sobota, 26 stycznia 2013

Rozdział XVII



-Widziałeś, Edward? Z tego co pamiętam, po upadku kulała. Wszyscy byliśmy pewni, że coś się jej stało, ale teraz mi tu coś nie gra…-Przez szum, który stopniowo się neutralizował, słyszałam słaby głos Firm. Stawał się on coraz wyraźniejszy i zaczynałam otwierać opuchnięte oczy.
-Chyba się budzi, bo drgnęła ręką! –Nate krzyknął i po tym usłyszałam tupot stóp kilku osób wokół siebie.
Powoli podniosłam powieki. Spośród czarnych sylwetek, które rzucały cień na moją twarz, wyłaniały się ciepłe promienie słoneczne, które wpadały przez okno do pokoju i łaskotały mnie w świeżo przebudzone oczy. Zaczęłam nerwowo mrugać i krzywic się. Doskwierał mi potworny ból głowy. W uszach nadal piszczało. Jeszcze niezbyt świadomie chciałam podnieść rękę i przyłożyć do czoła.
-Na szczęście…żyjesz. –Edward z ulgą powiedział przykładając mi do czoła namoczony chłodną wodą ręcznik.
Otworzyłam szerzej oczy. Nade mną wszyscy się pochylali, zupełnie jakby nad zmarłym przy trumnie. Każdy miał zmieszaną miną, która powoli zmieniała się w uśmiech.
-Myśleliśmy, że…Może to trochę głupio zabrzmi, ale mieliśmy przeczucie, że popełniłaś samobójstwo. Leżałaś na ziemi, skulona, blada i zimna jak trup. W rękach kurczowo ściskałaś katanę. W dodatku twój puls był ledwo wyczuwalny, a serce biło jakby od niechcenia. –Z pośpiechem, szybko tłumaczyła Firm, ledwo łapiąc dech między słowami.
-Niezłego strachu nam napędziłaś. –Dodała Dzinks, przynosząc szklankę przygotowanej wcześniej wody i kolejny ręczniczek.
-Nie pamiętam. Nie pamiętam, co robiłam. Na pewno nie chciałam się zabić, nie siebie…-Popatrzyłam pustym wzrokiem w biały sufit.
-Wtedy, pierwszy raz zobaczyliśmy cię w takiej furii. W pewnej części nad nie zdziwiła twoja reakcja, bo też byliśmy wstrząśnięci tym co się dowiedzieliśmy. –Edward pomógł mi się podnieść bym mogła usiąść i napić się wody. –Boli cię noga? –Zapytał, patrząc na kostkę.
Przełknęłam mały łyk mineralnej. Zdezorientowana zauważyłam, że na kostce nie było żadnego śladu ubicia. Ręką objęłam ją. Ścisnęłam. Nie bolały…ale jak to możliwe? Przecież była cała opuchnięta i sina. Prawie pełną szklankę podałam Nate’owi. Szybko wstałam i zaczęłam mordować nogę ruchami. Próba wytrzymałości, gdy się niema pewności zawsze dobra. Po kilku tupnięciach, kręceniu nogą w tę i we tę, dałam sobie spokój. Usiadłam z powrotem na łóżku, wlepiając wzrok w ciemny dywan.
-Cud? Czy może jakaś magia? –Podejrzanie zapytał Nate, odstawiając moją szklankę na stół.
-Dobrze, że masz już na sobie naszyjnik. Przynajmniej tyle sama zrobiłaś. –Obok mnie usiadła Firm.
-Co naszyjnik ma z tym wspólnego? Ot, zwykły talizman. –Nie ściągając go, przyglądnęłam mu się ze znudzeniem.
-Wiemy tylko tyle, że twój tato kazał nam go tobie założyć jak najszybciej. –Dzinks podrapała się po głowie.
-Praktycznie zawsze go noszę, ale nie jest częścią mnie, więc o co chodzi? Najlepiej na naszyjnik zrzucić całą winę? Sprytnie. –Popatrzyłam na małe lusterko wiszące na ścianie.
-Aczkolwiek, nie zauważyłaś w tym czegoś dziwnego? Może naprawdę ten talizman kryje za sobą coś więcej? –Edward wstał i zaczął nerwowo chodzić po pokoju.
-Nie mam pojęcia. –Westchnęłam głośno. –Dlaczego wszystko się tak skomplikowało? –Zrobiłam głupi uśmieszek.
-Po tym jak wybiegłaś, lekcje zostały odwołane,  a twój ojciec…Pierwszy raz widziałam go w takim stanie. To nie było zwykłe zdenerwowanie. Coś na wzór bezradności i rozpaczy mieszanej z poczuciem winy. –Firm wzięła moją katanę do ręki.
-Ja…Ja nie panowałam nad sobą. Straciłam nad sobą kontrolę. –Otworzyłam jeszcze bardziej oczy. Opuściłam głowę i zaczęłam miętolić zniszczone końcówki włosów.
-Nie dało się tego nie zauważyć. Ale to nie twoja wina…Po prostu jesteś bardzo delikatną osobą jeśli chodzi o uczucia. –Nate cicho i niepewnie mówił, sprawdzając swój telefon.
-Nie rozumiesz! –Nagle się podniosłam. –Nigdy nie byłam tak rozdarta emocjonalnie. Nigdy nie czułam się tak jak wtedy, jedna część mnie chciała zemsty, była rządna mordu, a druga chciała uciec. Od środka niszczyła mnie nienawiść do ojca. Nie panowałam nad wektorami. To było szczęście w nieszczęściu, że odtrąciłam tylko jego rękę. –Zaczęłam mówić pośpiesznie, trzęsąc się i łapiąc na głowę, słyszałam jej irytujący śmiech.
-Hej, znowu się zerwał! Naszyjnik! –Edward się szybko podniósł i zatrzymując mnie, zawiesił literkę na łańcuszku.
Śmiech ustał, a ja się od razu uspokoiłam. Przestałam drżeć, rozluźniłam pięści. –A więc jednak…on coś tutaj więcej znaczy. On działa jakby dziwnie uspokajająco na mnie, tak jak na dziecko kolor niebieski. –Zdziwiona mówiłam. –To śmieszne. –Dodałam.
-Może to był jeden z powodów, dla którego tak mu zależało byśmy ci go przywiesili. –Edward wyciągnął komórkę i coś nerwowo sprawdzał.
-A wy co tak sprawdzacie i torturujecie te telefony? –Podejrzliwie na nich popatrzyłam. Po chwili przypomniałam sobie, że coś rozwaliłam przedtem. Zauważyłam, że pod kaloryferem leży mój telefon…roztrzaskany na kawałki. Prawdopodobnie jej nie odratuję. Podeszłam do złomu. Zaczęłam dłonią je mieszać. Ekran był najbardziej poszkodowany.
-Twój tato do nas wydzwania, martwi się, bo twój telefon nie odpowiada. –Powiedziała po krótkiej ciszy Firm.
