolory tęczówek specjalna soczewka. Została zaprojektowana dla mnie. Noszę ją, lecz równie dobrze mogę się obyć bez niej, gdyż mnie istnienie tajemnicą nie jest. Cena za używanie alchemii przez przyjaciół już całkowicie spoczęła na mnie, gdyż ja jestem półdemonem we własnej osobie. A jeśli chodzi o kwestię katany… On jest demonem. Nasze połączenie jest bardzo korzystne, gdyż natury są podobne, lecz ludzka część mnie podczas nadmiernego użycia broni może bardzo ucierpieć. Muszę się nauczyć bardzo dużo i przede wszystkim uważać, aby nie narazić siebie samej na niebezpieczeństwo przez te granice. Jestem szkolona przez każdego po kolei: Break’a, Gilberta, dyrektora, ojca, Stein’a, Sebastiana. Każdy mnie odnajduje w swojej specjalności.
-To dzisiaj są te sparingi, które  mają za zadanie wypromować naszą szkołę? – Przerwałam ciszę, pukając mu w gazetę.
-Tak – kiwnął głową, ale nie oderwał wzroku od druku. Jedynie siorbnął kawę z dużego kubka.
-Dlaczego akurat ja z Maką? Przecież ona mnie uszkodzi korzystając  z okazji – westchnęłam marnie.
-Jesteś najbardziej rozpoznawalną i intrygującą wizytówką naszej placówki. Przyciągniesz nowych uczniów – rozgadał się o dziwo – wiesz, taki okaz to perełka – dodał sarkastycznie.
-Wiesz, że nie lubię tego typu określeń – mruknęłam pod nosem, wracając do ogrzewania palców o kubek.
-Aczkolwiek z chęcią zmierzę się ponownie z bratem – dodał w zamyśleniu – kilka lat nie skrzyżowaliśmy ostrzy.
-Zweryfikuję swoje umiejętności z Maką. Też jestem ciekawa, jak to jest być przeciwko niej, nie mogę się doczekać tak trochę – dopiłam ostatni łyk napoju.
-Czy… - zaczęłam mówić lekko drgającym głosem, gdyż jeszcze zastanawiałam się, czy pytać go o pewne rzeczy.
-Nadal będę twoją bronią, nic się nie zmieniło w tej kwestii, zapamiętaj – wtrącił bez zastanowienia, odkładając gazetę.  -Jej widok, ten ostatni, był taki kojący, ujrzałem ją, tyle mi wystarczy – uśmiechnął się z rozmarzeniem na te słowa sam do siebie.
Spojrzałam na niego z jakby współczuciem. Taki widok przyprawia mnie o ból, nie wiem i nie rozumiem dlaczego, ale to może z tego faktu, że znam go i wiem, że w środku bardzo cierpi po jej stracie. Zapewne moja obecność mu nie pomaga, a wręcz przeciwnie – mogę przywoływać smutne wspomnienia, ale on się do tego nie przyzna.
-Kłamca – szepnęłam obok niego, gdy wstałam, aby umyć kubek i zebrać się do  wyjścia.
-David postąpił bardzo rozsądnie – nagle temat zjechał na jego osobę, co mnie zszokowało, że aż zakręciłam wodę w kranie. – Wybrał najlepszą opcję, gdyż inne możliwości mogły być bardziej tragiczne – zasunął za nami krzesła.
-Dla niego to takie jest cierpienie, nie zaplanował tego ani nic – odłożyłam opłukany kubek na suszarkę obok zlewu. –Zmieniłeś zdanie co do niego?
-Jako broń demona wolę mieć z nim pokojowe stosunki – przeciąganym głosem odpowiedział zabierając się do zmieniania ciepłych kapci na buty.  -Nie przebierasz się w mundurek? – zapytał zaciekawiony będąc gotowym już do wyjścia.
-Przecież mam go na sobie. Na tę okazję zażyczyłam sobie specjalny strój, lecz zachowany w stylu mundurka, ale w zestawie z leginsami. Podczas walk, nawet tych udawanych, muszę  mieć komfort ruchów – dodałam wiążąc dokładnie trampki.
