sobota, 20 kwietnia 2013
Rozdział XXIII
W niezbyt przyjemnej ciszy, weszliśmy do klasy, gdzie miała się odbyć pierwsza lekcja. Mianowicie najtrudniejszy z języków – polski. Byłam bardzo ciekawa, kto nas będzie uczył tego jakże cudownego przedmiotu. Oby to tylko nie była jakaś zrzędliwa, starsza babka, która będzie nam zwracać uwagę, a sama nie zrezygnuje z mówienia jak gąska przez „ą” i „ę”. Z przyklejonym uśmiechem usiadłam w czwartej ławce. W sumie czwartym rzędzie, jeśli ktoś liczy kolumnowo. Zastanawiałam się, czy każda sala się tak piętrzy. Preferuję normalne klasy i ławki – są wygodniejsze i praktyczniejsze. Poza tym, w podstawowych formach można się lepiej ukryć, spokojnie przespać i bez ponoszenia strat – ściągać na wszelkich kartkówkach lub sprawdzianach. Czasami na takich zniszczonych, „wybrakowanych” ławkach, powstawały bardzo ciekawe rozmowy pisemne. Kto siadał na jakimś miejscu, pisał co chciał znudzony najczęściej, a każda kolejna osoba dopisywała swoje trzy grosze i w ten sposób prowadziło się konwersacje, wymyślało rymowanki, suchary, a czasami nawet pisało się piosenki i ściągi dla innych. Artystycznym zajęciem było też podpisywanie korektorem krzesła osoby siedzącej przed sobą. „Tu siedzi” to i to – jedno z podstawowych, twórczych gryzmołów. Nie ukrywam, że czasami skreślałam pewne części graffiti lub podrasowywałam je, by miały przynajmniej sens lub coś humorystycznego w sobie. O, zapomniałabym o ciągłych walkach, kto siedzi pod oknem. Tak, to też było bardzo emocjonujące. Zazwyczaj ustępowałam i siadałam po zewnętrznej stronie. Jednak miałam z tego jedną korzyść. Nie musiałam za sobą zasuwać krzesła. Robiła to osoba ze mną siedząca. Jak chciała wyjść , musiała zasunąć. Proste i okrutne.
-Zjadłabym jabłko i wypiła herbatkę. – Firm siadając za mną, marudziła i wyciągała zeszyt z plecaka.
-Już lepsza… - Chciałam wyrazić swoje zdanie na temat herbaty. – A więc o to chodzi. Z kim ja się zadaję. –Odwróciłam się do niej i obróciłam oczami.
-Tak naprawdę to liście herbaty mają dwa razy więcej kofeiny od takiej kawy. – Edward dołączył się do rozmowy, niezbyt jeszcze wiedząc o co chodzi Firm.
-Słyszałam o tym, ale herbata to zło. –Przytaknęłam przez śmiech. –Ale ładne zło. – Puściłam oko do Firm.
-Dobra, domyślam się o co chodzi, ale nie rozumiem co w nim takiego fajnego jest? Jak dla mnie jest zbyt poważny. – Edward zaczął wyrażasz swoje zdanie, któro pachniało mi zazdrością.
Po chwili drzwi od klasy się zamknęły i w Sali nastała cisza. Przerwało ją szuranie krzeseł i głośne „Dzień dobry”. Z początku sama nie dowierzałam w to co słyszę. Naprawdę?! Również wstałam i cichym głosem powtórzyłam za tłumem. Dziwnie uśmiechnięta usiadłam na miejsce.
-Czy widziałaś dzisiaj jakąś spadającą gwiazdkę? – Odwracając się do Firm, zapytałam szeptem.
-Od dzisiaj kocham język polski i przyłożę się do nauki… - Rozmarzona zaczęła mówić, niezbyt dyskretnie patrząc na pana Sebastiana.
-Tylko nie zacznij się ślinić! – Pomachałam jej ręką przez twarzą i z trudem próbowałam ją ściągnąć na ziemię.
Zastanawiało mnie, ile jeszcze młodych dziewczyn ma go za bóstwo. Mam tylko nadzieję, że to nie jest zaraźliwe, bo nie gustuję w nauczycielach! Usiadłam już spokojnie i przysłuchiwałam się jak nauczyciel czyta listę obecności z czarnego, większego formatu dziennika. Czytając i wymawiając z osobna każdo nazwisko, nie unosił wzroku zza skromnych okularów w przeźroczystych oprawkach. Ogółem wyglądał nieco inaczej tutaj na lekcji niż wtedy, przy rozmowach. Poprzednio jego włosy były beztrosko zostawione same sobie, a tutaj ma je delikatnie upięte z tyłu i założone częściowo z lewej strony za ucho. Jego dłuższa grzywka, a raczej kosmyki zostały opadające za bladą twarz. Srebrny łańcuszek od okularów swobodnie zwisał i kołysał się przy każdym jego choć najmniejszym ruchu głowy. Zwykłe ogarnięcie włosów, a zmiana duża.
-Delaney Rita. –Jego blade usta ze spokojem wymówiły jej nazwisko, ale tym razem już rzucił wzrokiem na klasę.
-Jestem! –Niemal krzykiem odpowiedziała Firm, podskakując przy tym na krześle i gorączkowo machając ręką w powietrzu.
-Zapowiada się ciekawa lekcja, naprawdę. – Cicho mruknęłam pod nosem, zagłębiając się w pierwsze zdania planowanego do omawiania tekstu.
Po 45 – minutowym upominaniu Firm, jąkania się przy odpowiadaniu, byciem głównym tematem plotek wśród uczniów, z ulgą wyszłam na korytarz po donośnym dzwonku. Co prawda, nie było filiżanki herbaty, ale omawiany tekst był ciekawy i w moich klimatach. Z jednej strony trochę przerażająco prawdziwy, ale również ukrycie psychologiczny. Lekko dołujący, a zarazem dodający wiarę człowiekowi. Przy okazji zauważyłam, że pan Sebastian jest bardzo pedantyczny. Lubi porządek i spokój na lekcji. Ma również świetny refleks i wydaje się, jakby przewidywał przyszłość – dosłownie. Zanim komuś coś spadło na lekcji, był szybszy i w dokładnie tej samej sekundzie co spadał długopis – on już go miał w dłoni i z uśmiechem oddawał właścicielowi. W ten sposób, w ciągu jednej lekcji uratował: 4 długopisy, 2 zeszyty i hit – łyżeczkę. Mam coraz większe wątpliwości co do jego człowieczeństwa…
-Dlaczego ta lekcja tak krótko trwała?! – Firm wskoczyła na czarny parapet i kapryśnie, praktycznie sama do siebie mówiła.
-To trzeba będzie leczyć. Ewidentnie. Od zaraz szukamy egzorcysty. –Dzinks zaczęła grzebać coś w komórce.
-Znudzi jej się po jakimś czasie, zobaczycie. Poza tym, jestem lepszy. –Nate poprawił swoje ciemne włosy i założył okularki przeciwsłoneczne.
-Akurat. Nic nie ma w tobie wyjątkowego, chłopczyku. – Edward stanął obok niego i postukał go palcem w jego ciemne okulary.
-Ideały się znalazły. –Rzuciłam podchodząc do nich. Po chwili zauważyłam, że główny obiekt zainteresowań wśród żeńskiej populacji, właśnie uratował kolejną stertę papierów, należących do jakiejś słodkiej, zagubionej dziewczynki. –Ciekawe, czy zawsze mu się tak udaje? –Szepnęłam pod nosem. To jest naprawdę podejrzane. Coraz bardziej mnie korci. I weź tu wytrzymaj.
-Zaraz mamy chemię, chodźmy poszukać sali. – Bel pierwsza ruszyła ku schodom.
-Schody… Dobrze się składa. – Uśmiechnęłam się szeroko i cicho podążyłam tuż za Firm, dopełniając w myślach mój genialny plan. To się musi udać! On jest tam na dole, Firm przed schodami. Przecież człowiek to coś innego niż głupi zeszyt. O nie, włącza się moja kombinatorska strona.
-Hej Firm, powinnaś troszkę opanować swoje zauroczenie. –Dorównałam jej kroku. Byłyśmy trochę oddalone od reszty. –Jak myślisz, zdąży czy nie? –Zapytałam spontanicznie.
-Co? O co ci chodzi? Wiesz, że w myślach nie czytam i nie widzę co ci siedzi w tej czarnej głowie. Objaśnisz mi? –Zapytała z dziwną miną.
-Tak, tak. Wybacz mi, ale muszę coś sprawdzić. Myślę, że to ci przykrości nie sprawi. – Przystanęłam i się uśmiechnęłam.
-Nie lubię jak się tak uśmiechasz, bo… Nie! Co znowu?! –Zaczęła coraz głośniej i ze zdenerwowaniem mówić. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.
-Zachowuj się naturalnie. –Powiedziałam, po czym zupełnie przypadkowo podstawiłam jej nogę jak ruszyła niepewnie do przodu. Próbując uratować ją przed upadkiem , pchnęłam ją jeszcze bardziej w tył. Spadała plecami w dół schodów i jak najbardziej realistycznie oddawała strach jaki ją ogarnął. Próbowała chwycić się mojego rękawa, lecz na próżno.
-Law, co ty do cholery robisz?! –Edward krzyknął, próbując złapać ją za uciekającą dłoń.
-Co ty sobie myślisz?! – Dzinks silno złapała mnie za marynarkę tuż przy szyi.
-Jeśli on nie złapie to ja… -Spokojnie mówiłam, ale nagle przerwałam i nogi mi się ugięły ze strachu. Pobladłam. –Przecież wektory… Firm! - Sama w panice krzyknęłam chcąc już rzucać się na schody, by ją złapać, lecz zdziwiona się zatrzymałam. Próbowałam utrzymać równowagę. Na końcu schodów ujrzałam stojącego pana Sebastiana, który na rękach trzymał sparaliżowaną Firm. Myślałam, że wynikał z przerażenia zmieszanego ze dezorientacją i zdenerwowaniem, ale się myliłam. Była tak szczęśliwa, że nie mogła, a raczej nie chciała się ruszać z ramion swojego anioła. Wpakowując moją ulatniającą się duszę z powrotem do ciepłego środka, zbiegłam na dół do niej. –Nic ci nie jest?! –Tak, nie ma to jak retoryczne pytanie.
-O mały włos. Uważaj na tych schodach, bo następnym razem może się źle skończyć. – Pan Sebastian postawił ją i podniósł swoje szkiełka z ziemi.
-D-dziękuję. –Wymamrotała bez mrugnięcia oczu i stała jak słup soli w szoku. Chwilę po jego odejściu zaczęła piszczeć. Z lękiem spoglądałam na nią i resztę, która z ulgą odetchnęła, ale nieprzyjemnie wyglądała.
-Dobra, bijcie, ale nie w twarz! – Zasłoniłam rękoma swoją krzywiznę i obraz rozpaczy.