W stalowej pięści, ścisnęłam garstkę szkła. Wydało to nieprzyjemny dla ucha dźwięk. –Tutaj jest mój telefon. –Otworzyłam przed nimi pięść z resztkami.
-A więc ta kupka śmieci to twój telefon?! –Zdziwiony krzyknął Nate podbiegając do mnie.
-Co ty z nim zrobiłaś?! –Za nim krzyknęła Firm.
-A bo ja wiem. –Głupio się uśmiechnęłam.  –Przynajmniej nie dzwoni. –Dodałam, wyrzucając resztki przez okno. –Jak ja mu spojrzę w oczy? Jak? –Moją rękę za oknem otulił przyjemny, letni wiaterek, który wiał, zabierając moją komórkę.
-On się teraz o ciebie martwi. Lepiej żebyś z nim porozmawiała, na spokojnie. Przecież to nie twoja wina! –Stanowczo i z politowaniem mówiła Dzinks.
-Łatwo powiedzieć. –Powoli zamknęłam okno. Oparłam się o biały, szeroki parapet, zaginając śnieżnobiałą, gęstą firankę.
-Może teraz będzie nam łatwiej, bo twój tato jest chyba tutaj tą bardziej szanowaną osobą. Na pewno pomoże tobie i nam w odnalezieniu się w tym wszystkim. Co prawda, to prawda, mógł nie zatajać przed nami, że pracuje w tej szkole lub cokolwiek i niej wie. Od początku mógł być szczery, szczególnie wobec ciebie, Law. –Bel mówiła przejętym głosem, ale spokojnie. –To tylko moje zdanie o tym wszystkim i moje wyciągnięcie pozytywów z całej tej sytuacji. –Dodała, wstając z krzesła.
-Kiedyś…Prawdopodobnie bym w takiej sytuacji uciekła. Poddałabym się i dręczyła wszystkim przez długi czas, stojąc w tym samym miejscu i nie zrobiłabym żadnego kroku naprzód. Tak, byłoby tak, ale teraz nie będzie. To dałoby jej satysfakcję, a tego nie chcę. –Podniosłam głowę i uśmiechnęłam się sama do siebie.
-Czuję, że walczysz sama ze sobą. Nie jesteś wciąż pewna swoich uczuć. –Cicho dodał Edward.
-Dobrze przeczuwasz. Zresztą to się nigdy u mnie nie zmieni, ale to mnie nie powstrzyma. Nie chcę stać w miejscu i płakać jak głupia.
-Naprawdę? Jesteś na to gotowa? –Ze zdziwieniem zapytał Edward.
-Ona ma racje, nie możemy uciekać. Ustaliliśmy sobie cel i chcemy go zrealizować, nic nie jest dla nas przeszkodą. Jedynymi płotkami na naszej ścieżce są nasze słabości. –Poważnie mówiła Dzinks, podchodząc do Nate’a.
Popatrzyłam na nich. Mieli zdecydowane miny. Sama też sobie nie wierzyłam. Nie potrafiłam przyjąć do wiadomości, że tak przed chwilą powiedziałam.
-Jestem z tobą. –Usłyszałam cichy szept w swojej głowie. Brzmiał podobnie do tego z tamtej chwili. Wtedy, gdy ktoś mi zasłonił oczy…To krótkie, obce mi zdanie, zapełniło mnie odwagą i pewnością siebie. –Nie wiem kim jesteś, ale dziękuję. –Cicho powiedziałam, pod nosem, robiąc krok do przodu.
-To co, wracamy tam rządni wyjaśnień? –Zapytała pewna siebie Firm, podnosząc swoją torbę z podłogi.
-Ta, zapominamy o tym głupim incydencie i idziemy. –Powiedziałam biorąc katanę do ręki i wyciągając ją przed siebie.
-A potem zagramy w kosza, by dać wycisk Law za to, że nas tak nastraszyła. –Powiedział Nate, wskazując na mnie palcem.
-Idealne wyczucie czasu Nate, nie ma co. –Edward zrobił typowego ‘FacePalm’a’.
         Przez całą drogę skrywałam twarz i szłam pomiędzy Edwardem a Firm. Nie chciałam by ktokolwiek mnie widział. Ręce delikatnie dygotały mi ze strachu. Na suchych ustach czułam małe, piekące rany, bo ciągle je zagryzałam. Przekroczyliśmy bramę. Pusta wszędzie, żywej duszy nie widać.
-Spokojnie, na pewno nie ma tu nikogo z uczniów. –Specjalnie nad wyraz głośno, powiedziała Firm.
-Nigdy nie widomo. –Ściszyłam głos i nadal szłam skulona w kierunku schodów, które wydawały się ciągnąc w nieskończoność.
-Nie rozumiem tego. Bardziej się boisz co powiedzą o tobie inni niż o własne życie. Dziwak z ciebie. –Nate przyśpieszył kroku.
-Odezwał się drugi dziwak, który zafarbował śliczne, śnieżnobiałe włosy na czarno i zmienił styl, by się dowartościować i pokazać innym jaki to on nie jest super.  –Prychnęłam.
-Proszę, nie przypominaj mi o tym. –Zakrył grzywką poczerwieniałą twarz. –I to twoja kolejna wada, jak jesteś zdenerwowana to jesteś niemiła. –Dodał zgorzkniało.
-Nikt nie jest idealny. –Krótko odpowiedziałam, wzruszając ramionami. Podeszłam jako pierwsza do drzwi wejściowych. –Nie ucieknę. –Szepnęłam pod nosem, chwytając mocno klamkę i pociągając do siebie. Moje włosy rozwiał delikatny, klimatyzacyjny podmuch z wnętrza.
-Gabinet dyrektora był chyba na lewo. –Powiedział Edward skręcając. –Z resztą, fiolet nad zaprowadzi. –Dodał, zwracając uwagę na fioletowy dywanik w oddali.
-To idziemy. –Powiedziałam dziwnym, dziecięcym głosem. W trakcie wypowiedzenia strasznie mi się załamał. Przysłoniłam usta ręką.
-Jak się denerwujesz to zawsze masz taki słodki głosik, haha. –Złośliwie powiedziała Dzinks, zjadając ostatni kęs batonika.
-Jesteśmy o krok od drzwi. Idź i otwórz. –Edward zawrócił i zrobił mi drogę wolną.
Rozluźniłam mięsnie, a nogi zrobiły mi się jak z waty.
-No idźże! –Rozkazała mi Firm, niedelikatnie uderzając mnie w plecy, a dokładniej w między łopatki, co wydało pusty dźwięk i pchnęło mnie do przodu.
Popatrzyłam na nich moją miną błagającego kota. Czułam jakby wzrokiem mnie chcieli tam wrzucić na zbity pysk. Odwróciłam się i podeszłam do drzwi. Podniosłam wzrok na poziom równy przewierconej, srebrnej plakietki z nazwiskiem.
-No dalej, klamka nie gryzie. –By mnie bardziej przygnębić dopowiedziała Bel. 