-To już za 10 minut się zaczyna?! – Krzyknęłam, gdyż zobaczyłam godzinę na zegarku.
-To się rusz! – dodał machając rękami w stronę drzwi wyjściowych. – Nie pilnowałaś czasu.
-Bo to twoja fucha! – Prychnęłam z grymasem na twarzy. – Ale ktoś mnie słuchał i ignorował cały czas – ironicznie podniosłam ton głosu.
Odwrócił się, idąc już na klatkę schodową bez słowa, ale po chwili się obrócił lekko z uśmiechem:
-Mówiłaś coś? – próbował nie zaśmiać się głośno, lecz tylko utrzymać zwyczajny uśmieszek.


___________________________________
Opóźnienie, ale jest. Brak weny, mam pomysł na następny rozdział na szczęście. Ten jest bardziej przegadany, trzeba zachowywać równowagę pomiędzy akcją a zwykłymi dialogami, czyż nie? następny za jakieś 2-3 tygodnie, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam, Law! < 3

sobota, 16 kwietnia 2016

Rozdział XLVIII "Zabić i zostać zabitym?"



          Otworzyłam natychmiast oczy, obraz nie był już zamglony. Oślepiły mnie wpadające przez okno promienie słońca. Wokół panował bezruch i cisza. Ruszyłam prawą ręką, cóż za dziwne uczucie. Tak nieswojo, niby jestem sobą, lecz ruchy mam bardzo nienaturalne, jakbym dopiero się obudziła z bardzo długiego snu, podczas którego odrętwiały mi wszystkie kończyny, calutkie ciało. Towarzyszyło mi teraz nieprzyjemne mrowienie w stopach. Spostrzegłam dopiero teraz, że opieram kolana o parkiet – klęczę? Wstałam, chwiejąc się. Dlaczego jestem w sukience? Jakim cudem? Wygładziłam biały materiał redukując zagniecenia i zakrywając bladą skórę nóg. Czułam czyjąś obecność tuż za moimi plecami. Powoli się odwróciłam i ujrzałam ją… W czarnej sukience, z bardzo jasną karnacją, suchą, zdezorientowaną i oglądającą z niedowierzaniem swoje dłonie. Długie, ciemne, zniszczone włosy poruszały się przez wiejący od zewnątrz wiatr. Odsunęłam się zapobiegawczo, bo to, co mi oznajmiła miało teraz nastąpić. Naprawdę dziwnie się czuję. Nie mam tego wrażenia, że mogę przywołać wektory, ale za to wiem, że mam aż nadto energii wewnątrz. Chciałam wystawić ku niej rękę, aby ją podeprzeć, gdyż wyglądała tak, jakby miała zaraz stracić równowagę. Zobaczyłam przez to, że na prawej zewnętrznej stronie dłoni mam wyryty krąg. Na skórze. Idealne na środku wypalił się nasz znak. Pełny? Ma sześć ramion, a nie pięć. Co tutaj jest grane? Zacisnęłam pięści i zabrałam rękę od niej. Puściłam ją wzdłuż ciała czekając aż sama się odezwie. Wokół nas zatoczył się jeszcze kolejny krąg z białego światła. Oddzielił nas od reszty obecnych, którzy w szoku spoglądali na nasza dwójkę. Tato po chwili rozchylił usta, a po jego policzku spłynęła ukradkiem łza.
-Lisa? – Cicho, żałośnie i przydławionym głosem się odezwał nie odrywając od niej wzroku, a jego ręce rwały się do niej, lecz nogi stawiały widoczny opór.
-Ile to czasu minęło, tato? –Odezwała się z uśmiechem, stając na równe nogi i utrzymując wreszcie równowagę.
Tato chciał teraz ruszyć do przodu, lecz zatrzymał go dyrektor, nie pozwalając mu na zbliżenie się.