-Wystraszyłam się. Myślałam, że to ta druga ty… Nie rób tak więcej, proszę, bo nie wiemy co mamy robić. –Dzinks opanowała swoją złość.
Popatrzyłam na nią ze zastanowieniem. Nie dziwię się, że tak podejrzewała. Teraz jestem niepewną osobą, a tym wygłupem pogorszyłam swoją sytuację. Ale… Nie wiem czy to tak naprawdę mój wymysł jeśli chodzi o ten plan, czy ona miała w tym jakiś udział. Nie, znowu mam mętlik w głowie. Nie wiem co mam o tym myśleć. Kolejny głupi incydent z mojej strony, który będzie mnie męczył. Na szczęście, złapał ją. Tyle dobrego. A ja teraz muszę się jakoś wytłumaczyć, ale każde słowo może zostać użyte przeciwko mnie. Tak źle i tak niedobrze!
-------------------------------------------------------------
Tak, wiem, krótki, ale wydaje mi się, że w miarę ciekawy. Dłuższego nie chciałam na siłę pisac, bo wyszła by z tego plątaninka zapewne, więc oszczędziłam sobie i wam zbędnego męczenia oczu i czasu. Przepraszam za jakiekolwiek błędy. Dzięki za przeczytanie i pozdrawiam, Law! ; )
sobota, 6 kwietnia 2013
Rozdział XXII
Przez zamknięte powieki próbowały przedostać się upierdliwe promyki słońca. Z trudem obróciłam się na drugi bok. Wcisnęłam głowę w chłodną poduszkę, twarzą, utrudniając sobie tym oddychanie. Zapadłam w ponowny sen, odcinając się od wszelkich myśli i dźwięków dobiegających z zewnątrz.
-Iza, śniadanie zrobiłem. Wstawaj. – Usłyszałam czyjś szept nad głową, któremu wtórowało szturchanie w ramię.
-Od kiedy budziki mają nogi? – Zapytałam nie podnosząc głowy, w dodatku ledwo przytomna. Skuliłam się jeszcze bardziej i wciągnęłam rękę pod kołdrę.
-Te cukierki od Break’a… Wiedziałem, że będą ich skutki. Chodź, bo będzie zimne.
Otworzyłam zaspane oczy i podniosłam głowę. Delikatnie się zdziwiłam i zarazem wystraszyłam. –Tato?! Co ty tu robisz? – Zapytałam, wygramolając się z ciepłego łóżeczka.
-Czy ty kiedykolwiek możesz udawać chociaż jakiś entuzjazm? Myślałeś, że się ucieszysz. Sama nigdy byś sobie nie zrobiła takiego śniadania jak ja nad dzisiaj. Z niczego się nie cieszysz. Kompletnie. – Tato zaczął prawic swoje herezje, a ja słuchałam go jednym uchem, bo byłam jeszcze półprzytomna.
-To nie tak. – Krótko odpowiedziałam po czym zaczęłam łapczywie wciągać powietrze nosem. –Coś słodkiego! –Krzyknęłam i pobiegłam w stronę kuchni.
-Mówić jak do ściany. – Ruszył za mną, przy czym porównywał mnie do rzeczy martwych.
Osłupiałam, gdy rzuciłam wzrokiem na stół. Cały był ładnie zastawiony, a talerze zostały idealnie wyeksponowane. Nawet widelce były na właściwym miejscu. Z naczynia gęsto parowało. Zapach, który ogarnął całe mieszkanie był niesamowity. Jakby się dało, już bym była nim najedzona. –Naleśniki… Naleśniki?! –Krzyknęłam jeszcze z niedowierzaniem, uderzając małym palcem o kant szafki.
-Teraz to już nie musisz udawać. Tak, naleśniki, ale ty i tak ich nie docenisz. Jak zawsze! – Tato kontynuował swojego focha. Po chwili podszedł do stołu i ręką odsunął krzesło dla mnie.
-Nieprawda! To ty zawsze krytykowałeś moje śniadania. – Odkrzyknęłam, siadając wygodnie i odgarniając niesforne kosmyki włosów.
-Bo tego się jeść nie dało. Do jednego omleta dawałaś tyle cukru ile ja do 300 naleśników. Do tego jeszcze twoja kawa. Kto normalny daje 15 łyżeczek cukru do kawy rozpuszczalnej z mlekiem? Usta kleją się gorzej niż po ciągutce. To powinno być traktowane jako tortury, a nie ludzki posiłek. – Tato z uśmiechem mówił, nabierając sobie kawałek naleśnika na widelec.
-Ja tylko dbam o twój poziom cukru. Nie widzę w tym nic złego. –Burknęłam, maczając palca wskazującego w rozlewającej się Nutelli. –Tak poza tym, kto mówił, że jestem normalna? – Dodałam.
-No tak, błędne porównanie. Pomijając to, ładnie wczoraj graliście, przymykając oko na wszystkie nieczyste zagrania i ruchy. Było to miłe oderwanie się i odmóżdżenie w trakcie rozmów, które wlekliśmy… - Odłożył na moment widelec i podparł się łokciami o stół. –Zastanawialiśmy się, jak ci pomóc. Boimy się używać wszelkich bransolet, pierścieni, naszyjników z zaklęciami antydemonicznymi, bo nie wiemy, czy ponownie zareagujesz w podobny sposób. – Zmienił atmosferę z luźnej na bardziej napiętą.
Przełknęłam ciężko wielki kawałek naleśnika, nafaszerowanego bananami i wysmarowanego Nutellą. Zaczęłam widelcem maltretować jeszcze nieskonsumowane, pozostałe kawałeczki. Każda zmiana tematu na akurat tą sprawę irytowała mnie, ale prawdą było, że nie ucieknę przed tym. Szorstko odchrząknęłam i przemilczałam komentarz.
-Ważne jest, byś informowała nas o wszystkim. W sumie, zawsze po tobie widzę, że coś ukrywasz. W takich chwilach unikasz kontaktu wzrokowego i masz tik nerwowy, że nogi ci się telepią. Poza tym, za długo cię znam, bym nie wiedział kiedy coś kręcisz. –Tato zaczął mówić coraz ciszej, jakby sam do siebie.
-To się mylisz. Skoro tak dobrze znasz moje słabe punkty, to czemu nie zauważyłeś, że coś ze mną nie tak. Znaczy, nie tyle co nie zauważyłeś, co nic nie zareagowałeś w tej sprawie. Może gdybyś ze mną porozmawiał, byłbym bardziej otwarta? – Popatrzyłam na niego, ale po chwili opuściłam głowę.
-Znowu to samo. – Uśmiechnął się. –Obwiniasz innych, a sama chcesz mieć wszystko podane na tacy. Przyznaj… Dużo czasu minęło odkąd jedliśmy tak śniadania i rozmawialiśmy razem? – Zapytał, podając mi kolejną porcję naleśników.
-Tak! Od dawna się ze sobą nie kłóciliśmy. – Wzięłam dodatkowe słodkości i popiłam kawę.
-Tego to ci pewnie najbardziej brakuje. Ale zazwyczaj przegrywasz, jeśli chodzi o wymianę argumentów, które powinny uwiarygodnić twoje zdanie.
-Chyba ty! – Odkrzyknęłam bardzo dojrzale i odsunęłam widelec od ust, a nabrana zawartość spadła na talerz, posmarowaną stroną do góry. Przy okazji oszukałam prawa fizyki. –Tato… Ale czy moja osoba już zbyt wam nie zaszkodziła? – Nagle ja zmieniłam temat.
-A więc to cię gnębi. Szczerze powiedziawszy, młodzież w twoim wieku bywa podła, ale nie powinnaś mieć większych problemów z rówieśnikami. A nami się nie martw. – Spoważniał.
-Podłe? Mało powiedziane. – Prychnęłam, zagryzając wargę.
-Ano tak, ty jesteś jeszcze lepszym przykładem dręczyciela. – Zaśmiał się. –Po prostu musisz zacząć być miła i zaprzestać patrzeć się na ludzi „spod byka”. O, i nie wyróżniaj się zbytnio z tłumu. – Popatrzył na mnie z wyraźnym zadowoleniem na twarzy, bo znów zrównał mnie z ziemią.
-Nie pomagasz, tato! –Marudnym głosem krzyknęłam, nerwowo rozczochrując sobie włosy.
-I mam do ciebie jedną, wielką prośbę. Właściwie zakaz. Nie używaj wektorów, pod żadnym pozorem. W szkole, na jej terenie… Nie, w ogóle ich nie używaj. Tak będzie bezpieczniej. – Postawił pusty kubek na stole.
Podniosłam głowę i otworzyłam szerzej oczy. Mam ich nie używać? Ale, ja już ledwo co nad nimi panuję. Najgorzej będzie, jeśli ktoś mnie wyprowadzi z równowagi i to dość skutecznie. Poza tym, ciężko jest zrezygnować z czegoś, co stało się już częścią ciebie. To tak jakby mówiącemu nagle zabronić mówić. –D-dobrze. – Powiedziałam po krótkiej ciszy.
-Zamiast tego, noś ze sobą katanę. Tutaj nikogo to nie zdziwi. Mnóstwo osób interesuje się sztukami walki. Niestety, mało kto trenuje zawodowo, a szkoda. – Powiedział, wstając od stołu i zbierając brudne naczynia.
-Czyli mogę biegać z bronią jak psychopata i nic mi nie zrobią? – Z szerokim uśmiechem zapytałam, sama się dziwiąc co mi do głowy przyszło.
-Wolałbym abyś ograniczyła się do noszenia jej na ramieniu w mięciutkim futerale. Ty będziesz bezpieczna i inni. –Pośpiesznie dodał, kręcąc głową z politowaniem.
-Dziękuję za śniadanie, było pyszne. – Wstałam i ja od stołu. Sama nawet swój talerz włożyłam do zmywarki, która stała tuż obok srebrnej lodówki.
Gdy ładnie ogarnęłam porządek na stole, tato zaczął zakładać nową porcję. Wykorzystując moje normalne mycie rąk, zza sztucznego ramienia zaczęłam zaglądać co robi. Ku mojemu zdziwieniu, to co nałożył, otulił sreberkiem i postawił na środku stołu. Zaczął się uśmiechać, bo chyba przyuważył moje zdziwienie. Nadal stałam przy zlewie, w ciszy, a zimna woda z kranu bezsensownie obmywała ponownie moją dłoń.
-A, Iza, jeszcze coś. Bo później znowu będzie moja wina, że milczałem. Za niedługo poznasz kogoś. On sam zdecyduje, w jakim momencie, więc nawet ja nie wiem kiedy to nastąpi. Ale już ostrzegam. – Tato nagle się odezwał, poprawiając obrus.