Wyciągnęłam protezę i chciałam ją już przełożyć do ciemnobrązowego drewna, by krótko zapukać. Nie zdążyłam. Srebrna klamka się zapadła i wydała głośny trzask. Zastygłam. Drzwi się energicznie otworzyły… 


------------------------------------------------------------
"Znowu taki krótki?! No, ale Law, leniu jeden, co ty robisz? Co ty sobie myślisz, co?!" Taaak, zapewne tak mnie w myślach hejtujecie. : > Miał być dłuższy, o dosyc spory kawałek, ale...nie. Lubię trzymac w napięciu i dlatego znowu urwałam w takim momencie. ; 3 Jeśli znowu zanudzam, przepraszam, ale ostatnio brakuje mi weny na pisanie i to tego jeszcze mam sporo nauki w szkole, a do ferii jeszcze trochę. Dzięki za poświęcenie swojego czasu i przeczytanie kolejnego niewypału. Pozdrawiam, Law. ; ) 

piątek, 11 stycznia 2013

Rozdział XVI



-Niemożliwe…-Firm odwróciła się pierwsza. Ze zdziwienia otworzyła usta.
-Law…-Podchodząc do mnie, Edward cicho powiedział.
Wszyscy wstając, jednogłośnie przywitali nauczyciela. Narobili nie małego huku szuraninią krzeseł. Po chwili usiedli i zwrócili wzrok ku naszej grupie. Zirytowana, niepewna, ciekawa, podekscytowana, powoli odwróciłam się w stronę tablicy. Pośród ciszy, słyszałam swoje niesłychanie głośne bicie serca. Nie tylko je wyraźnie słyszałam, ale też czułam ból jaki sprawia tymi uderzeniami. Uniosłam wzrok. Pobladłam. Moje ciało automatycznie się oziębiło. Oczy otworzyły się szeroko, a źrenice zwęziły, wpuszczając ogromną ilość światła do wnętrza. Serce bijące jak szaleńczy młot – zamarło. Nogi się ugięły i zrobiły jak z waty. Ręce opadły bezwładnie wzdłuż ciała. Wstrzymałam oddech. Rozwarłam delikatnie blade, spękane usta. Zebrało mi się na płacz.
-Ta…to…-Przerywanym, łkanym głosem wymamrotałam. Czułam ucisk w gardle.
Nic nie odpowiedział. Stał wyprostowany i wzrokiem próbował uciec z miejsca. Na twarzy miał wypisane przeprosiny.
Po klasie rozeszły się chichotania. Uczniowie pomiędzy sobą niezbyt cicho komentowali moją reakcję.
-No to pięknie. –Nate usiadł z wrażenia i odchylił  głowę w tył.
-Dla…czego…go…? –Jąkałam się, próbując powstrzymać płacz. Czułam się poniżona. Moje serce odrzuciło całą poprzednią radość. Zapełniło się bólem wraz z najgorszą nienawiścią. Radosny akcent w oczach zniknął. Mój wzrok był obojętny, pusty. Zniżyłam go do poziomu drewnianej podłogi. Włosy przykryły mi twarz, przymknęłam oczy.  Uroniłam jedną ciepłą łzę, która powoli spływała po chłodnym policzku. Po chwili bezlitośnie uderzyła o ziemię.
-Iza…-W końcu nabrał odwagi, by wypowiedzieć moje znienawidzone imię. Zrobił niepewny krok do przodu.
-Nienawidzę cię!!!-  Gwałtownie podniosłam głowę. Coś we mnie pękło. Krzyknęłam przeraźliwym, bardzo głośnym, wściekłym głosem. Włożyłam w niego całą swoją siłę i dech z płuc. Łzy poczęły leciec obficie. Chwyciłam szybko swój plecak. Chciałam jak najszybciej stąd uciec, jak najdalej…Ruszyłam czym prędzej w stronę drzwi.
-Nie rób nic głupiego, do cholery, Law! –Zakrzyknął za mną Edward, chcąc mnie złapać za rękę. Wymsknęłam mu się. Słyszałam wokół siebie mnóstwo komentarzy. Niektórzy wstali ze zdziwienia, chcąc wyjaśnień. Z hukiem, niedelikatnie otworzyłam drzwi Nie, dosłownie wpadłam na nie, ze złości chciałam je wyrwać z zawiasów. Zaczęłam biec, nie wiedziałam dlaczego, ale biegłam ile miałam sił w nogach. Na mną wybiegł tato. Przez szaleńczy pościg, wynikający z czystej złości, potknęłam się o własną sznurówkę. Boleśnie upadłam kilka metrów od niego. Czułam jak kostka, która przed momentem chrupnęła, pulsowała. Próbowałam nią ruszyc. Chęć ucieczki przezwyciężyła ból.
Tato z niepewną miną przyśpieszył ku mnie. Podniosłam się. Nie odwracałam głowy. Wyciągnął do mnie rękę. Nieumyślnie odrzuciłam ją wektorem. Szybko ją przyciągnął do siebie. Zdziwił  się.
-Wiem, że mnie teraz nie posłuchasz, ale proszę,  nie trać nad sobą kontroli! To się źle skończy dla ciebie! -  Zaczął masować ukradkiem rękę po uderzeniu. Zrobił  mały krok do tyłu. Przestraszona, tym co przed chwilą zrobiłam, zaczęłam delikatnym biegiem się oddalać. Tym razem kuśtykając.
-Nie chcę stracić też ciebie!  -Wykrzyknął za mną  z żalem w głosie. Zostawiając klasę samą, oddalił się i wyciągnął komórkę. Z trudem doszłam do najbliższego zakrętu. Tuż za nim, usłyszałam, że ktoś się zbliża. Zaczęłam ponownie uciekać. Zignorowałam ból, który mi doskwierał. Dodatkową udręką był rozsznurowany but który nie usztywniał opuchniętej kości, przez co miała wolne pole do popisu. Gdy wyleciałam z drzwi głównych, bezmyślnie zeskoczyłam ze schodów. Upadłam dość zgrabnie. Dwoma rękami zamortyzowałam upadek, czyli na tak zwane cztery łapy. Miałam wrażenie, że ktoś mnie ciągle śledzi i obserwuje.  Gdy wyszłam z bram, to uczucie nie znikało. Nadal biegłam. Czułam, że powoli tracę dech. Z trudem oddychałam. Moje samopoczucie było nie do opisania. Łudziłam się że to tylko jeden z moich złych snów, że to tylko moja wyobraźnia, to tylko wizja świata alternatywnego. Nadzieja matką głupich. W biegu, do głowy napływało mi setki myśli. Nagle się zatrzymałam.
- Dlaczego uciekam? Może najlepszym sposobem byłoby zaakceptowanie wszystkiego? –Popatrzyłam w błękitne niebo, głośno rozmyślając. –Nie, zawsze będę uciekać. –Łzy spłynęły mi po gardle.
Ruszyłam przed siebie, już spacerkiem. Obolałą nogą szurałam po betonowym chodniku, co jeszcze bardziej zwalniało mój chód. Szłam z opuszczoną głową i nadal cicho łkałam. Próbowałam ustabilizować oddech. Zapadnięcie się pod ziemie, nie byłoby rozwiązaniem problemów. Moje ciało całe drgało wewnątrz od nerwów. Gardło nadal było ściśnięte. Ślinę z trudem przełykałam.  Mój organizm powoli się osłabiał. Nie miałam sił na rozmyślanie. Miałam pustkę, nicość w głowie. Wlepiając przerażone oczy w chodnik, kierowałam się do domu.