-Nie, nie możesz wkroczyć w krąg. Możesz poważnie ucierpieć. Te linie oznaczają pole walki, one właśnie rozpoczęły swoją grę, niestety. Nie twierdź, że nie kojarzysz tego typu okręgu – dyrektor mówił poważnym tonem, śledząc wzrokiem podłogę.
-Co to ma znaczyć? – Tato się zirytował. – Wiesz, ile ja przeszedłem? Co ja teraz czuję? Co przechodzę odkąd odzyskałem wspomnienia a teraz widzę ją w takiej sytuacji? Chcę ją chociaż uściskać!
-I chcesz za to teraz zginąć? Proszę, opanuj się Aleksander – dyrektor już ze znaczną siłą włożoną trzymał go bliżej siebie.
-Wiesz jaki to ból widzieć jak twoje własne dzieci będą się zabijać nawzajem? Jeszcze same to postanowiły, dokonały tego typu zakładu – ojciec się całkowicie załamał i starał odwrócić spłakany wzrok od nas już nie lgnąc przed siebie.
Dokładnie, idealnie oddał to, co dalej się tutaj rozegra. Od razu krew w żyłach mi zastygła. Nie mogę sobie tego wyobrazić, a co dopiero uświadomić nareszcie, że rozdzielono nas bez szwanku. Teraz nasza kolej.
-Tyle chciałabym ci opowiedzieć, ale mamy ograniczony czas – Lisa pokazała na swojej dłoni małe, powierzchowne zadrapanie. –Długo nie wytrwamy rozdzielone, jak i ty, tak i ja – wskazała też na moją nogę, na której znikąd pojawiła się strużka krwi z nowo otwartej rany.
-Traktujemy to poważnie? – zadałam pytanie lekko sarkastycznym głosem, ścierając palcami krew z uda.
-Nie masz woli przeżycia? – Zdziwiła się. – Bo… Ja mam. Chcę żyć, chcę to wygrać, powrócić do dawnego szczęścia – dodała ciszej, a po chwili zza jej pleców wyłoniły się cztery wektory. Ona jest więc teraz pełnym demonem, a ja? Nie mam wektorów, lecz nadal je widzę. Jak mam walczyć? Przygotowała się go otwartego ataku, wyprostowała ciało, wektory się ustabilizowały. Oczy miała takie jak ja zwykle, gdy byłam odpieczętowana. Pentagram widniał, błękit zachwycał. Czarna sukienka falowała od ruchu jej broni. Zacisnęłam pięści. Co mam robić? Katana? Pomyślałam i spojrzałam z zakłopotaniem na Lucyfera, niestety on stał zamyślony i nie reagował na moje spojrzenie. Był zapatrzony w Lisę. Nie mam co na niego liczyć, ba, nawet nie mogę się ośmielić go prosić o pomoc. Jestem… Bezbronna? Rozluźniłam mięśnie. Wzięłam głęboki  oddech. Najpierw zagram defensywnie, nie mam wyjścia. Podniosłam głowę, a ona wtedy zaatakowała. Ruszyła na mnie z wycelowanymi wektorami na linii całego torsu. Nie miała wyjątkowo wrogiego wyrazu twarzy, bardziej pełny był on wątpliwości i poczucia winy. Odskoczyłam, wymijając jak się tylko dało przeźroczyste ręce. Podczas jednego z uników bardzo nienaturalnie przestawiła mi się kość w nadgarstku, strzelając wydawszy z siebie odgłos jakby została złamana. Zacisnęłam zęby i zachowałam odległość od niej. Musiała mnie jednak złapać wektorem… I to prawda. Chwyciła mnie za prawą dłoń, lecz tylko mocniej ją przycisnęła. Jakby mi chciała pokazać, że tutaj tkwi teraz jakiś szczegół. Znak? Czy ja mogę używać alchemii? Jestem pełnym człowiekiem? Te myśli napełniały mnie dziwną nadzieją i niesamowicie ożywiły. Wyrwałam się z ucisku i postanowiłam spróbować sił. Lecz kompletnie nie mam pojęcia, jak ona w moim przypadku ma zadziałać. Ryzykuję teraz. Na szybko przypominałam sobie wskazówki z ćwiczeń, które sama podejrzałam. Muszę aktywować krąg, w głowie wyobrazić sobie to, co chcę i skupić się na użyciu energii do stworzenia celu. Jeden problem mam – jaką moc mogę ja mieć? Widzę sześć wierzchołków, lecz z naszej szóstki alchemii było pięć jedynie, ja nie miałam tego daru. Poza tym, po śmierci Edwarda ta liczba zmniejszyła się o jeden.  