Zakręciłam wodę i z początku nie dochodziło do mnie co on mówi. Poznam kogoś? Od kiedy on szuka mi znajomych? To do niego nie podobne. –Mam nadzieję, że to nie będzie kolejny, dziwny mężczyzna, który będzie się specyficznie ubierał i straszył wzrokiem. – Głupio palnęłam.
-Nie, ale wierz mi na słowo, nie będziesz żałować. – Rzucił, wychodząc z kuchni. –Idę teraz na miasto, jak coś to dzwoń.
-Ta, dzwoń… Chyba za pomocą tostera. – Podeszłam do niego, gdy ubierał buty.
-Tylko mi nie mów, że… Co ja z tobą mam. Nawet nie pytam w jaki sposób. Do wieczora postaram się załatwić ci nowy telefon. Osobiście uważam, że przy tobie nawet pancerny by nie wytrzymał. Ty wszystko potrafisz rozwalić. – Odetchnął.
-Przecież wiem, ale nie przesadzaj tak. Najzwyklejsza komórka mi wystarczy na razie. Byle by miała odtwarzacz mp3, kartę pamięci i Internet.
-Najzwyklejsza? Tak? To niezłe bajery musi takowa mieć. Do zobaczenia. –Pogłaskał mnie po głowie po czym wyszedł.
Odwróciłam się i zamierzałam isc do pokoju, lecz się zatrzymałam, spojrzawszy na dywan. Pod moimi stopami leżała mała karteczka z zeszytu. –Jestem pewna, że coś miałam dzisiaj w planach. – Głośno pomyślałam, podnosząc papierek. –Sobota, kartka, braki w lodówce… No tak, miałam isc z Firm poszukać jakiegoś supermarketu, bo jedzenie na drzewach nie rośnie. Niestety. – Pobiegłam się ubierać.
Dwa dni później, poniedziałek, żmudna droga do szkoły…
-Godzina 7 rano to mój wróg. – Powiedziała Firm, idąc obok mnie i poprawiając rękawy marynarki.
-To po co tak szybko wstajesz? Przecież blisko do szkoły mamy. – Dzinks wtrąciła, wyprzedzając nas.
-A ja nadal mam małe obawy. Nie chcę się pokazywać w szkole. – Włożyłam ręce do kieszeni i jak zwykle pilnowałam tyły. –Boję się tych spojrzeń, które będą śledziły każdy mój krok, a ich dusze będą wyczekiwały choć najmniejszego potknięcia z mojej strony. – W myślach wyobraziłam sobie stado wilków.
-Przerabialiśmy to! Olej to, masz nas. – Edward zwolnił, dołączając do mnie i Firm.
-Ta, przyznaję Edwardowi w tej sprawie rację, ale tylko w tej! Tak poza tym, ładna spineczka, Law. – Nate sarkastycznie powiedział, po czym wybuchnęli razem z Dzinks śmiechem.
-Nie śmiejcie się! Ja sama tego nie wybierałam! I nie noszę tego z własnego wyboru! Żeby było jasne. – Zasłoniłam dłonią włosy. Po przeciwnej stronie grzywki, na wysokości mniej więcej skroni, miałam zaczepioną na włosach różową, taką bardzo widoczną czaszkę z czarną kokardką na kościach. Zadaniem czarnego materiału było podtrzymanie ozdoby i ograniczenie jej ewentualnej zmiany umiejscowienia. To w oczach innych wygląda jak bardzo słodka spineczka, ale to tak naprawdę jest łagodniejsza wersja pieczęci antydemonicznej. Nie ukrywałam swojego niezadowolenia, gdy dostałam ją do rąk. A było to w sobotę, podczas ponownego spotkania w szkole. Po ponad godzinnym wałkowaniu mózgu, z ulgą odetchnęłam, gdy usłyszałam: „Możecie już iść, weekend jeszcze trwa”. Lecz po chwili, tato z szerokim uśmiechem, zawołał mnie jeszcze na moment. Wszystkiemu przyglądał się błazen, który na początku z niewiadomej mi przyczyny, chichotał, tłumiąc śmiech rękawem. Po krótkim wykładzie tatulka, przed oczami miałam już właśnie tą spinkę. Przez chwilę nie dowierzałam i „oczami jak 5 zł”, patrzyłam raz na uśmiechniętego ojca, raz na różową czaszkę. Moją postać w tamtej chwili, można by porównać do animowanej postaci, która zamienia się w skałę i kruszy. Identycznie się czułam. Dodatkowo dobił mnie tekst Break’a: „Myślałem, że należysz do tej modnej subkultury Emo, więc wygląd i kolory dobierałem ja”.
Całą niedzielę chodziłam zniesmaczona i złowrogo patrzyłam na ojca, który miał ze mnie niezły ubaw.
-Założyłam ją tylko dla swojego dobra! –Krzyknęłam przed szkolną bramą, zaciskając w ręce katanę.
Niepewnie przekroczyłam mury. Zrobiłam wdech i wydech. Podniosłam głowę, by się rozejrzeć. Nic wyjątkowego nie ujrzałam. Pełno mundurków, zapełnione ławki, uczniowie przepisujący zadania na kolanach, prawie każdy ziewa. Typowy poniedziałek. Na szczęście, mało kto odwracał głowę w naszą stronę. Spojrzałam na zegarek w nowym telefonie. Była 7.50. Postanowiliśmy pójść prosto do klasy, bo i tak na zewnątrz nie ma gdzie usiąść. Idąc jako ostatnia, zauważyłam, że niektóre osoby patrzyły na mnie z lekkim zdziwieniem. Zastanawiało mnie, czy ta zmieszana mina to skutek czegoś dobrego czy złego?
-------------------------------------------------------------------------------------------------
I kolejny za nami. Szczerze, to przyjemnie mi się pisało ten rozdział. Nowość. Teraz muszę pogłówkować nad następnymi. Chcę wszystkie moje pomysły sensowne połączyć. Wybaczcie za wszystkie błędy. Tak, znowu piszę późno, ale cóż. Nawyków ciężko się oduczyć. Dzięki za przeczytanie i ewentualny komentarz, pozdrawiam, Law! : )
sobota, 23 marca 2013
Rozdział XXI
Późniejsze, luźniejsze rozmowy trwały aż
do wieczora. Dzięki nim, momentami zapominałam o tym, co się stało. Było miło, choć czasami dosadna szczerość
jasnowłosego – Breaka, mnie przerażała. Wątpię bym kiedyś przestała się go bać.
Niby niepozornie wygląda, ale w głębi niego siedzi coś, co tylko czeka na
odpowiedni moment, by dogryźć lub dobić. Przekonałam się o tym właśnie podczas
pogawędki z nim. Te cukierki, które daje „od serca” to tylko zachęta.
Z budynku wyszliśmy sami. Dorośli zostali jeszcze dłużej, tłumacząc, że muszą obmyślić kilka ważnych spraw i planów. Więcej zdradzić nie chcieli. Na dowidzenia dostaliśmy sporo słodyczy. Określając to jako „trochę”, skłamałabym. Po zejściu ze schodów, przystałam i popatrzyłam w piękne, granatowe niebo, które było przysłane tysiącami gwiazd. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Czułam taką wewnętrzną radość, którą uważałam za dawno straconą. Byłam niesamowicie pełna energii i entuzjazmu z podjętej, własnej decyzji. Zastanawiałam się co zrobić, by tę adrenalinę rozładować i zrobić przy tym jak najmniej szkód i by nie ucierpieli na tym inni, wliczając w to mnie. W dłoni ściskałam małe landrynki w różowych papierkach. Na złość tylko ja takie miałam.
-Hej, bardzo się tym przejęłaś? – Edward szturchnął mnie w ramię, ściągając mój umysł tym samym na ziemię.
-Szczerze to nie wiem, ale jednego jestem pewna. Nie jestem demonem. – Odwróciłam się do niego twarzą i z uśmiechem powiedziałam.
-Mi nawet tak jakoś ciężko o tym mówić. –Firm podeszła do nas, miętoląc pusty, brązowy papierek po czekoladce, którą dostała do herbatki.
-A ja muszę skoczyć po coś do mieszkania. Idzie ktoś ze mną? –Nate wyciągnął srebrne klucze i złapał pod rękę Dzinks.
-Tak, idę. – Krótko to skomentowała, drepcząc pośpiesznie za nim ku bramie.
-Zaraz wrócimy! –Nate krzyknął już za murami.
-Nie wiem po co on nas pytał jak i tak z nią poszedł. –Firm pokręciła głową i usiadła na drewnianej ławce z oparciem. -Jak myślicie, coś sobie wywnioskował z dzisiejszej rozmowy, czy jak zwykle będzie bujał beztrosko w obłokach? –Spytała zaciekawiona.
-Na pewno się przejął, ale się do tego nie przyzna. Mogłoby to zaszkodzić jego reputacji i zniszczyć wizerunek. –Sarkastycznie odpowiedział Edward.
-Tu był gdzieś automat…. –Obróciłam się wokół własnej osi. –O, tam jest! –Krzyknęłam, przyśpieszając kroku.
-A ta to już od razu za żarcie się bierze. –Firm wygodnie się rozsiadła.
Podeszłam do automatu, z którego rano również korzystałam. Wyciągnęłam drobne z tylnej kieszeni spodni. Szybko podniosłam rękę, by nacisnąć szary guziczek, który wyczaruje mi żelki – miśki. Popatrzyłam na bandaż, który był już lekko zniszczony i brzydko wyglądał. Nagle przypomniałam sobie słowa błazna, które powiedział mi na ucho, gdy już wychodziłam: „Zaraz ściągnij opatrunek, nie będzie ci potrzebny.” -Ciekawe co miał na myśli? –Burknęłam pod nosem. Wyciągnęłam paczkę soczyście wyglądających żelek i wróciłam do ławki.
-To co tam zjadłaś ci nie wystarczyło? –Edward złośliwie skomentował moje nieudane otwarcie głupiej torebki z miśkami.
-Potrzymaj i przy okazji otwórz, proszę. –Wcisnęłam mu do rąk opakowanie i narwanie zaczęłam ściągać dobrze zawiązany bandaż.
-Nie chcę na to patrzeć. –Firm odwróciła się, zasłaniając oczy rękoma.
Po małej szarpaninie, udało mi się ściągnąć większość, zakrwawionego, przyschniętego materiału. Nastawiałam się na ból, pieczenie, okropne swędzenie, ale nic takiego nie odczułam. Nadgarstek był… Bez najmniejszej blizny. Otworzyłam szerzej oczy i rozchyliłam lekko usta. Nie tylko ze zdziwienia, ale również ze złości. Stałam w bezruchu i protezą ściskałam nieświadomie zrośniętą skórę.
-Zawinęłaś już?! Proszę cię! –Firm krzyknęła, bo chciała odczytać sms’a, którego właśnie dostała.
-Znowu… Znowu nie ma śladu po ranie. –Wymamrotałam, wyrzucając zużyty bandaż do śmietnika stojącego obok ławki.