     Po zamknięciu się w pokoju, usiadłam pod ścianą z kolanami podciągniętymi pod brodę. Mój ulubiony sposób siedzenia. Rękoma je oplotłam, a głowę nisko schyliłam. Patrzyłam w jeden punkt. Tym punktem był czarny materiał, do którego zawsze chowałam katanę. Leżał rozwiązany na podłodze, pod równoległą ścianą.
-Ile jeszcze rzeczy nie znam? Ile jeszcze czeka mnie niemiłych niespodzianek? Ile jeszcze…będę starać się na darmo? –Dławiącym się głosem, prowadziłam głośny monolog. Z każdym słowem, łzy nasilały się. Zaczęłam czuć się coraz gorzej. Jakbym traciła nad sobą kontrolę. Jakby ktoś zastępował moje miejsce, a ja stawała się obserwatorem samej siebie. Oczy miałam już podpuchnięte od łez, które same z siebie napływały. Przymknęłam zmęczone powieki. Zagryzłam wargi. Wsłuchałam się w płacz własnej duszy.
-Znów Cię okłamał…-Pośród bezgranicznej ciemności, rozległ się tajemniczy głos.
-Zamknij się…-Nie myśląc co, gdzie i jak, wymamrotałam, jeszcze bardziej skrywając twarz.
-A tak obiecywał, tak zapewniał…-Znów arogancki głos się rozległ, otaczając mnie w każdej strony.
-Zamknij się! –Stanowczo krzyknęłam przez ciepłe łzy, które wsiąkały w materiał marynarki.
-Niestety, od prawy nie uciekniesz, choćby nie wiem co. –Teraz byłam pewna. Ten zarozumiały akcent w głosie…tak to ona.
-Tak się starałaś, postawiłaś sobie cel, chciałaś go za wszelką cenę zrealizować, a on…A on stał z boku i przyglądał się jak ładnie dajesz z siebie wszystko, mimo że mógł ci pomóc. Cóż za piękny dramat, haha! –Złowieszczo się roześmiała, a jej śmiech odbijał się o uszy i powracał z echem.
-Za…mknij się. –Już słabym, zmęczonym głosem odparłam. Niestety, miała rację. Było tak jak mówi.
-Najwyraźniej nie ma tu dla ciebie miejsca. Nie pasujesz tutaj. Robisz sobie nadzieje. Kryjesz prawdziwą siebie za grubą maską, przyozdobioną najpiękniejszymi kłamstwami.  Mówiłam ci już, nigdy nie będziesz taka jak inni. –Ostatnie zdanie wypowiedziała najbardziej dobitnie.
-Nie prawda. Jestem sobą. Słabą istotą która sama sobie nie poradzi. Kimś, kogo można nakarmić kłamstwami, by był szczęśliwszy. –Powoli mówiłam, bez załamania w głosie.
-Ładnie to powiedziałaś! Nawet w chwili załamania, na skraju wytrzymałości ku bram szaleństwa, masz poczucie humoru! Haha! –Ponownie się zaśmiała. –Moja oferta jest nadal aktualna, pamiętaj. –Po chwili dodała z powagą w głosie. To nie było normalne przypomnienie. Powiedziała to tak jakby chciała mnie zmusić do postępowania jakiego ona chce.
Po krótkiej ciszy, nagle przypomniałam sobie poprzednie spotkanie. I to co zrobiła…Nabrałam ponownej złości. Nie, nie pozwolę, by znów się ze mnie naśmiewała. Nie zasmakowała tego bólu co ja. Powinna odczuć to samo. Otworzyłam oczy. Moje źrenice znów wyrażały wypływającą ze mnie, długo tłumioną nienawiść. Powoli wstałam. Czułam się słaba, wykończona. Stanie prosto sprawiało mi trudność. Chwiałam się.
-Och, czyżbyś się zdecydowała? Naprawdę?! Ha, teraz wszyscy pożałują! –Jej głos coraz mniej odbijał się echem. Podekscytowana, pytała jak psychopatka.
Stałam z opuszczoną głową. Ręce drżały mi ze złości. Zastanawiałam się, jak rozegrać, by wyszło na moje.
-Wszystko mi jedno…-Cicho powiedziałam.
-Cóż za zmiana w tobie zaszła! –Usłyszałam już wyraźnie jej głos za swoimi plecami. –Podejdź do mnie, ze mną już nikt cię nie skrzywdzi. Razem będziemy niepokonane. –Dodała.
Delikatnie się odwróciłam. Ten widok co kiedyś. Podobna sytuacja. Ja oszukana, bez silna, ona – pewna siebie, nachalna. Stała uśmiechnięta z ręką wyprostowaną i wyciągniętą ku mnie.
We mnie pojawiła się nagła niepewność. Zatrzymałam się. Coś sprawiało, że chcę, chcę rzucić wszystko i przestać zamartwiać się tym co będzie. Tym czymś, był ból i żal do ojca. To uczucie mnie kusiło. Zaczęłam w myślach rozwiewać niepewności. Sama nie wiedziałam co robić. Nie wiedziałam czego pragnę, gubiłam się we własnych pragnieniach. Czego tak naprawdę chcę? Czego tak bardzo pragnę? Za co bym poświęciła życie?
-Długo się zastanawiasz…Niecierpliwię się. Pomogę ci. Pomyśl na kim chcesz się zemścić. Kto wyrządził ci krzywdę? Kto cię zranił? Kto zaczął twoje błędne koło? –Z ironicznym uśmiechem popatrzyła na mnie.
Otworzyłam szerzej oczy. Zrobiłam pewny krok do przodu. Przypomniałam sobie fragmenty wspomnień. To ciepło jakie wtedy one na mnie wywierały. Chciałam powrócić do tamtych chwil. Do chwil, gdy beztrosko żyłam we własnym świecie, ciągle czegoś się ucząc. Ucząc się na własnych błędach. Do chwil, w których nie przyszło mi na myśl, splamić sobie kiedykolwiek ręce krwią. Do matczynego ciepła…
-Osobą, która mnie skrzywdziła…-Cicho zaczęłam, chwiejąc się na boki. Zacisnęłam pięści.
-Tak, powiedz to! Przez niego cierpisz! On cię oszukiwał! –Zaczęła wrzeszczeć coraz bardziej podekscytowana.
-Tą osobą…jesteś ty!!! –Z całej siły zaczęłam krzyczeć. –Ty! Ty, to przez ciebie to wszystko się skomplikowało! To przez ciebie zostałam wytykana palcami! To przez ciebie! –Wywierając całą wściekłość na słowa. Wymierzyłam w nią wektorami. Kierowały się moim gniewem. Na jej twarzy pojawił się szyderczy uśmieszek.
Nagle moje oczy spowiły mrok. Czułam, że ktoś je osłonił rękoma, ciepłymi dłońmi. Wektory rozeszły się. Nogi mi się ugięły. Nieświadomie zachwiałam się do tyłu, w czyjeś ramiona. Ten ktoś złapał mnie, ale nadal nie odkrywał oczu. Poczułam nagłą niemoc.
-Nie rób tego. Nie możesz…-Usłyszałam delikatny głos młodego chłopaka nad swoim uchem.
Nie mogłam nic powiedzieć ani się ruszyc. Moje ciało się rozluźniło. Podświadomość zaczęła odpływać. Straciłam przytomność…