Czy może teraz jakiś zyskałam? Bez tego nie mogę sobie nic wykreować! Chcę broń? Chcę katanę? Cokolwiek! Jak mam to stworzyć? W panice rozważałam różne opcje, a Lisa w tym czasie na mnie ponownie natarła. W ostatniej chwili chcą uciec z zasięgu wektorów klasnęłam w ręce i machnęłam nimi przed sobą, odganiając łapy. Ku mojego zdziwieniu za ruchem moich dłoni snuła się wstęga ognia. Ciepłych, czerwonych, żarzących się płomieni, które wyraźnie pochodziły z moich palców i w powietrzu się rozprzestrzeniały, rozmywając jej broń, a mnie ratując od obrażeń. Alchemia ognia, Firm? Żar zgasł, a ja zdziwiona spoglądałam na ręce. To była moja moc? Prawdziwa? Potarłam opuszki o siebie. Nic mnie nie piecze, zero poparzeń. Z ognia trwałej broni raczej nie zrobię, na pewno takiej, która podziała na nią. Na dłoni dwa odcinki tworzące ramię się podświetliły. To zapewne przez użycie mocy. Skoro jeden wierzchołek zareagował, to inne oznaczają też alchemię? Chociaż to by było zbyt piękne, zbyt łatwe. Widzę jej wektory, powróciły do stanu sprzed mojej obrony. Są one kłopotliwe. Dystans nie ma sensu, w zwarciu walka to ciągłe niebezpieczeństwo. Tak więc wygląda walka człowiek kontra demon? Po swojej prawej stronie spostrzegłam jeden wektor.  Drugi nadchodzi z lewej. Chce mnie złapać! Skuliłam się, wymijając je. Lecz pozostałe dwa wektory zostały skierowane z opóźnieniem wprost na mnie, czekała do chwili, aż się zniżę. Sztuczka z ogniem już nie wypali. Ale gdybym teraz nagle wstając ją zaatakowała? Zamiast mnie ranić, będzie musiała siebie bronić. To jest myśl. Chciałabym teraz mieć swoje nożyki. Spróbuję! Ruszyłam przed siebie, a w głowie wyobraziłam sobie, że trzymam w ręce nóż, niewielkie ostrze. Zacisnęłam jedną dłoń i po chwili poczułam jak pojawia się w ucisku duży scyzoryk.… Półprzeźroczysty, z nalotem błękitnego koloru, lód? Alchemia lodu jak u Edwarda! Pewniej pokazałam broń, po czym celowałam w jej bok. Przyuważyła ostrze i wstrzymała je, lecz nie czekając na jej kolejny ruch, w drugiej ręce stworzyłam podobny i wbiłam idealnie w prawą stronę tułowia. Zatopiłam zimne ostrze w jej nie lepszej skórze. Ciemna krew uchodziła powoli, brudząc moją dłoń. Uśmiechnęłam się do siebie, lecz nagle poczułam niesamowity ból, w tym samym miejscu, co ja ją trafiłam. Zdezorientowana się rozglądnęłam. Uderzyła mnie? Nie, więc co tu jest grane? Ostrożnie się od niej odsunęłam, przerywając ranienie jej, ale też zakrywając ręką otwartą, powstałą świeżą ranę. Ciepło… Krew pociekła mi po suchej skórze. Spojrzałam na Lisę. Opatrzyła swoją ranę, a na mnie ze współczuciem popatrzyła. Wyciągnęła lód, który w jej dłoniach od razu się stopił i jedynie kilka kropel wody po nim pozostało.