-Wspominali coś o regeneracji drobnych obrażeń, ale w przypadku demonów… -Edward niepewnie wtrącił.
-Dupa nie demon! –Krzyknęłam, uderzając boleśnie zrośniętą ręką w drewno. Kości mi tylko delikatnie strzeliły, a we skórę powbijały się małe drzazgi.
Po chwili dostałam niedelikatnie w plecy czymś twardym. Zakrztusiłam się głową czerwonego miśka, którego właśnie przegryzłam i przełykałam. Zaczęłam kaszleć i łapczywie oddychać. Biłam się w klatkę piersiową. Próbowałam spokojnie odetchnąć i się uspokoić.
-Trochę nie w porę… - Nate podszedł i ze skruszoną miną powiedział, powoli podnosząc pomarańczową piłkę do koszykówki.
-Ty masz jeszcze siłę grac? –Edward zapytał Nate’a po czym klepnął mnie porządnie w plecy.
-Obiecałem, że przez ten incydent, który kosztował nas sporo nerwów, odpłacę się Law. Gra w kosza będzie idealną zapłatą. –Nate wyciągnął do mnie piłkę.
-Naprawdę kosz? Jestem zła. Mam zbyt dużo siły. Wręcz mnie nosi… Dokopię ci. –Wyprostowałam się i szyderczo uśmiechnęłam, biorąc od niego piłkę.
-To idziemy na boisko po drugiej stronie szkoły i zobaczymy. –Obrócił się i zdecydowanym krokiem poszedł przodem.
Dużo nie przeszliśmy, zaledwie z 50 metrów. Za budynkiem szkoły było duże boisko. Naprawdę ogromne. Było całe z pomarańczowej gumy, po której się dobrze biegało, ale upadki bywały bolesne. Ten kolor gryzł w oczy strasznie. Weszliśmy poza zaznaczone, białe linie od boiska do kosza. Po dokładnym rozejrzeniu się, dostrzegłam jeszcze jedno, równie duże, boisko do piłki nożnej. Standardowo ogrodzone wysoką, zieloną siatką. Te obszerne place zostały doskonale oświetlone. Znalazły się tu nawet ławki do siedzenia. Minusem było to, że uczniowie i nauczyciele mieli też świetny widok z okien…
-Dobra, to wybieramy drużyny. –Nate zaczął cwaniacko kozłować piłką i skierował na nas palcem.
-To nie ma sensu. Składy już ustalone. Takie jak zawsze. – Edward się uśmiechnął i stanął obok niego.
-Tak? Chcesz przegrać? –Nate zaczął się śmiać. –Więc dobrze. Ja, Dzinks i Bel na ciebie, Law i Firm. –Odchrząknął przerywając śmiech.
-Jeszcze będziesz płakał. –Firm podwinęła rękawy marynarki i związała włosy w wysokiego kucyka.
-Może w tym jestem lepszy od ciebie! –Nate rzucił mi piłkę prosto do rąk i odbiegł w drugą stronę.
-Nie dawaj mi forów! –Krzyknęłam za nim, odrzucając piłkę do Firm. Podbiegłam pod ich kosz, by być w gotowości na rzut.
-To tylko mała pomoc, byście mieli jakieś szanse! –Nate biegł pod nasz kosz dumnie kozłując odebraną piłkę.
-Chciałbyś! Schowaj tą swoją pomoc sobie w buty. –Edward skoczył ku niemu i wybił mu piłkę z rąk.
-Taką rywalizację to ja rozumiem. –Powiedziałam pod nosem, łapiąc piłkę i przygotowując się do rzutu. –Jest! 2:0! –Rzuciłam idealnie w tablicę i piłka centralnie wpadła do siatki. Wystawiłam zadowolona język do Nate’a.
-Dałem wam wolną rękę na dobry początek… -Odpowiedział z niesmakiem i podszedł pod kosz, by wyrzucić piłkę.
Przez około godzinę, biegaliśmy jeszcze jak wariaci po boisku, co chwile przeszkadzając sobie w rzutach. Nawet wolnych. Leciały punkty za punktami, krzyki za krzykami. Co 5 minut ktoś z nas wymuszał przerwę, by napić się wody, poprawić włosy i zawiązać naprawdę przypadkowo rozwiązanego buta. Oczywiście gra nie obyła się bez sprzeczek. Najczęściej między mną, Edwardem i Nate’em. Każdy rzut był okazją do wyżycia się. Z całej siły rzucałam w tablicę. Nie zawsze celnie, ale te nietrafione mściły się, gdy z podwójną siłą wracały do mnie. W takich chwilach to tylko chowałam palce, by ich nie wybić. Od czasu do czasu z okien widzieliśmy machającego tatę, który wołał resztę i razem śmiali z naszych kłótni o głupie kroki. Po pewnym czasie, gdy już mieliśmy się zbierać, zauważyliśmy, że na ławce ktoś siedzi i nas bacznie obserwuje. Delikatnie mnie to irytowało, ale w końcu boisko jest dla każdego. Krążą wokół połów, przyglądałam się postaciom na ławce. W oczy rzucał się mundurek, więc na pewno są uczniami tej szkoły. Zaczęłam coraz bardziej zwalniać tempo i kierować głowę w ich stronę. –Ja sobie robię przerwę… Albo nie, przestaję już grac. –Powiedziałam do Edwarda, podając mu piłkę.
-Za bardzo się nam przyglądają, prawda? –Zapytał, zatrzymując piłkę.
-Dokładnie… Jak chcecie to grajcie dalej, ja najwyżej wrócę wcześniej, sama do domu. –Włożyłam protezę do kieszeni i zeszłam z boiska.
-Daj mi 5 minut. Chcę skopać jeszcze trochę tyłek Nate’owi. –Dodał i pomknął, kozłując.
Głowy obserwatorów nagle się odwróciły. Zdziwiło mnie to. Jak gdyby nigdy nic, podeszłam do ławki, na której leżała moja marynarka. Wzięłam ją do rąk, ale nie założyłam. Zaczęli coś szepczesz między sobą. Wydawali się w moich oczach coraz bardziej podejrzani. Odruchowo dotknęłam prawej kieszeni spodni, by sprawdzić godzinę w telefonie… Po chwili dopiero zorientowałam się, że przecież go zniszczyłam.
-Dobra, koniec. Oficjalnie wygraliśmy. –Edward podszedł i również zgarnął swoje rzeczy.
-Zabawne… Fory wam cały czas dawałem. –Nate cicho to skomentował, niosąc piłkę.
-A my graliśmy na poważnie. –Firm sarkastycznie odpowiedziała, klepiąc go pocieszająco w ramię.
-Na poważnie, to ja padam na twarz. Nie mam siły już na nic, chcę spać. –Głowę oparłam na lewym ramieniu .
-Mimo to i tak po przyjściu do domu odechce ci się, bo będziesz całą noc zadręczać… -Dzinks zaczęła mówic coraz głośniej.
-Taaak, każdy z nas się boi jutrzejszego sprawdzianu! –Edward dokończył za nią, kierując wzrokiem na ławkę z gośćmi.
-Spać! –Krzyknęłam i popchałam ich w stronę wyjścia.
Wyszliśmy poza teren szkoły i leniwo wracaliśmy do domu. Szłam już naprawdę jak żywy trup. Czułam się bardzo osłabiona. Nogi miałam jak z waty i ledwo je kontrolowałam. Ręce bezwładnie wisiały wzdłuż ciała. Miałam tylko nadzieję, że wytrzymam i dojdę pod mieszkanie sama. Co chwilę ziewałam. Tuż po mnie, inni ziewali. I tak w kółko.
-Dobrze, że nas pośpieszyłaś, bo Dzinks rozluźnił się język, że tak się wyrażę. –Firm przyśpieszyła kroku.
-Nie zauważyłam tych agentów na ławce… Siedzieli cicho i byli mało widoczni. – Dzinks zaczęła marudzić i piskliwym głosem mówić, idąc przy tym jak pingwin.
-Tak poza tym Edward… Jutro jest sobota. –Z uśmieszkiem wtrąciłam, przecierając oczy.
-To było mówione na poczekaniu. – Podrapał się po głowie. –Trudno, może się nie zorientują. –Dodał.
-Na pewno żaden nastolatek nie wie, kiedy zaczyna się weekend. –Firm się rozciągnęła.
-Podejrzani… Bardzo podejrzani. –Opuściłam głowę i pod nosem szepnęłam do siebie.
-Mimo, że sobota to i tak jutro mamy kolejną, miłą pogawędkę z dyrektorem. –Edward znów zaczął drażniący mnie temat.
-Nic nie słyszę! Kompletnie nic! Zupełnie! Pustka! –Krzyczałam, zakrywając uszy i podbiegając do drzwi wejściowych.
-Próbujesz uciec od tego tematu. –Firm otworzyła drzwi i przelotnie powiedziała.
Odetkałam uszy i zniesmaczona szłam na końcu, chwiejąc się na boki, idąc po schodach. Odetchnęłam z ulgą, gdy byłam już pod drzwiami z dużą, srebrną trzynastką.
-To dobranoc! –Nate krzyknął, niosąc echo po całej klatce schodowej. Po chwili za nim, Dzinks, Firm i Bel zamknęły się drzwi.
Swoje otworzyłam i jeszcze przez chwilę stałam zamyślona. Przy okazji przysłuchiwałam się ciszy, by upewnić się, że w domu nikogo nie ma. „Oni cię wykorzystują. Nie uciekniesz przed prawdą, jesteś demonem. Jesteś doskonałym pionkiem do poruszania po szachownicy. Idealną przykrywką i bronią zarazem”.
-Law…? –Edward wychylił się jeszcze na moment i niepewnie odezwał.
-Nie prawda. –Rzuciłam i weszłam do środa, szybko zamykając za sobą drzwi.
Z budynku wyszliśmy sami. Dorośli zostali jeszcze dłużej, tłumacząc, że muszą obmyślić kilka ważnych spraw i planów. Więcej zdradzić nie chcieli. Na dowidzenia dostaliśmy sporo słodyczy. Określając to jako „trochę”, skłamałabym. Po zejściu ze schodów, przystałam i popatrzyłam w piękne, granatowe niebo, które było przysłane tysiącami gwiazd. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Czułam taką wewnętrzną radość, którą uważałam za dawno straconą. Byłam niesamowicie pełna energii i entuzjazmu z podjętej, własnej decyzji. Zastanawiałam się co zrobić, by tę adrenalinę rozładować i zrobić przy tym jak najmniej szkód i by nie ucierpieli na tym inni, wliczając w to mnie. W dłoni ściskałam małe landrynki w różowych papierkach. Na złość tylko ja takie miałam.
-Hej, bardzo się tym przejęłaś? – Edward szturchnął mnie w ramię, ściągając mój umysł tym samym na ziemię.