-------------
Tak, znowu taki krótszy. Brakuje mi pomysłów. Poza tym, co za dużo to niezdrowo. Trochę chaotyczny rozdział, nie? Wiem, możliwe, że jest słaby. Cóż...Dzięki za przeczytanie i pozdrawiam, Law. ;) 

piątek, 28 grudnia 2012

Rozdział XV

[...]Wymieniliśmy się spojrzeniami. Ja definitywnie miałam dość na dzisiaj wrażeń. I byłam pewna, że nie zdziwiłby mnie nawet tygrys, pofarbowany na różowo, ubrany w zieloną, poliestrową sukienkę i na stopach miałby żółte baleriny zawiązane pod samą szyję i do tego uczący matematyki w tej szkole. Ta szkoła ogólnie jest dziwna. W sumie...ja też jestem tą 'inną', więc idealna dla mnie. Snując swoje bezmyślne, wewnętrzne monologi, siedziałam wlepiając wzrok w fioletowy dywanik. Po chwili spostrzegłam, że nikt obok mnie nie siedzi, zrobiło się dziwnie luźno. Zapadła cisza, którą zakłócały krótkie, częste chichoty Dzinks. Odwróciłam się i niespodziewanie zastraszyłam. Zagryzłam wargi, by nie przeklnąc głośno.
-Nie wyspała się panienka? - Z uśmiechem zapytał ów pan Sebastian, będąc w małej, bardzo małej odległości od mojej twarzy.
-Patrzył mi w oczy. Mimo, że był pogodny, wydawał się przerażający. Pobladłam. Wytrzeszczyłam swoje szaro-niebieskie oczęta. Stałam jak wryta.
-Przepraszam! - Z paniką w głosie, krzyknęłam, pochylając głowę w dół. Szybko się wyprostowałam i podbiegłam do reszty, która była już w progu.
-Mam nadzieję, że spodoba wam się w szkole! - Powiedział, nadal się uśmiechając.
-Zobaczymy...- Pod nosem mruknęłam idąc tuż koło Edwarda, na końcu grupy. -Um, gdzie idziemy? -Zapytałam, szepcząc mu do ucha.
-Naprawdę coś dzisiaj z tobą nie tak. -Zrobił zmartwioną minę. -Teraz idziemy na nasze niby lekcje.
-Już? -Delikatnie się zdziwiłam. -A co z tym całym zwiedzaniem? Jak my się tu odnajdziemy?! -Niechcacy, trochę głośniej zapytałam.
-Nie martwcie się o to. Tuż po przedstawieniu się kolegom i koleżankom, ktoś z nauczycieli was oprowadzi. -Wesoło oznajmił dyrektor, delikatnie skręcając głowę w naszą stronę.
Nie powiem, słuch ma dobry albo te ściany mają uszy. Szliśmy długim korytarzem. Duże okna, od stóp do sufitu w stylu barokowym, wpuszczały ogromną ilość światła. Do tego jasne ściany...Ewidentnie dla mnie za jasno. Stąpałam delikatnie po lakierowanym, brzozowym parkiecie. Dosłyszalne były słabe, ciche jęki drewna. Czułam się dziwnie. Jakbym na bank kiedyś tutaj była, przechadzała się, choć to niemożliwe. Zazwyczaj w całkiem nowym dla mnie miejscu, odczuwam lekkie podekscytowanie, niepewność, delikatną euforię. A tutaj? Teraz idąc nic nie czuję. Ot, wielki budynek, do którego będzie mi dane uczęszczac codziennie, w godzinach porannym, najpewniej w kiepskim humorze, kształcić się intelektualnie i najprawdopodobniej doprowadzac nauczycieli do kiepskiego stanu psychicznego. W ręce ściskałam swoją legitymację z okropnym zdjęciem. Paznokciami zaczęłam szczerbić jego równiutkie, plastikowe końce.
-Gotowi? Bo ja chcę jak najszybciej pochwalić się nowymi zdobyczami. -Chwycił mosiężne klamki od metalowych drzwi.
Podniosłam głowę i przymknęłam delikatnie oczy. Światło łaskotało mnie po źrenicach.
Po chwili wycofałam się na sam koniec i starałam się iść jak najwolniej. Przekroczyliśmy próg, nawet ja. Nie ominęło mnie to. Dyrektor podszedł do wysokiego, szczupłego mężczyzny, ubranego w długi, biały fartuch. Przypominał ten szpitalny, pomijając fakt, że był nadzwyczaj pozszywany agrafkami. Dziwiłam się, że w ogóle ten fartuszek się nie rozpada ze względu na taką ilość ściegów, w dodatku jeden na drugim. Jego smukłe nogi świetnie eksponowały rurko podobne spodnie w ciemnoszarym kolorze i również pozadzieranych. Buty już nie były tak wyjątkowe. Zwykłe, ciemne adidasy nie robiły wrażenia. Byłam ciekawa jego twarzy. Pech chciał, że stał do nas plecami, gdyż prowadził cichą konwersację z dyrektorem. Zza pleców Edwarda rozglądałam się po dużej sali. Ławki nie były rozstawione jak w normalnej szkole. W sumie, to nie przypominało normalnych ławek. Były to ogromne, drewniane ławy, które pięły się ku górze. Przypominały te takie typowo sejmowe, lecz na każdym siedzeniu nie było mega wypasionego tabletu z włączonym super, fajnym pasjansem.
   Na pierwszy rzut oka, klasa wydawała się liczna. Możliwe, że wcale taka nie była, bo dla mnie 20 osób to już masakra. Uczniowie siedzieli z lekko zmieszanymi minami. Gdzieniegdzie pary psiapsiółek szeptały sobie ploteczki lub komentrze na nasz temat. Większość dziewczyn sprawiała wrażenie sweet dziewczynek - typowym plastików. Chłopców nie było dużo. Wydawało mi się, że jest ich mniej niż żeńskiej części. Po chwili straszny nauczycieli dyrektor odwrócili się do nas twarzami. Od prostokątnych szkiełek biły promienie słoneczne. Jego szare tęczówki i zimny wzrok, zmierzyły nas od stóp do głów. Blada, smukła twarz była obojętna, nie ukazywała żadnej emocji. Dumnie poprawił dłonią swoje szaro-siwe włosy. Odwrócił się do klasy.
-Ta grupa nieśmiałych osób to od dzisiaj uczniowie naszej szkoły i członkowie tej klasy. - Z szyderczym uśmiechem powiedział.
-Bądźcie dla nich mili, a ja się żegnam. -Dodał dyrektor po czym wyszedł.
Lekko się zdezorientowaliśmy. Nie chcieliśmy zostawać z tym wariatem w klasie. Nieuważnie się cofnęliśmy.
-Chodźcie bliżej, chcę zobaczyć dokładniej wasze buźki. -Kątem oka na nas spoglądał i wskazywał ręką na miejsce koło biurka.
Powoli podeszliśmy do niego. Stanęliśmy przed czarną tablicą, zajmującą całą ścianę.  Staliśmy jeden koło drugiego. Oczywiście, ja kończyłam 'wężyk' i zajęłam miejsce najbliższe drogi ucieczki. Tak na wszelki wypadek. Nigdy nic nie wiadomo. -Czuję się jak w pierwszej klasie...tylko wtedy miałam jeszcze łzy w oczach. -Cicho szepnęłam.
-Moglibyście się przedstawić.? -Chrząknął i odsunął się na bok.
   Na pierwszy ogień wystawiliśmy Firm. Zagotowało się w niej, bo jak zwykle ona musi wszystko robić. Ja niewinnie przysłuchiwałam jak się im głosik łamie z nerwów podczas mówienia. Chwila minęła.
-A ty? -Poaptrzył na mnie nauczyciel, jakby chciał mnie zachęcić siłą do jedzenia. 
-Lawrence. -Cicho rzuciłam bez zbędnego gadania. Po chwili w klasie zrobiło się małe poruszenie. Tym razem wszyscy wymieniali między sobą zdania. Niektórzy patrzyli na mnie z jakby obrzydzeniem, a wyjątki z przerażeniem w oczach i starali się odwrócić od siebie uwagę.
-Jak myślisz, o co im chodzi. -Szturchnęła mnie w kościste ramię Firm, ściszonym głosem zapytała.
-Ja nie myślę, to po pierwsze. Po drugie, nie chcę nic o tym wiedziec, bo się zdenerwuje i pożałują tego. -Odsunęłam się z nią jakby na stronę.
-Co to ma znaczyć?! Uspokójcie się! Po lekcji jest czas na pogawędki. -Podniósł głos, widocznie zdenerwowany zaistniałą sytuację. -Zajmijcie miejsca. Ostatnie ławki są wolne. -Zwrócił się do nas już spokojny.
Tym razem jako pierwsza ruszyłam w stronę upatrzonego dla siebie miejsca. Była to ława najdalej wysunięta i miała najlepszy widok za okno. Miałam przeczucie, że Firm i Dzinks już szykują na mnie napad, bo one też tak prawdopodobnie wlepiały wzrok. Jak się zdenerwują to są straszne. Czułam ich oddech na szyi.
-Eee, ładna dzisiaj pogoda... - Z uśmiechem powiedziałam, odwracając się do nich. Plecak zsunęłam z pleców i trzymałam w rękach za sobą.
-Ja tam siedzę! -Firm i Dzinks krzyknęły równocześnie i szybko podbiegły kawałek dalej.
-Nie, bo ja! -Rzuciłam swoim lekkim plecakiem, który idalnie ułożył się na drewnianej ławeczce.
-Żadna z was tu nie będzie siedzieć. -Nate zrzucił mój plecak na ziemię i pokręcił głową.
-Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta, powiadasz? -Edward usiadł koło niego na moim miejscu, wystawiając mi język.
Dając za wygraną, udiadłam zaraz obok Edwarda. Za mną siadły Dzinks, Firm i Bel. Rozglądnęłam się po klasie, inni zaczęli się już pakować. Czyżby tak długo się kłóciliśmy o miejsce?
-Hej, co teraz mamy?! -Zakrzyknął Nate za ostatnią dziewczyną, która wychodziła z klasy.
-Teraz mamy długą przerwę. Trwa 20 minut. Tuż po niej jest godzina wychowawcza. -Odwróciła się na moment i popatrzyła na mnie.
-Ale gdzie?! -Wstał, by iść ją jeszcze zatrzymać. Niestety, przyśpieszyła i uciekła. 