-Odczuwasz ból mimo, że nie zaatakowałam bezpośrednio. Ja się zregeneruję, ale gorzej z tobą. Nie masz szansy – mówiła powoli i spokojnie.
-Ale dlaczego, jak?! – Krzyknęłam łapiąc oddech, bo z nerwów ciężej mi się oddychało i płuca wariowały.
-Zaatakuję cię, ucierpisz. Zaatakujesz mnie, odczuję ból, lecz ty to samo dostaniesz. Moja rana jest twoją raną. Odwrotna sytuacja niż była dotychczas, powiedz, jak to jest? – Tłumaczyła mi to, a jej usta tylko delikatnie się otwierały z każdym słowem, jakby chciała oszczędzić mi tej prawdy.
Niemożliwe! Przecież to nie ma sensu! Nie zaatakuję jej, bo sama się uszkodzę. Przemyślała to? Czy może miała to na uwadze, ale nie sądziła, że tak się to potoczy? Zacisnęłam pięści, wżynając palce w zranioną skórę. Krew sączyła się, mocząc materiał sukienki. Cóż za utrapienie. Jednak nieoczekiwanie trzymając dłoń na prawym boki znak ponownie zabłysnął, a moja skóra zaczęła się bardzo powoli zasklepiać, bez blizn. Nie oderwałam dłoni – czekałam aż rana zniknie. Kilka sekund to zajęło. Po tym czasie tylko strzepałam z dłoni ciecz. Alchemia, która leczy i regeneruje – umiejętność Bel! Ukradkiem z ulgą odetchnęłam. Ma to swoje wady, gdyż czas tu gra rolę, lecz w kwestii leczenia już jej dorównuję. Ogień, lód, dalchemia – Bel, Firm, Edward. Zostaje Nate i Dzinks. Skoro te trzy moce już są w moim posiadaniu, to dwie ostatnie również we mnie drzemią? Liczyłam na jedną alchemię, a mam ich pięć. Więc mogę przeciwko niej już pewniej używać alchemii, do tego doliczę teraz alchemię stali i błyskawic. Stal – idealna na bronie, błyskawice do oślepiania i spowalniania. W głowie zaczęłam obmyślać różne strategie. Mimo wszystko muszę walczyć zachowawczo, nie wiem jaki mam limit. Do tego powinnam balansować na granicy, aby nie zranić jej zbytnio, gdyż sama też sobie zaszkodzę. Będzie dość ciężko. Muszę wykorzystać swoje najlepsze punkty. Czas kontynuować walkę. Klasnęłam w dłonie i odciągając je od siebie wytworzyłam sobie długą, wąską katanę ze stali. Chwyciłam ją prawą ręką i przygotowałam do ataku. Jej wektory również się ustawiły – dwa do ataku, dwa pozostawały jako tarcza. Muszę działać tak, aby uzyskać czas na swoją regenerację. Zaatakowałam ją bezpośrednio. Wymijałam wektory i celowałam w blade ciało. Unik, unik i unik. Przerzucałam katanę z ręki do ręki, różnie wyprowadzałam ataki, stosowałam rozmaite sztuczki. Marnie to widzę. Drasnęłam ją kilka razy i to podręcznym ostrzem, które chowałam za siebie i wyciągałam tylko w chwili ataku. Stosowałam ogień, aby odgonić jej ręce. Lód, aby straciła równowagę. Błyskawice oślepiały ją i dezorientowały. Jednak odbijało się to na moim stanie. Traciłam już taką mobilność, którą miałam tuż na początku. Męczę się. Alchemicy, gdy zużyją za dużo energii to potrzebują regeneracji sił duchowych. Można się podratować medytacją, ale teraz to niemożliwe. Na dodatek ona też doskonale sobie radzi w walce wręcz, bez wektorów. Zna przecież mój styl walki. Ciągle reperowałam swoje ostrze, gdyż wektorami je trafiała i przez to stale pękał. Gdy postanowiłam wreszcie w nią porządnie uderzyć kataną, ona w mgnieniu oka zmniejszyła drastycznie odległość miedzy nami i puściła ręce prosto na moją klatkę piersiową. Jedną mackę zdążyłam ogniem potraktować, lecz zaraz druga ją zastąpiła i przemknęła przez