-Szczerze to nie wiem, ale jednego jestem pewna. Nie jestem demonem. – Odwróciłam się do niego twarzą i z uśmiechem powiedziałam.
-Mi nawet tak jakoś ciężko o tym mówić. –Firm podeszła do nas, miętoląc pusty, brązowy papierek po czekoladce, którą dostała do herbatki.
-A ja muszę skoczyć po coś do mieszkania. Idzie ktoś ze mną? –Nate wyciągnął srebrne klucze i złapał pod rękę Dzinks.
-Tak, idę. – Krótko to skomentowała, drepcząc pośpiesznie za nim ku bramie.
-Zaraz wrócimy! –Nate krzyknął już za murami.
-Nie wiem po co on nas pytał jak i tak z nią poszedł. –Firm pokręciła głową i usiadła na drewnianej ławce z oparciem. -Jak myślicie, coś sobie wywnioskował z dzisiejszej rozmowy, czy jak zwykle będzie bujał beztrosko w obłokach? –Spytała zaciekawiona.
-Na pewno się przejął, ale się do tego nie przyzna. Mogłoby to zaszkodzić jego reputacji i zniszczyć wizerunek. –Sarkastycznie odpowiedział Edward.
-Tu był gdzieś automat…. –Obróciłam się wokół własnej osi. –O, tam jest! –Krzyknęłam, przyśpieszając kroku.
-A ta to już od razu za żarcie się bierze. –Firm wygodnie się rozsiadła.
Podeszłam do automatu, z którego rano również korzystałam. Wyciągnęłam drobne z tylnej kieszeni spodni. Szybko podniosłam rękę, by nacisnąć szary guziczek, który wyczaruje mi żelki – miśki. Popatrzyłam na bandaż, który był już lekko zniszczony i brzydko wyglądał. Nagle przypomniałam sobie słowa błazna, które powiedział mi na ucho, gdy już wychodziłam: „Zaraz ściągnij opatrunek, nie będzie ci potrzebny.” -Ciekawe co miał na myśli? –Burknęłam pod nosem. Wyciągnęłam paczkę soczyście wyglądających żelek i wróciłam do ławki.
-To co tam zjadłaś ci nie wystarczyło? –Edward złośliwie skomentował moje nieudane otwarcie głupiej torebki z miśkami.
-Potrzymaj i przy okazji otwórz, proszę. –Wcisnęłam mu do rąk opakowanie i narwanie zaczęłam ściągać dobrze zawiązany bandaż.
-Nie chcę na to patrzeć. –Firm odwróciła się, zasłaniając oczy rękoma.
Po małej szarpaninie, udało mi się ściągnąć większość, zakrwawionego, przyschniętego materiału. Nastawiałam się na ból, pieczenie, okropne swędzenie, ale nic takiego nie odczułam. Nadgarstek był… Bez najmniejszej blizny. Otworzyłam szerzej oczy i rozchyliłam lekko usta. Nie tylko ze zdziwienia, ale również ze złości. Stałam w bezruchu i protezą ściskałam nieświadomie zrośniętą skórę.
-Zawinęłaś już?! Proszę cię! –Firm krzyknęła, bo chciała odczytać sms’a, którego właśnie dostała.
-Znowu… Znowu nie ma śladu po ranie. –Wymamrotałam, wyrzucając zużyty bandaż do śmietnika stojącego obok ławki.
-Wspominali coś o regeneracji drobnych obrażeń, ale w przypadku demonów… -Edward niepewnie wtrącił.
-Dupa nie demon! –Krzyknęłam, uderzając boleśnie zrośniętą ręką w drewno. Kości mi tylko delikatnie strzeliły, a we skórę powbijały się małe drzazgi.
Po chwili dostałam niedelikatnie w plecy czymś twardym. Zakrztusiłam się głową czerwonego miśka, którego właśnie przegryzłam i przełykałam. Zaczęłam kaszleć i łapczywie oddychać. Biłam się w klatkę piersiową. Próbowałam spokojnie odetchnąć i się uspokoić.
-Trochę nie w porę… - Nate podszedł i ze skruszoną miną powiedział, powoli podnosząc pomarańczową piłkę do koszykówki.
-Ty masz jeszcze siłę grac? –Edward zapytał Nate’a po czym klepnął mnie porządnie w plecy.
-Obiecałem, że przez ten incydent, który kosztował nas sporo nerwów, odpłacę się Law. Gra w kosza będzie idealną zapłatą. –Nate wyciągnął do mnie piłkę.
-Naprawdę kosz? Jestem zła. Mam zbyt dużo siły. Wręcz mnie nosi… Dokopię ci. –Wyprostowałam się i szyderczo uśmiechnęłam, biorąc od niego piłkę.
-To idziemy na boisko po drugiej stronie szkoły i zobaczymy. –Obrócił się i zdecydowanym krokiem poszedł przodem.
Dużo nie przeszliśmy, zaledwie z 50 metrów. Za budynkiem szkoły było duże boisko. Naprawdę ogromne. Było całe z pomarańczowej gumy, po której się dobrze biegało, ale upadki bywały bolesne. Ten kolor gryzł w oczy strasznie. Weszliśmy poza zaznaczone, białe linie od boiska do kosza. Po dokładnym rozejrzeniu się, dostrzegłam jeszcze jedno, równie duże, boisko do piłki nożnej. Standardowo ogrodzone wysoką, zieloną siatką. Te obszerne place zostały doskonale oświetlone. Znalazły się tu nawet ławki do siedzenia. Minusem było to, że uczniowie i nauczyciele mieli też świetny widok z okien…
-Dobra, to wybieramy drużyny. –Nate zaczął cwaniacko kozłować piłką i skierował na nas palcem.
-To nie ma sensu. Składy już ustalone. Takie jak zawsze. – Edward się uśmiechnął i stanął obok niego.
-Tak? Chcesz przegrać? –Nate zaczął się śmiać. –Więc dobrze. Ja, Dzinks i Bel na ciebie, Law i Firm. –Odchrząknął przerywając śmiech.
-Jeszcze będziesz płakał. –Firm podwinęła rękawy marynarki i związała włosy w wysokiego kucyka.
-Może w tym jestem lepszy od ciebie! –Nate rzucił mi piłkę prosto do rąk i odbiegł w drugą stronę.
-Nie dawaj mi forów! –Krzyknęłam za nim, odrzucając piłkę do Firm. Podbiegłam pod ich kosz, by być w gotowości na rzut.
-To tylko mała pomoc, byście mieli jakieś szanse! –Nate biegł pod nasz kosz dumnie kozłując odebraną piłkę.
-Chciałbyś! Schowaj tą swoją pomoc sobie w buty. –Edward skoczył ku niemu i wybił mu piłkę z rąk.
-Taką rywalizację to ja rozumiem. –Powiedziałam pod nosem, łapiąc piłkę i przygotowując się do rzutu. –Jest! 2:0! –Rzuciłam idealnie w tablicę i piłka centralnie wpadła do siatki. Wystawiłam zadowolona język do Nate’a.
-Dałem wam wolną rękę na dobry początek… -Odpowiedział z niesmakiem i podszedł pod kosz, by wyrzucić piłkę.
Przez około godzinę, biegaliśmy jeszcze jak wariaci po boisku, co chwile przeszkadzając sobie w rzutach. Nawet wolnych. Leciały punkty za punktami, krzyki za krzykami. Co 5 minut ktoś z nas wymuszał przerwę, by napić się wody, poprawić włosy i zawiązać naprawdę przypadkowo rozwiązanego buta. Oczywiście gra nie obyła się bez sprzeczek. Najczęściej między mną, Edwardem i Nate’em. Każdy rzut był okazją do wyżycia się. Z całej siły rzucałam w tablicę. Nie zawsze celnie, ale te nietrafione mściły się, gdy z podwójną siłą wracały do mnie. W takich chwilach to tylko chowałam palce, by ich nie wybić. Od czasu do czasu z okien widzieliśmy machającego tatę, który wołał resztę i razem śmiali z naszych kłótni o głupie kroki. Po pewnym czasie, gdy już mieliśmy się zbierać, zauważyliśmy, że na ławce ktoś siedzi i nas bacznie obserwuje. Delikatnie mnie to irytowało, ale w końcu boisko jest dla każdego. Krążą wokół połów, przyglądałam się postaciom na ławce. W oczy rzucał się mundurek, więc na pewno są uczniami tej szkoły. Zaczęłam coraz bardziej zwalniać tempo i kierować głowę w ich stronę. –Ja sobie robię przerwę… Albo nie, przestaję już grac. –Powiedziałam do Edwarda, podając mu piłkę.
-Za bardzo się nam przyglądają, prawda? –Zapytał, zatrzymując piłkę.
-Dokładnie… Jak chcecie to grajcie dalej, ja najwyżej wrócę wcześniej, sama do domu. –Włożyłam protezę do kieszeni i zeszłam z boiska.
-Daj mi 5 minut. Chcę skopać jeszcze trochę tyłek Nate’owi. –Dodał i pomknął, kozłując.
Głowy obserwatorów nagle się odwróciły. Zdziwiło mnie to. Jak gdyby nigdy nic, podeszłam do ławki, na której leżała moja marynarka. Wzięłam ją do rąk, ale nie założyłam. Zaczęli coś szepczesz między sobą. Wydawali się w moich oczach coraz bardziej podejrzani. Odruchowo dotknęłam prawej kieszeni spodni, by sprawdzić godzinę w telefonie… Po chwili dopiero zorientowałam się, że przecież go zniszczyłam.
-Dobra, koniec. Oficjalnie wygraliśmy. –Edward podszedł i również zgarnął swoje rzeczy.
-Zabawne… Fory wam cały czas dawałem. –Nate cicho to skomentował, niosąc piłkę.
-A my graliśmy na poważnie. –Firm sarkastycznie odpowiedziała, klepiąc go pocieszająco w ramię.
-Na poważnie, to ja padam na twarz. Nie mam siły już na nic, chcę spać. –Głowę oparłam na lewym ramieniu .
-Mimo to i tak po przyjściu do domu odechce ci się, bo będziesz całą noc zadręczać… -Dzinks zaczęła mówic coraz głośniej.
-Taaak, każdy z nas się boi jutrzejszego sprawdzianu! –Edward dokończył za nią, kierując wzrokiem na ławkę z gośćmi.
-Spać! –Krzyknęłam i popchałam ich w stronę wyjścia.
Wyszliśmy poza teren szkoły i leniwo wracaliśmy do domu. Szłam już naprawdę jak żywy trup. Czułam się bardzo osłabiona. Nogi miałam jak z waty i ledwo je kontrolowałam. Ręce bezwładnie wisiały wzdłuż ciała. Miałam tylko nadzieję, że wytrzymam i dojdę pod mieszkanie sama. Co chwilę ziewałam. Tuż po mnie, inni ziewali. I tak w kółko.