-Podryw ci nie wyszedł. -Powiedział Edward, klepiąc go po plecach. -Wszyscy się tu dziwnie zachowują. -Tym razem poważnie oznajmił wychodząc na korytarz.
-Dopiero teraz to stwierdzasz? -Sarkastycznie na bąknął Nate podążając za nim.
Nagle zaburczało mi głośno w brzuchu. Rękoma oplętłam go robiąc niesmaczną minę. -Ano...przerwa jest, chodźmy poszukać jakiejś budki z jedzonkiem. -Nieśmiało zapytałam.
-Racja, też bym zjadła jakiegoś batonika. -Podeszłą do mnie Firm i razem poszłyśmy na zewnątrz.
Dzinks i Bel szły tym razem najwolniej i przeglądały w komórkach allegro. Norma. Edward i Nate komentowali...Nie, Nate komentował dziewczyny, a bezradny Edward przytakiwał.
     Na ławkach siedziało mnóstwo ludzi. Przechodząc obok nich, patrzyli się na mnie i szeptali komentarze, ale nie robili już takich min jak przy pierwszym spotkaniu. Po chwili zapomniałam o nich, a oczy mi się zaświeciły, gdy zobaczyłam w oddali małą budkę. Podbiegłam do niej, zostawiając zdezorientowaną Firm w tyle. Wyciągnęłam piątaka z kieszeni. Z ulgą nacisnęłam mały guzik, który spowodował wyrzucenie mojego upragnionego wielkiego batonika, oblanego białą czekoladą. Szybko, niezgrabnie go otworzyłam i ugryzłam. Taak, cukier, tego mi było trzeba było. Firm do mnie dołączyła, lecz wybrała czipsy o smaku chili. A potem będzie jęczec, że ostre. Jeśli myślała, że mnie zniechęci do jedzenia ich to się myliła, sama będzie cierpiec. Usiadłyśmy na chłodnym murku po turecku i zajadałyśmy. Tak nam minęła przerwa.
    Wróciłyśmy do klasy jako ostatnie. Wszyscy już siedzieli na miejscach. Jak nigdy nic poszłyśmy na swoje siedzenia. Mijałam już ostatnią obcą mi dziewczynę. W chwili, gdy przeszłam usłyszałam od niej:
-A za chwilę będziesz się wymądrzała...
Zdziwiona, odwróciłam się do niej, by upewnic się, że do mnie mówiła. Kilka osób już śledziło sytuację, a ona siedziała zadowolona. Przemilczałam komentarz. Chciałam isc już siadac, gdy ktoś wszedł do klasy i zakmnął za sobą drzwi.
-Dzień dobry...-Usłyszałam bardzo znajomy mi męski głos...



------
Przepraszam od razu na błędy! Blogger coś świruje, ucinał mi tekst, przestawał pisać...masakra. Ogarnęłam to jak tylko mogłam. Rozdział taki sobie, wiem, ale chciałam jeszcze nie zdradzać ciągu dalszego, za szybko. :D Dzięki za przeczytanie, pozdrawiam, Law! :)

poniedziałek, 24 grudnia 2012

24 grudnia | Law poeta.

Dzisiaj 24 grudnia, Wigilia, więc coś wypada napisać.



Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia, mile spędzonych chwil w rodziną, w szkole samych pozytywnych ocen, mnóstwa pieniędzy oraz samych sukcesów w grach czy tam w życiu prywatnym. :) Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! < 3

Law poeta.


Mam nadzieję, że nadchodzący Nowy Rok przyniesie Wam samych radości. A dzisiaj przy
Wigilijnym stole, puścicie w niepamięć wszystkie przykrości i będziecie się radować
rodzinnym gronie. 