moje ciało. Niby nic, ale gdy wektor przeszyje ciało nie raniąc go zewnątrz to wewnątrz może spowodować ogromne obrażenia. Tak też było. Zdziwiona opuściłam katanę i ręce rozłożyłam do boku, bo ten ruch uniemożliwił mi poruszanie się. Zabrakło mi tchu.. Podniosłam głowę wysoko i miałam ochotę krzyknąć, lecz głos również utkwił w gardle. Ma mnie. Nagle mnie puściła, wyrywając bez problemu wektor, który przed tym zaczął być wypalany przez moje ciało. Dziwiło mnie to. Mimo braku rany, ogromny ból mnie dopadł. Szybko skrzyżowałam dłonie na sobie i zaczęłam się leczyć. Szybciej, szybciej! Nie dawała mi czasu. Czułam, jakby mi napakowała setki igieł w płuca. Wokół siebie zrobiłam coś na wzór ściany z płomieni, ale nic to nie dało. Przebiła się przez nią. Malutkimi kroczkami starałam się jednak utrzymać większą odległość. Nie przerywałam się leczyć. Okropnie boli, serce bijąc tylko potęguje to wszystko. Gdy już powoli ta najgorsza skumulowana chwila cierpienia się uspokajała, ona podniosła opuszczoną przeze mnie katanę własnymi rękami. Przypominając sobie na szybko jedną z umiejętności Nate’a, wytworzyłam łańcuchy, którymi oplotłam jej ręce i nogi, głównie stopy i kostki, aby nie ruszyła się dalej. Broń w jej rękach też jest groźna, więc trzeba jej je unieruchomić. Zadziałało, ale zaraz się wyrwie, bo łańcuchy już pękają od wektorów. Puściły… Trzask stali rozbrzmiał mi w uszach, a jej oczy oczy przykuły moja uwagę, bo spojrzała na mnie nimi w ogromnym skupieniu. Pełne jakby żądzy mojej śmierci, lecz też uczucia empatii i cierpienia. Nie udało mi się gołymi rękoma zatrzymać ostrza. Zatopiła je w jednym w ramion, ciągnąc do dołu i rozrywając skórę, starając się przebił do kości i je pogruchotać. Jednak ostrze nie było na tyle już ostre i sprawne. Krew mocno leciała, zalewając całą rękę i dając przyjemne uczucia chłodu, lecz także ściągała skórę co już było okropne. Mrowienie, ale już zanika i wstępuje ból. Z trudem zgięłam palce, kolana mi się ugięły. Ma siłę sama w sobie, nie zaprzeczę. Nie udało jej się przebić ręki, więc wyrwała ostrze, jeszcze bardziej mnie raniąc. Przegryzłam język. Jeszcze dodatkowo się gnębię. Przełknęłam żelazny posmak śliny i próbowałam się ratować. Z ogromnym wysiłkiem przyłożyłam obie dłonie do podłogi, tworząc tym samym lodowe kolce aż do wysokości jej głowy. Część zniszczyła, ale niektóre ją tknęły, postrzępiły ubranie, pozadzierały skórę na rękach, a jeden najwyższy i najpóźniej wytworzony przejechał jej po krtani. Oddaliła się zraniona, lecz również ja dostałam. Nie mogę teraz stanąć swobodnie na równe nogi, a w gardle nadal czułam ucisk. Odkaszlnęłam, a przy tym na  dłoń padły mi krople krwi. Jeszcze krwotok wewnętrzny?! Nie, to nie może się dziać. W głowie już mi się kręciło. Nie pociągnę długo, nie nadążam z leczeniem, nie mam jak zaatakować. Czy to jej jest pisane życie? Czy ja mam przeznaczone zginąć tu i teraz? Nie, nie dam się. Mam więc tylko jedno wyjście – zabicie jej, co jest równoznaczne z  moją śmiercią. Może zdążę się sama podleczyć, chociaż minimalnie, aby tylko przeżyć samodzielnie kilka sekund, aby oni po wszystkim mogli mnie odratować… O ile będzie co ratować, martwych do życia nie przywraca się. Połowicznie się zregenerowałam, na tyle, aby móc się teraz zająć torsem i kończyną tak dokładniej.