-Dobrze, że nas pośpieszyłaś, bo Dzinks rozluźnił się język, że tak się wyrażę. –Firm przyśpieszyła kroku.
-Nie zauważyłam tych agentów na ławce… Siedzieli cicho i byli mało widoczni. – Dzinks zaczęła marudzić i piskliwym głosem mówić, idąc przy tym jak pingwin.
-Tak poza tym Edward… Jutro jest sobota. –Z uśmieszkiem wtrąciłam, przecierając oczy.
-To było mówione na poczekaniu. – Podrapał się po głowie. –Trudno, może się nie zorientują. –Dodał.
-Na pewno żaden nastolatek nie wie, kiedy zaczyna się weekend. –Firm się rozciągnęła.
-Podejrzani… Bardzo podejrzani. –Opuściłam głowę i pod nosem szepnęłam do siebie.
-Mimo, że sobota to i tak jutro mamy kolejną, miłą pogawędkę z dyrektorem. –Edward znów zaczął drażniący mnie temat.
-Nic nie słyszę! Kompletnie nic! Zupełnie! Pustka! –Krzyczałam, zakrywając uszy i podbiegając do drzwi wejściowych.
-Próbujesz uciec od tego tematu. –Firm otworzyła drzwi i przelotnie powiedziała.
Odetkałam uszy i zniesmaczona szłam na końcu, chwiejąc się na boki, idąc po schodach. Odetchnęłam z ulgą, gdy byłam już pod drzwiami z dużą, srebrną trzynastką.
-To dobranoc! –Nate krzyknął, niosąc echo po całej klatce schodowej. Po chwili za nim, Dzinks, Firm i Bel zamknęły się drzwi.
Swoje otworzyłam i jeszcze przez chwilę stałam zamyślona. Przy okazji przysłuchiwałam się ciszy, by upewnić się, że w domu nikogo nie ma. „Oni cię wykorzystują. Nie uciekniesz przed prawdą, jesteś demonem. Jesteś doskonałym pionkiem do poruszania po szachownicy. Idealną przykrywką i bronią zarazem”.
-Law…? –Edward wychylił się jeszcze na moment i niepewnie odezwał.
-Nie prawda. –Rzuciłam i weszłam do środa, szybko zamykając za sobą drzwi.
------------------------------------------------------------------------------------------
Za jakiekolwiek błędy, przepraszam. Znowu późno zabrałam się za pisanie i w połowie byłam już okropnie zmęczona. Głowa sama opadała na klawiaturę. Wracam do pisania ciekawszych rozdziałów - przynajmniej tak mi się wydaje. Za dwa tygodnie kolejny. Dzięki za przeczytanie i pozdrawiam, Law! ; )
sobota, 9 marca 2013
Rozdział XX
-Po
tym zdarzeniu, każdy z nas miał bodajże
podobny sen. Różniły się prawdopodobnie tylko drobnymi szczegółami. –Wtrącił Edward.
-Opowiedzcie nam właśnie, co się dzieje po tej czynności. – Jasnowłosy wyjątkowo się ożywił. –Czy znajdujecie się pośród białej przestrzeni i zostajecie zasypywani setkami pytań przez tajemnicze lustro? Czy może w tym lustrze widzicie swoje prawdziwie odbicie? Lecz nie wszystko musi być kolorowe, może znaleźliście się w ciemnej, rozległej otchłani i czujecie ogromny ból, gdy nagle wszystkie wasze słabości dają we znaki? –Drążył temat, przedstawiając mówioną sytuację za pomocą cukierków w różnych opakowaniach.
-Dosyć dużo państwo wiedzą… -Firm podejrzliwie spoglądała na obecnych. Po chwili umilkła, bo dostała wystarczającą odpowiedź.
-Zajmujemy się takimi sprawami. Nie, źle to powiedziałem. Interesujemy się, a ci co sprawują władzę nad nami badają owe przypadki i zapisują wszystko w aktach. My nie wiemy dokładnie co oni poczynając z takimi osobami. Wszelkie informacje przed nami ukrywają. I dlatego tylko my tutaj wiemy o waszej sytuacji. –Cukierkożrący przysłonił usta palcem wskazującym.
-Gdyby oni się dowiedzieli czego się dopuściliście, najprawdopodobniej zostalibyście królikami doświadczalnymi albo zgładzili by was tak dyskretnie, że nikt by się nie zorientował. Chociaż śmierć zależy od tego, czy stalibyście się dla nich zagrożeniem, czy obiektem, którym mogli by się posługiwać. –Ciemnowłosy bez wzruszenia powiedział.
-Dlatego mamy wam wszystko wyśpiewać? Nie mamy stu-procentowej pewności, że można wam ufać. –Przerwałam palaczowi, lekko podenerwowana.
-Czyżbyś miała coś do ukrycia? Coś co nie chcesz mówić, że tak ze złością i zniecierpliwieniem reagujesz? Wolisz nadstawić głowę pod kosę śmierci? Czy wolisz los zamkniętej i trutej lalki? My akurat sami zdecydowaliśmy się wam pomóc. Bez wtajemniczania w to innych. To wszystko co tu mówimy pozostanie tylko między nami. My też mamy swoje powody, dla których chcemy was wspomóc. –Jasnowłosy znów zmienił ton.
Zaskoczyła mnie jego odpowiedź. Ponownie pogrążyłam się w bezsensownych przemyśleniach, przeklinając to wszystko. Zacisnęłam pięści opatrzonej ręki.
-Dlaczego przewidujecie takie czarne scenariusze? Przecież nic się w nas nie zmieniło. Nie można by udawać, że nic się nie stało i żyć jak normalni uczniowie? –Edward niepewnie wypowiedział ostatnie zdanie.
-Jeśli można by tak było zrobić, nie siedzielibyście tutaj. –Siwowłosy cicho wtrącił.
-W tym śnie… Pośród białej przestrzeni było lustro. W nim ujrzeliśmy nasze nieco odmienione odbicia. Zazwyczaj z charakterystycznym kolorem oczu i jakimś atrybutem. –Firm przerwała milczenie.
-No proszę. Zobaczyliście „prawdę”. Ten kto ją zobaczy, zdobywa ogromną moc, ale płaci na to odpowiednią cenę. Z wcześniej nam słyszanych historii o transmutacjach w pojedynkę, taka osoba widzi prawdę, ale ona ją pochłania, przez co staje się demonem. Na nieszczęście takim, który posługuje się alchemią. Jeśli się owymi potworami nie staliście, to jak myślicie, ponieśliście zapłatę? –Sarkastycznie zapytał jasnowłosy, rzucając papierek na stół.
-Zaczynam się gubić… -Nate pokręcił głową.
-Jeśli żadne z was nie miało drugiej wersji zdarzeń, a zapłata musiała zostać dokonana, to… - Dyrektor obrócił się ku mnie.
-Jestem pewny, że domyśliłaś się już na początku tej rozmowy kim jesteś. –Błazen również spojrzał na mnie.
-Nie… Przecież powiedziałaś nam, że miałaś to co my! Iza do cholery, dlaczego ty zawsze wszystko w sobie dusisz?! –Firm krzyknęła na mnie. Była wściekła, a zarazem zawiedziona.
-Po prostu, lubię borykać się z własnymi problemami sama. –Uśmiechnęłam się głupio, próbując załagodzić sytuację i uniknąć soczystego liścia od innych.
-To w tobie nienawidzę. –Firm prychnęła nosem.
-Tylko… Ona nie poniosła zwyczajnej zapłaty. Dlatego nazwałem ją „okazem”. –Opowiesz nam dokładnie co ujrzałaś? –Jasnowłosy zapytał, przysuwając w moją stronę całe pudełko cukierków.
-Nie jestem pewna, czy to co się stało to była ta wasza zapłata. –Zaczęłam mówić coraz bardziej przybitym głosem. –Znalazłam się pośród pustki. Była rozległa i ponura. Nie czułam żadnych emocji. Pod nogami nie czułam gruntu. Dryfowałam w nicości. Po pewnym czasie, uderzyłam o coś twardego. Taaak, to było to wasze rzekome lustro. –Z każdym słowem, mówiłam coraz bardziej od serca. Dziwiło mnie to.
-Czy od razu się tak obudziłaś? –Tato zapytał z dziwną nadzieją w głosie.
-Nie… Teraz sobie przypomniałam. Na początku pojawiłam się w jakiejś przestrzeni, gdzie leciałam w dół. Ostatecznie upadłam na coś. Tym czymś był nasz krąg, który nakreśliliśmy krwią. Po środku niego, w centralnym punkcie leżał mój naszyjnik. –Ciągnęłam dalej.
-Poczekaj. Czyli nie od razu byłaś po drugiej stronie… -Dyrektor poprawił swój kapelusz i się zamyślił.
-Z tego wynika, że naprawdę zapłata musi tkwic w naszyjniku. Wtedy na pewno go założyłaś, mam rację? –Cukierkożrący przegryzł lizaka.
-To prawda. –Uniosłam wzrok. –Wiecie coś o tym naszyjniku?
-Podejrzewamy, że jest on kluczem do twojej drugiej osobowości. Dość dużo o tobie wiemy, twój tato cię obserwował, a czasami nawet sami cię śledziliśmy, by sporządzić sprawozdania. –Dyrektor odchrząknął.
Ciekawe czy byli tak ubrani? Jeśli tak, to dobrze się ukryli, bo nikogo tak ubranego jak oni nie widziałam. W sumie nie zmienia to faktu, że czasami miałam wrażenie jakby ktoś mnie obserwował. Teraz wiem dlaczego. –Kluczem? Nie bardzo rozumiem waszego toku myślenia. Co to ma z nią wspólnego? –Poprzednie komentarze przemilczałam i kontynuowałam irytującą mnie delikatnie rozmowę.
-Wytłumaczę ci zaraz po tym jak skończysz swoją wypowiedź. –Jasnowłosy wygodnie usiadł na kanapie.
-Później… - Zaczęłam niepewnie. – Z tego kręgu wyłoniły się długie, czarne ręce ja zwór wektorów. One wciągnęły mnie właśnie to tych ciemności. –Byłam coraz bliżej momentu, który na samą myśl sprawiał mi ból…
[…]
-Szczerze… Nie słyszałem nigdy podobnego przypadku zakazanej transmutacji. –Siwowłosy przygasił w połowie papierosa.
-Przynajmniej mam już gotową odpowiedź na swoje pytanie, które męczyło mnie od początku. –Tato wtrącił nadal zszokowany. –Tak naprawdę zapłatę poniosło to coś w tobie. –Z ulgą dodał.
-Podobnie wywnioskowałem, ale nie ukrywam, że to dla mnie nadal pozostaje w pewnej części zagadką, której rozwiązanie przyniesie ze sobą ryzyko. To „coś” poświęciło się po to, by stać się w pełni demonem. –Jasnowłosy zagryzł wargę.