 Ten rysunek to spontan. Wiem, beznadziejny, ale rysowałam go dla przyjemności. :)
Btw. Blog ma już rok! < 3  


 Tak więc, Wesołych Świąt życzy Law! :)

piątek, 14 grudnia 2012

Rozdział XIV

-Ano... - Ciągnęłam, wymyślając wymówkę. - Tosta? - Z wymuszonym uśmiechem od ucha do ucha, wyciągnęłam do niej talerz z jeszcze ciepłym chlebem, na którym roztopionym ser żółty spływał na naczynie. 
-Podziękuje, a ty się lepiej zbieraj, bo nie chcemy się spóźnić w pierwszy dzień. -Odwróciła się i pomaszerowała w stronę wyjścia. 
-Taaak i mówi to ta co w poprzedniej szkole opuszczała pierwsze lekcje. -Obróciłam oczami odkładając talerz na szklany stół.
-Słyszałam! -Krzyknęła, a po chwili zatrzasnęły się za nią drzwi. 
-Za głośno myślę. -Poszłam do pokoju, by wyciągnąć ubranie i znaleźć prostownicę. Otworzyłam szafę i rzucając wzrokiem po wieszakach, rozmyślałam. Nie ubiorę przecież spódnicy, bo...nie. Konstruktywny argument na wszystko. Wyciągnęłam ładnie złożone w kostkę, czarne rurki, moim zdaniem w miarę eleganckie. Przynajmniej nie poprzecierane. Z prostownicą pobiegłam do łazienki. Wcześniej się jej nie przyglądałam. Myślałam, że będzie taka zwykła szara, ale się myliłam. Wyłożona była błękitnymi, kwadratowymi kafelkami. Na ścianie po lewej stronie drzwi, wisiało ogromne lustro, w którym można się przejrzeć od stóp do głów. Tuż obok niego był przymocowany no wysokości mojego brzucha, błękitna umywalka w kształcie łezki. Za dziwną umywalką stała biała komoda z kilkoma szufladami. Pod przeciwną ścianą stała ogromna, biała wanna ozdobiona błękitnymi kryształkami. W kącie stał prysznic. Obudowany, szczelnie zamykany, lekko prześwitujący. Ogółem...łazienka jak w hotelu 5-cio gwiazdkowym. Po lekkim szoku, w podskokach zaciągałam spodnie na tyłek. Zaczęłam szybko myc zęby. Szorując je energicznie, zatapiałam się we własnych myślach. Pustym, naćpanym wzrokiem patrzyłam w swoje nędzne odbicie. Do glinianego kubeczka, który stał na komodzie, nalałam ciepłej wody z kranu, by przepłukać usta. Wzięłam łyk i odruchowo połknęłam przypominając sobie wczorajsze niby wspomnienia. Zaczęłam litrami napełniać usta wodą z bieżącego strumienia, by zapić okropny posmak pasty. Po porządnym, bezsensownym napełnieniu żołądka płynem, poszłam ubierać górną część mundurka. Przechodząc przez kuchnię, nie mogłam się oprzeć magicznemu śniadaniu.
Tost wygrał. Podbiegłam do stołu i wpakowałam go do gęby. Następnie podreptałam prostować grzywkę. Mimo iż nie jadłam nigdy śniadań, ten tost wyjątkowo mi smakował. Skończywszy się nim delektować, poleciałam po spakowany wcześniej plecak i z kluczem w ręce, wyszłam. Zamykając za sobą drzwi, chusteczką wycierałam, lekko tłuste usta. Gdy się obróciłam, zobaczyłam całą piątkę przed sobą. Każdy poważny, przyodziany w mundurek. Komicznie to wyglądało. 
-A spódniczka gdzie? -Podejrzanie zapytał Naye, robiąc chytrą minę. 
-W szkole się na inne napatrzysz. Powinno ci to wystarczyć. -Poprawiając plecak, lekceważąco odpowiedziałam.
-No ty chyba sobie jaja robisz! -Gniewnie wybuchła krzykiem Dzinks, uderzając Nate'a, czarną, ozdobioną agrafkami torbą.
-No tak, żartowałem tylko! To bolało! -Broniąc się, tłumaczył.
-Chodźmy...Trampki muszę jak najszybciej rozchodzić. -Wychodząc naprzód, mruknęłam.
     Wyszliśmy z bloku i prostym chodnikiem podążaliśmy do szkoły. Okoliczne krzaki na wykoszonych trawnikach były równiutko przycięte. Kwiaty nie rosły 'dziko', wręcz przeciwnie, były jakby posortowane kolorami i posadzone w symetryczne koła. Nie byliśmy jedyną grupką, która 'wyszła za pięć dwunasta'. Po różnych stronach ulic, szli uczniowie tej szkoły w tych charakterystycznych mundurkach. Szłam tuż za resztą, wlepiając wzrok w szarą ścieżkę. Oni prowadzili żywą dyskusję, a ja dreptałam cichutko, nie słuchając ich. Znaleźliśmy się pod chwili pod murami szkoły. Była ogromna! Składała się z jednego, największego budynku, który piął się wysoko ku górze. Po obu jego stronach były dwa równie duże budynki. Do głównych drzwi wejściowych, prowadziły kamiennie schody i dość niskich stopniach. Budynek otaczał mały ogród, który w sobie krył mnóstwo ławek. Idealnie miejsce do spędzania przerw. Ogółem ta szkoła nie była szara i bez wyrazu. Z zewnątrz była w jasnych, pastelowych kolorach, ciekawił mnie środek. Gdy tak jeszcze stałam, patrząc w około, reszta poszła do przodu. Dopiero, gdy się zorientowałam, że jestem mały kawałek z tyłu, a stałam jeszcze w bramie, przyśpieszyłam kroku. Oni czekali na mnie na schodach. Było mnóstwo ludzi, w końcu szkoła. Z opuszczoną głową, jak najszybciej starałam się przemknąć między nimi niezauważona. Na szczęście, nikt nie zwracał na mnie większej uwagi. 
-Law, chodź! Budki z kawą poszukasz później! -Odwracając się w moją stronę, krzyknęła Firm. 
      Wtedy, uwaga tych wszystkich uczniów, skupiła się na mojej niewinnej osobie. Rozumiem, nowa twarz, ale żeby tak się chamsko patrzeć i komentować? Ich miny były straszne. Już po nich sądziłam, że nie są przyjaźnie nastawieni. Zacisnęłam zęby i podbiegłam do przyjaciół. 
Szybko weszłam do szkoły i gdy Edward zamknął za nami drzwi, odetchnęłam z ulgą, opierając się o chłodną blado-żółtą ścianę z wielkim znakiem nakazu wyciszenia komórki. 
-Widzieliście to?! Patrzyli na Law jakby chcieli ją zabić, a co najmniej poderznąć gardło! -Z lekkim szokiem mieszanym ze zdenerwowaniem a zarazem podekscytowaniem powiedziała Dzinks. Z zapałem w oczach, oglądała to co się dzieje za szybą. 
-To było straszne...-Wymamrotałam, przypominając sobie w myślach ich okropne twarze. 
Staliśmy jeszcze przez moment w zamyśleniu. Każdy z nas snuł swoją nieprawdopodobną teorię, która by wyjaśniała zaistniałą sytuację.
-Dzień dobry! Jesteście nawet przed czasem! Jakich mam dobrych uczniów. -Ktoś za nami radośnie wykrzykiwał. 
Odwróciliśmy się gwałtownie. Przedwcześnie stwierdziłam, że zdumienie dzisiaj z naszych twarzy nie zejdzie. Przed naszymi oczami, ukazał się wysoki, szczupły mężczyzna w czarno-fioletowych włosach, który wystawały spod czarnego, ogromnego kapelusza, przyozdobionego czarnymi krzyżami. Ubrany był w fioletową, skórzaną marynarkę i czarne również skórzane spodnie, który były szerokie na biodrach. Do zestawu był czarne lakierki z fioletowymi szpicami. Na dłoniach godnie reprezentowały się złote pierścienie z fioletowymi kryształami. Po tym już można stwierdzić - ubóstwia kolor fioletowy z połączeniu z czernią.
Nikt z nasze grupki nie wydał nawet najmniejszego chrząknięcia. Przemilczaliśmy komentarze. Staliśmy ze wzrokiem wlepionym w jego osobę. 
-Aj, nie przedstawiłem się i na dodatek tak nagle na was naskoczyłem. Nazywam się Kevin Pheles, jestem dyrektorem tej wspaniałej szkoły! Witajcie w Alchemist School! -Rozkładają dumnie ręce do doku, wesoło pokrzykiwał. 
-Dzień-dzień dobry...-Jąkając się wymamrotała nieświadomie Dzinks. 
-Nie tak oficjalne, bo czuje się staro. -Uśmiechnął się. -Nie stójmy tak w drzwiach, chodźmy do mojego gabinetu. -Odwrócił się i zaczął iść. Dopiero po chwili ruszyliśmy za nim. 
-Oprowadzaniem zajmiemy się później, najpierw załatwimy ważniejsze rzeczy. -Nie schodząc z miłego tonu, otworzył drzwi od swojego gabinetu z wielkim napisałem: "Dyrektor - Kevin Pheles". Zostawił je szeroko otwarte, zapraszając nas do środka. Wnętrze nie było bardzo zawalone tak jak to była w przeciętnych gabinetach. Po środku białego pokoju, stało biurko, a na nim panował porządek - rzadko spotykany. Za biurkiem stało kilka regałów z kilkunastoma segregatorami. Pod ścianą po naszej lewej stronie stała komoda z ekspresem do kawy oraz z z kilkoma kubkami z obrazkami...kotów. Przed biurkiem, zamiast twardego krzesła dla gości, stała wielka kanapa w kolorze fioletowym, czemu mnie to nie zdziwiło? 
-Rozgośćcie się i usiądźcie wygodnie. -Wskazując ręką na kanapkę, usiadł na swoim czarnym fotelu. 
-Wydaje mi się, że się mnie boicie. Sądzę tak po waszych minach. -Popatrzył nam w oczy. 
-T-to nie tak. Po prostu to miejsce jest dla nas nowością. -Odezwała się niepewnie Firm. 
-Tak? Mam nadzieję, że taka zmiana wyjdzie wam na dobre. -Wziął do rąk kilka kartek. 
-Elizabeth Clark, Rita Delaney, Caroline Ross, Nate River, Edward Elric i Isabell Lawrence. -Wymienił nasze nazwiska tak jak siedzieliśmy. Po chwili uniósł wzrok nad kartki i popatrzył na mnie z trochę zdziwioną miną. Potem na kartkę i znowu na mnie. I powtórzył to jeszcze raz. 
-Coś nie tak? -Niskim głosem zapytałam, przerywając niezręczną ciszę. 
-Ach, przepraszam! Po prostu nie pasujesz mi do opisu na kartce. -Jedną z nich odwrócił w naszą stronę. -Te kartki to takie jakby wasze mini CV. Mam tutaj wasze zdjęcia, daty urodzenia, miejsca, inne dane, zainteresowania, osiągnięcia, wady, zalety i cechy charakteru i takie tam mniej ważne, ale ciekawe. 
Popatrzyliśmy na niego z niepokojem. Skąd on miał takie dane? Przeraziliśmy się, a mi przypominał on trochę jakiegoś psychopatę. 
-I właśnie tutaj mam napisane, że na co dzień chodzisz w glanach, porozdzieranych, ciemnych spodniach i szerokich koszulkach z ulubionymi zespołami. -Kontynuując, spojrzał na mnie od stóp do głów. 
Osłupiałam. Dlaczego akurat mnie się przyczepił? 
-W końcu to szkoła, a szkoła jak każda inna, ma swoje zasady. A ja jako człowiek mam swoją kulturę i przestrzegam regulaminów...Jak tylko daję radę. -Nieśmiało tłumaczyłam. 
-Delikatnie je łamiesz, ale nie przeszkadza mi to, nie ja wymyślałem te zasady. -Wesoło powiedział, odkładając kartki. 
Nic już nie dopowiedziałam. Odwróciłam głowę z stronę okna i wpatrywałam się w krajobraz. 
-Tutaj macie swoje identyfikatory. -Nagle zmienił temat i wyciągnął z szuflady stosik plastikowych kart.
Wstaliśmy i wzięliśmy je. Zawierały tylko imię, nazwisko, małą miniaturkę zdjęcia legitymacyjnego i jakiś numer. 