-Rozbudziłam w tobie wolę walki, cieszę się, że się nie poddałaś – odezwała się, ścierając czerwień ze swojej skóry.
-Sprytnie to wykorzystujesz, że ja odnoszę podwójne rany, czy atakuję, czy też nie – odparłam, powstając z podłogi i przecierając zakrwawione usta.
-Zdradzę ci sekret – nagle jej ton głosu spoważniał. – Fakt, że odnosisz obrażenia wynika, z tego, że tak naprawdę nie jesteś zdecydowana, co do zabicia mnie. Podświadomie chcesz ponieść rany zadane mi, boisz się też zaatakować mnie tkliwe, aby nie uszkodzić siebie – te słowa sprawiły, że zdziwiona spoglądałam na nią, a z tego wszystkiego aż mnie ściskało od środka, gdyż uświadomiła mi to, że z własnej winy cierpię najbardziej.
Jak mam uzyskać tę pewność? Myślałam, że już jestem przekonana co do swoich decyzji. Jak, skąd? Nie wierzę, sama zwyczajnie się dobijałam! Dlaczego jestem taka słaba? Potrząsnęłam głową z bezradności. A co jeśli ona mnie podpuszcza jedynie? Nie wiem już w co mam wierzyć, a w co nie! Gubię się, jestem w kropce. Zaczęłam maltretować coraz bardziej dłonią materiał naderwanej sukienki. Jest cała z mojej krwi. Moje ciało drżało, a moje myśli plątały się od pytań. Patrzyłam na nią pustym wzrokiem. Chwila odpoczynku dała mi trochę sił. Jednak ona też miała czas na zregenerowanie się na namyślenie. Jej wektory ruszyły na mnie otwarcie. Nie pozostałam dłużna, podbiegłam do niej, unikając wektorów  i atakując nożem ze stali. Złamała je, ale kawałek ostrza, który znalazł się w powietrzu na poziomie jej twarzy, dał mi pewniej pomysł. Już przygotowywała się, aby mnie tknąć, lecz ja wyciągnęłam dłoń do jej czoła i płasko ją przyłożyłam. Oszołomię ją prądem elektrycznym. Udało mi się, ale sobie też nie oszczędziłam lekkiego bólu. Jedynie w głowie mi się mocno zakręciło, ale na to się przygotowałam. Po chwili otumanienia, spróbowałam ponownie ją zranić. To było dość utrudnione, bo nieprzewidywalnie i przypadkowo w gniewie wymachiwała wektorami. Skutkiem tego było to, że nie zdążyłam się w czasie wycofać i z potężną siłą uderzyła mnie jednym z nich w nadgarstek, przez co od razu wygiął się w drugą stronę i był połamany. Syknęłam, a cała ręka została następnie naruszona i puściłam ją wzdłuż ciała. Ona natomiast odkryła oczy i zobaczyła, że mnie zraniła. Nie traciła czasu. Chciałam się wycofać całkowicie, lecz ona uderzyła mnie w kostki. Straciłam równowagę. Uderzyłam plecami o podłogę. Widziałam te wstęgi, które zmierzały na mnie teraz z góry. Nie zważając na ból, przetoczyłam się po parkiecie, chcąc szybko wstać i uniknąć ataku. Prawie się udało, lecz ona sama mnie podniosła, gdyż chwyciła mnie za gardło i przybliżyła do siebie. Nie mogę oddychać, dusi mnie! Stopy też mam unieruchomione. Zwisałam żałośnie, dotykając lewo palcami drewna. Aby się uleczyć muszę dotykać zranionego miejsca dłonią. Nie potrafię ot tak się regenerować. Nie jestem na tyle zdolna, nie umiem takich zaawansowanych