-Ale spójrz na to inaczej. Czy to na pewno świadomie się poświęciło? Może nie wiedziało, że nie osiągnie celu? –Dyrektor położył kapelusz na biurku.
-To ma raczej płeć żeńską… -Cicho wtrąciłam, bo zaczęłam czuć się dziwnie nieswojo. –Poza tym to oznacza, że ja też jestem demonem? –Zapytałam zaciskając pięści.
-Na pewno nie! –Edward gorączkowo krzyknął, chcąc mi najwyraźniej dodać otuchy.
-Pół na pół. Tak naprawdę to teraz od ciebie zależy kim będziesz. Wybierzesz drogę demona i nastawisz się na ciągłą walkę, czy może będziesz szła łeb w łeb z innymi tutaj, to tylko twoja decyzja.-Siwowłosy założył ręce na klatkę piersiową.
-Jedno jest pewne – to co zrobiliście jest nieodwracalne. Musicie się z tym pogodzić. Przygotujcie się na wiele nieprzyjemnych sytuacji. Mówię teraz poważnie, ale nie przesadnie. –Cukierkożrący złapał patyczek pod lizaku.
-My… Przez własną głupotę i niewiedzę spowodowaliśmy taki ciąg wydarzeń. –Edward opuścił głowę.
-Dlatego chcemy wam pomóc. Pomyślcie o tym jak o współpracy pasożytniczej! My wykorzystamy was, a wy nas. –Jasnowłosy się uśmiechnął szaleńczo.
-W jaki sposób możemy się wam przydać?! Co to w ogóle za chory rodzaj współpracy?! –Nate lekko zdezorientowany zerwał się z miejsca.
-Oj, nie unoś się. –Pomachał do niego lekceważąco ręką. –Po prostu czasem będziemy was potrzebować. Nie będziecie nawet wiedzieć kiedy. Na przykład już bardzo wzbogaciliśmy się wiedzą. A wy nas możecie użyć jako informację. –Uśmiechnął się od ucha do ucha.
-Ale mi to sprawiedliwość. –Dzinks obróciła oczami.
-Dodatkowo, tylko my będziemy wiedzieli o naszym wspólnym sekrecie. –Puścił oko, śmiejąc się.
-Jak zwykle żeruje na innych i słabszych. Nigdy się nie zmienisz, Break. –Ciemnowłosy w kapeluszu odezwał się, wydychając dym przez usta.
-Można by współpracować. To byłoby też na naszą korzyść, nie sądzicie? –Firm pewnie zapytała.
-W sumie nie macie wyjścia. –Dyrektor nagle przerwał. –Jesteśmy już zobowiązani dotrzymać waszego sekretu, a wy naszego. –Dodał.
Znowu wyłączyłam się i siedziałam ze wzrokiem unieruchomionych na czarnym dywanie, który wsiąknął poprzednio cieknącą krew. Już wiem dlaczego tak reagowała na ten temat. Nie chciała bym się dowiedziała prawdy, choć tak tego nie mogę nazwać. Nie do końca wierzę w ich przemyślenia i argumenty. Mam co do nich wątpliwości. Można powiedzieć, że wytłumaczyli mi to bardziej encyklopedycznie niż doświadczeniowo. Czuję jakąś dziwną ulgę, a zarazem ból w sercu. To, że się otworzyłam dodało jakiegoś ciepła, tchu, świeżości do tego „tykającego zegarka”. Niestety, to czego się dowiedziałam, znalazło idealnie w nim miejsce do sprawiania bólu. Tylko dlaczego się tym zbytnio nie przejęłam? Czyżbym już nawet nie widziała w tym żadnego problemu? Zachowuję się jakby to nie było dla mnie nowością. To boli, ale nie gnębi. Dlaczego? To nie jest miłe…
-Mam nadzieję, że również zechcesz współpracować. Jestem pewny, że nie zaakceptujesz tego losu i ogółem całej tej sytuacji. –Tato pieszczotliwie rozczochrał mi włosy. Zawsze tak robił, gdy chciał mnie pocieszyć i przy okazji dokuczyć. –Jeśli chcesz żebyśmy ci pomogli, musisz sama tego chcieć. –Dodał, zostawiając w spokoju kosmyki.
-Przeczuwam, że ten twój naszyjnik pieczętuje tą drugą ciebie, lecz z tego co zauważyliśmy, staje się coraz słabszy. Zastanawia mnie, dlaczego? –Jasnowłosy wskazał na wisiorek.
-Na pewno. –Krótko odparłam. –Przekonałam się o tym nie raz. Za każdym jego ściągnięciem, ona miała większy wpływ na moje czyny, słowa, myśli. –Kontynuowałam. –Czy jest możliwość, by go jakoś wzmocnić? –Zapytałam, a w oczach znów pojawił się ten „błysk”.
-To pytanie traktuję jako zgodę. –Dyrektor klasnął w dłonie, co robił dość często z tego co zauważyłam.
-Nie, to nie tylko zgoda. –Zaprzeczyłam. –Ma dość jej! Nie jestem demonem i jestem tego pewna! Nie pozwolę jej dłużej wpływać na moje zachowanie. I zrobię wszystko, by te słowa potwierdzić. –Zaczęłam mówić coraz odważniej i od serca.
-To mi się podoba! To będzie moja najlepsza współpraca i chyba najprzyjemniejsza… -Jasnowłosy wyrzucił pusty papierek po cukierku na stół.
-Więc może zaczniemy od początku? Przedstawmy się sobie. Taka długa rozmowa, a nawet nie wiecie kim są ci panowie. –Dyrektor wskazał na ciemnowłosego, jasnowłosego, siwowłosego i chichoczącego mężczyznę w długim kapeluszu. –Małomówiący pan w czarnych lokach i kapeluszu zaciągniętym tak, by nie było widać jego oczu i ciągle palący papierosa to pan Gilbert Nightray.
-Sam mogłem się przedstawić. –Nerwowo się odezwał, odwracając głowę, by uniknąć naszego wzroku.
-Ohoho, czyżbyś się zawstydził? –Jasnowłosy zasłonił uśmieszek szerokim rękawem płaszcza.
-A ten oto wesoły, który nałogowo pochłania słodycze to Xerxes Break. –Dyrektor jeden jego papierek miał przed sobą i spoglądał na niego lekko zirytowany.
-We własnej osobie. Dla was - Wielki pan Break. –Powiedział, lekceważąco gestykulując ręką.
-Mi mówcie Stein. –Siwowłosy uśmiechnął się szyderczo.
-A ja lubię koty. –Tajemnicza postać, która od początku mnie ciekawiła, cicho się odezwała i podniosła głowę…
-Opowiedzcie nam właśnie, co się dzieje po tej czynności. – Jasnowłosy wyjątkowo się ożywił. –Czy znajdujecie się pośród białej przestrzeni i zostajecie zasypywani setkami pytań przez tajemnicze lustro? Czy może w tym lustrze widzicie swoje prawdziwie odbicie? Lecz nie wszystko musi być kolorowe, może znaleźliście się w ciemnej, rozległej otchłani i czujecie ogromny ból, gdy nagle wszystkie wasze słabości dają we znaki? –Drążył temat, przedstawiając mówioną sytuację za pomocą cukierków w różnych opakowaniach.
-Dosyć dużo państwo wiedzą… -Firm podejrzliwie spoglądała na obecnych. Po chwili umilkła, bo dostała wystarczającą odpowiedź.
-Zajmujemy się takimi sprawami. Nie, źle to powiedziałem. Interesujemy się, a ci co sprawują władzę nad nami badają owe przypadki i zapisują wszystko w aktach. My nie wiemy dokładnie co oni poczynając z takimi osobami. Wszelkie informacje przed nami ukrywają. I dlatego tylko my tutaj wiemy o waszej sytuacji. –Cukierkożrący przysłonił usta palcem wskazującym.
-Gdyby oni się dowiedzieli czego się dopuściliście, najprawdopodobniej zostalibyście królikami doświadczalnymi albo zgładzili by was tak dyskretnie, że nikt by się nie zorientował. Chociaż śmierć zależy od tego, czy stalibyście się dla nich zagrożeniem, czy obiektem, którym mogli by się posługiwać. –Ciemnowłosy bez wzruszenia powiedział.
-Dlatego mamy wam wszystko wyśpiewać? Nie mamy stu-procentowej pewności, że można wam ufać. –Przerwałam palaczowi, lekko podenerwowana.
-Czyżbyś miała coś do ukrycia? Coś co nie chcesz mówić, że tak ze złością i zniecierpliwieniem reagujesz? Wolisz nadstawić głowę pod kosę śmierci? Czy wolisz los zamkniętej i trutej lalki? My akurat sami zdecydowaliśmy się wam pomóc. Bez wtajemniczania w to innych. To wszystko co tu mówimy pozostanie tylko między nami. My też mamy swoje powody, dla których chcemy was wspomóc. –Jasnowłosy znów zmienił ton.
Zaskoczyła mnie jego odpowiedź. Ponownie pogrążyłam się w bezsensownych przemyśleniach, przeklinając to wszystko. Zacisnęłam pięści opatrzonej ręki.
-Dlaczego przewidujecie takie czarne scenariusze? Przecież nic się w nas nie zmieniło. Nie można by udawać, że nic się nie stało i żyć jak normalni uczniowie? –Edward niepewnie wypowiedział ostatnie zdanie.
-Jeśli można by tak było zrobić, nie siedzielibyście tutaj. –Siwowłosy cicho wtrącił.
-W tym śnie… Pośród białej przestrzeni było lustro. W nim ujrzeliśmy nasze nieco odmienione odbicia. Zazwyczaj z charakterystycznym kolorem oczu i jakimś atrybutem. –Firm przerwała milczenie.
-No proszę. Zobaczyliście „prawdę”. Ten kto ją zobaczy, zdobywa ogromną moc, ale płaci na to odpowiednią cenę. Z wcześniej nam słyszanych historii o transmutacjach w pojedynkę, taka osoba widzi prawdę, ale ona ją pochłania, przez co staje się demonem. Na nieszczęście takim, który posługuje się alchemią. Jeśli się owymi potworami nie staliście, to jak myślicie, ponieśliście zapłatę? –Sarkastycznie zapytał jasnowłosy, rzucając papierek na stół.
-Zaczynam się gubić… -Nate pokręcił głową.
-Jeśli żadne z was nie miało drugiej wersji zdarzeń, a zapłata musiała zostać dokonana, to… - Dyrektor obrócił się ku mnie.
-Jestem pewny, że domyśliłaś się już na początku tej rozmowy kim jesteś. –Błazen również spojrzał na mnie.
-Nie… Przecież powiedziałaś nam, że miałaś to co my! Iza do cholery, dlaczego ty zawsze wszystko w sobie dusisz?! –Firm krzyknęła na mnie. Była wściekła, a zarazem zawiedziona.