-Przez pierwsze dni, musicie je mieć przy sobie, najlepiej w kieszeni, której najczęściej używacie. Niektórzy ze starszych klas mogą was zaczepiać i brać za intruzów, więc wtedy musicie się wylegitymować. -Popił kawę z kubka z niebieskookim kotkiem. 
-To o której i gdzie zaczynami lekcje? - Z lekkim zniecierpliwieniem zapytał Nate. 
   Nie doczekał się odpowiedzi, bo za naszymi plecami usłyszeliśmy otwierające się drzwi. 
Odwróciliśmy się, naturalnie wyczekując kolejnej niespodzianki. Ujrzeliśmy wysokiego, młodego mężczyznę, ubranego w czarny garnitur. Jego czarne, dłuższe włosy, połyskiwały w promieniach słońca Jego jasna cera dodawała mu mrocznego akcentu. Stał wyprostowany  rękoma wzdłuż ciała. Po chwili ukłonił się, wyciągając dłonie w białych, jedwabnych rękawiczkach do przodu. 
-Dzień dobry, panie dyrektorze. -Łagodnym głosem i szerokim uśmiechem powiedział, prostując się i otwierając oczy.
Gdy mu się przyjrzałam, dostrzegłam, że jego tęczówki są...krwistoczerwone! Zbieg okoliczności, czy może specjalne soczewki? Nie mogłam teraz wyciągać pochopnych wniosków. Spokojnie, nie dając nic po sobie poznać, siedziałam.
-Witam, witam. Chyba wywarł pan na nich dobre pierwsze wrażenie, panie Sebastianie. -Powiedział dyrektor wstając i podchodząc do niego. 
-Mam taką nadzieję. -Jego uśmiech nie schodził ze smukłej twarzy...


-------------
Łaaa, kolejny rozdział za nami. Jak zwykle - przepraszam za błędy, ale pisanie w nocy nie wychodzi mi na dobre, a weekend mam zawalony nauką i nadrabianiem zaległości w szkole. Postanowiłam, że jednak rozdziały będą co dwa tygodnie, ale jeśli znajdę czas to będę pisać co tydzień. :) Akcja praktycznie teraz się będzie rozwijać...znaczy, postaram się o to. Dzięki za przeczytanie, pozdrawiam, Law. :)