rzeczy jak przyjaciele. Mam tylko ich moc, nie umiejętności. Idzie na całość – to ja też nie mam nic do stracenia. Zacisnęłam zęby,  a w wolnej ręce stworzyłam kolejną katanę, tym razem szerszą, ostrzejszą i wyraźnie groźniejszą. Gładko i z gniewem przeszyłam jej ciało, odrywając znacznie rękę od reszty ciała. Tym razem nie odbiło się to tak na mnie, gdyż tamtą kończynę miałam już zmasakrowaną i tak. Nadrobiła mi ból tym, że jeszcze bardziej owinęła wektory wokół mojej szyi, całkowicie uniemożliwiając oddychanie i przełykanie śliny. Skoro już tak zaszłam daleko to… To muszę ją zabić. Zebrałam się w sobie i ostatkiem sił przyciągnęłam do siebie ostrze, celując w jej serce.
          Jednak w ułamku sekundy roztrzaskała katanę. Ale jej wektory również nagle mnie puściły. Otworzyłam szerzej oczy, ale moje stopy nadal nie dotykały swobodnie ziemi. Byłam sparaliżowana. Lisę przysłaniała mi inna osoba. Te włosy, postura, David! Nabrałam powietrza ustami, lecz wtedy poczułam niewyobrażalny ból w sercu. Opuściłam wzrok i zobaczyłam, że jego ostrze błękitne ostrze przeszyło mnie na wylot. Dlaczego on tu wbiegł, dlaczego z mieczami? Co tu jest grane? Moje oczy zaszły łzami. Z ust obficie wydostała się krew wymieszana ze śliną. Spływała po posiniaczonej szyi. Zza jego drugiego ramienia dostrzegłam Lisę, również przebitą mieczem – czarnym. Znalazł się tak nagle pomiędzy nami, przerwał walkę, rozdzielił nas, a także równocześnie przebił nam ciała. Czułam jak coraz więcej ciepłej krwi mnie opuszczało. Chłodni mi się robi. Słabo mi, staję się senna. Dlaczego, dlaczego to zrobił? Straciłam wszelkie siły, bezwładnie zawisłam na jego broni. Ona też. Wektory się rozpłynęły, chociaż tyle, że go nie zaatakuje nimi. David w ciszy się ustawił teraz tak, aby profilami być zwróconym do nas. Obie nas trzymał na ostrzach nad ziemią, jest nadnaturalnie silny.
-Dwa byty jedność tworzą. Raz rozdzielone złączone być nie może, lecz do trwania dwa istnienia istotne – zaczął powoli i dokładnie wypowiadać te słowa, zaciskając dłonie na rękojeściach.
Równocześnie z jego kończyn sączyła się krew, która nienaturalnie kierowana była do ostrza miecza.
-Niech tchnienie demona człowieka wspomoże i żyć mu dając idealne połączenie stworzy. Ja, który demonów poskramiaczem jest i sprawiedliwego dokonuję osądu, jednej bliźniaczce trwać w drugiej wspomnieniem pozwalam, lecz ciało i duszę oswobodzić rozkazuję – spojrzał na mnie tymi niejednolitymi w kolorze oczami.
Natomiast ja zaczęłam już ignorować wszelkie odgłosy. Powoli powieki opadały, a świadomość odpływała. Przynajmniej nie będzie mi ciążyć brzemię zabicia jej, gdyż nie ja tego dokonałam. Sprawiedliwie to nas dwie wykończył… 


__________________
Kolejny, decydujący rozdział za nami. Wena powraca, powoli i małymi kroczkami, ale świeże pomysły pojawiają się. Wybaczcie wszelkie błędy, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam, Law! < 3