-Po prostu, lubię borykać się z własnymi problemami sama. –Uśmiechnęłam się głupio, próbując załagodzić sytuację i uniknąć soczystego liścia od innych.
-To w tobie nienawidzę. –Firm prychnęła nosem.
-Tylko… Ona nie poniosła zwyczajnej zapłaty. Dlatego nazwałem ją „okazem”. –Opowiesz nam dokładnie co ujrzałaś? –Jasnowłosy zapytał, przysuwając w moją stronę całe pudełko cukierków.
-Nie jestem pewna, czy to co się stało to była ta wasza zapłata. –Zaczęłam mówić coraz bardziej przybitym głosem. –Znalazłam się pośród pustki. Była rozległa i ponura. Nie czułam żadnych emocji. Pod nogami nie czułam gruntu. Dryfowałam w nicości. Po pewnym czasie, uderzyłam o coś twardego. Taaak, to było to wasze rzekome lustro. –Z każdym słowem, mówiłam coraz bardziej od serca. Dziwiło mnie to.
-Czy od razu się tak obudziłaś? –Tato zapytał z dziwną nadzieją w głosie.
-Nie… Teraz sobie przypomniałam. Na początku pojawiłam się w jakiejś przestrzeni, gdzie leciałam w dół. Ostatecznie upadłam na coś. Tym czymś był nasz krąg, który nakreśliliśmy krwią. Po środku niego, w centralnym punkcie leżał mój naszyjnik. –Ciągnęłam dalej.
-Poczekaj. Czyli nie od razu byłaś po drugiej stronie… -Dyrektor poprawił swój kapelusz i się zamyślił.
-Z tego wynika, że naprawdę zapłata musi tkwic w naszyjniku. Wtedy na pewno go założyłaś, mam rację? –Cukierkożrący przegryzł lizaka.
-To prawda. –Uniosłam wzrok. –Wiecie coś o tym naszyjniku?
-Podejrzewamy, że jest on kluczem do twojej drugiej osobowości. Dość dużo o tobie wiemy, twój tato cię obserwował, a czasami nawet sami cię śledziliśmy, by sporządzić sprawozdania. –Dyrektor odchrząknął.
Ciekawe czy byli tak ubrani? Jeśli tak, to dobrze się ukryli, bo nikogo tak ubranego jak oni nie widziałam. W sumie nie zmienia to faktu, że czasami miałam wrażenie jakby ktoś mnie obserwował. Teraz wiem dlaczego. –Kluczem? Nie bardzo rozumiem waszego toku myślenia. Co to ma z nią wspólnego? –Poprzednie komentarze przemilczałam i kontynuowałam irytującą mnie delikatnie rozmowę.
-Wytłumaczę ci zaraz po tym jak skończysz swoją wypowiedź. –Jasnowłosy wygodnie usiadł na kanapie.
-Później… - Zaczęłam niepewnie. – Z tego kręgu wyłoniły się długie, czarne ręce ja zwór wektorów. One wciągnęły mnie właśnie to tych ciemności. –Byłam coraz bliżej momentu, który na samą myśl sprawiał mi ból…
[…]
-Szczerze… Nie słyszałem nigdy podobnego przypadku zakazanej transmutacji. –Siwowłosy przygasił w połowie papierosa.
-Przynajmniej mam już gotową odpowiedź na swoje pytanie, które męczyło mnie od początku. –Tato wtrącił nadal zszokowany. –Tak naprawdę zapłatę poniosło to coś w tobie. –Z ulgą dodał.
-Podobnie wywnioskowałem, ale nie ukrywam, że to dla mnie nadal pozostaje w pewnej części zagadką, której rozwiązanie przyniesie ze sobą ryzyko. To „coś” poświęciło się po to, by stać się w pełni demonem. –Jasnowłosy zagryzł wargę.
-Ale spójrz na to inaczej. Czy to na pewno świadomie się poświęciło? Może nie wiedziało, że nie osiągnie celu? –Dyrektor położył kapelusz na biurku.
-To ma raczej płeć żeńską… -Cicho wtrąciłam, bo zaczęłam czuć się dziwnie nieswojo. –Poza tym to oznacza, że ja też jestem demonem? –Zapytałam zaciskając pięści.
-Na pewno nie! –Edward gorączkowo krzyknął, chcąc mi najwyraźniej dodać otuchy.
-Pół na pół. Tak naprawdę to teraz od ciebie zależy kim będziesz. Wybierzesz drogę demona i nastawisz się na ciągłą walkę, czy może będziesz szła łeb w łeb z innymi tutaj, to tylko twoja decyzja.-Siwowłosy założył ręce na klatkę piersiową.
-Jedno jest pewne – to co zrobiliście jest nieodwracalne. Musicie się z tym pogodzić. Przygotujcie się na wiele nieprzyjemnych sytuacji. Mówię teraz poważnie, ale nie przesadnie. –Cukierkożrący złapał patyczek pod lizaku.
-My… Przez własną głupotę i niewiedzę spowodowaliśmy taki ciąg wydarzeń. –Edward opuścił głowę.
-Dlatego chcemy wam pomóc. Pomyślcie o tym jak o współpracy pasożytniczej! My wykorzystamy was, a wy nas. –Jasnowłosy się uśmiechnął szaleńczo.
-W jaki sposób możemy się wam przydać?! Co to w ogóle za chory rodzaj współpracy?! –Nate lekko zdezorientowany zerwał się z miejsca.
-Oj, nie unoś się. –Pomachał do niego lekceważąco ręką. –Po prostu czasem będziemy was potrzebować. Nie będziecie nawet wiedzieć kiedy. Na przykład już bardzo wzbogaciliśmy się wiedzą. A wy nas możecie użyć jako informację. –Uśmiechnął się od ucha do ucha.
-Ale mi to sprawiedliwość. –Dzinks obróciła oczami.
-Dodatkowo, tylko my będziemy wiedzieli o naszym wspólnym sekrecie. –Puścił oko, śmiejąc się.
-Jak zwykle żeruje na innych i słabszych. Nigdy się nie zmienisz, Break. –Ciemnowłosy w kapeluszu odezwał się, wydychając dym przez usta.
-Można by współpracować. To byłoby też na naszą korzyść, nie sądzicie? –Firm pewnie zapytała.
-W sumie nie macie wyjścia. –Dyrektor nagle przerwał. –Jesteśmy już zobowiązani dotrzymać waszego sekretu, a wy naszego. –Dodał.
Znowu wyłączyłam się i siedziałam ze wzrokiem unieruchomionych na czarnym dywanie, który wsiąknął poprzednio cieknącą krew. Już wiem dlaczego tak reagowała na ten temat. Nie chciała bym się dowiedziała prawdy, choć tak tego nie mogę nazwać. Nie do końca wierzę w ich przemyślenia i argumenty. Mam co do nich wątpliwości. Można powiedzieć, że wytłumaczyli mi to bardziej encyklopedycznie niż doświadczeniowo. Czuję jakąś dziwną ulgę, a zarazem ból w sercu. To, że się otworzyłam dodało jakiegoś ciepła, tchu, świeżości do tego „tykającego zegarka”. Niestety, to czego się dowiedziałam, znalazło idealnie w nim miejsce do sprawiania bólu. Tylko dlaczego się tym zbytnio nie przejęłam? Czyżbym już nawet nie widziała w tym żadnego problemu? Zachowuję się jakby to nie było dla mnie nowością. To boli, ale nie gnębi. Dlaczego? To nie jest miłe…
-Mam nadzieję, że również zechcesz współpracować. Jestem pewny, że nie zaakceptujesz tego losu i ogółem całej tej sytuacji. –Tato pieszczotliwie rozczochrał mi włosy. Zawsze tak robił, gdy chciał mnie pocieszyć i przy okazji dokuczyć. –Jeśli chcesz żebyśmy ci pomogli, musisz sama tego chcieć. –Dodał, zostawiając w spokoju kosmyki.
-Przeczuwam, że ten twój naszyjnik pieczętuje tą drugą ciebie, lecz z tego co zauważyliśmy, staje się coraz słabszy. Zastanawia mnie, dlaczego? –Jasnowłosy wskazał na wisiorek.
-Na pewno. –Krótko odparłam. –Przekonałam się o tym nie raz. Za każdym jego ściągnięciem, ona miała większy wpływ na moje czyny, słowa, myśli. –Kontynuowałam. –Czy jest możliwość, by go jakoś wzmocnić? –Zapytałam, a w oczach znów pojawił się ten „błysk”.
-To pytanie traktuję jako zgodę. –Dyrektor klasnął w dłonie, co robił dość często z tego co zauważyłam.
-Nie, to nie tylko zgoda. –Zaprzeczyłam. –Ma dość jej! Nie jestem demonem i jestem tego pewna! Nie pozwolę jej dłużej wpływać na moje zachowanie. I zrobię wszystko, by te słowa potwierdzić. –Zaczęłam mówić coraz odważniej i od serca.
-To mi się podoba! To będzie moja najlepsza współpraca i chyba najprzyjemniejsza… -Jasnowłosy wyrzucił pusty papierek po cukierku na stół.
-Więc może zaczniemy od początku? Przedstawmy się sobie. Taka długa rozmowa, a nawet nie wiecie kim są ci panowie. –Dyrektor wskazał na ciemnowłosego, jasnowłosego, siwowłosego i chichoczącego mężczyznę w długim kapeluszu. –Małomówiący pan w czarnych lokach i kapeluszu zaciągniętym tak, by nie było widać jego oczu i ciągle palący papierosa to pan Gilbert Nightray.
-Sam mogłem się przedstawić. –Nerwowo się odezwał, odwracając głowę, by uniknąć naszego wzroku.
-Ohoho, czyżbyś się zawstydził? –Jasnowłosy zasłonił uśmieszek szerokim rękawem płaszcza.
-A ten oto wesoły, który nałogowo pochłania słodycze to Xerxes Break. –Dyrektor jeden jego papierek miał przed sobą i spoglądał na niego lekko zirytowany.
-We własnej osobie. Dla was - Wielki pan Break. –Powiedział, lekceważąco gestykulując ręką.
-Mi mówcie Stein. –Siwowłosy uśmiechnął się szyderczo.
-A ja lubię koty. –Tajemnicza postać, która od początku mnie ciekawiła, cicho się odezwała i podniosła głowę…
----------------------------------------------------------
Kolejny nudny rozdział, który nic nie wnosi i marnuje wasz cenny czas? Jeśli tak, wielkie przepraszam. Za liczne błędy, powtórzenia, literówki również. Mam słabość do robienia z dramatu, żartu. Mam nadzieję, że tak zróżnicowane postacie choć trochę umiliły wam te flaki z olejem. Dzięki za przeczytanie i pozdrawiam, Law. ; )
Btw, spóźnione wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet, mam nadzieję, że klasowi koledzy was nie załamali prezentami.
Btw, spóźnione wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet, mam nadzieję, że klasowi koledzy was nie załamali prezentami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)