niedziela, 3 sierpnia 2014

Rozdział XXXI "Wspomnienia i pierwszy krok"

          Wieczorem leżałam sobie bezwładnie na łóżku, trzymając nogi na ścianie. Spoglądałam w stronę okna, gdzie na niebie mieniły się pomarańczowo-różowe barwy, a czerwone słońce zachodziło coraz niżej i niżej. Mój wzrok wbił się nieruchomo w ten zachwycający mnie widok. Piękny, jak zawsze. Tutaj nawet jest lepiej umiejscowiony blok niż ten w moim rodzinnym mieście. Tak bezczynnie wiodłam blade stopy po zimnej ścianie. Nic mi się nie chciało, dosłownie. Znowu mnie w coś wciągnięto. Nie wystarczy im, że i tak mam ciężko. Chociaż… Jako ich piesek mam zapewnioną jakąś ochronę, a to już coś. Jedynie ogranicza mnie niewidzialna smycz. Tylko, ja nie chcę walczyć. Myślałam, że tutaj choć trochę od tego odpocznę. Możliwe, że nawet odzwyczaiłam się od widoku krwi i zmasakrowanych wnętrzności. Dziwne, ale tak może być. Poza tym, jeszcze walczyć z tą świadomością, że moja katana to człowiek z krwi i kości. Ależ to krępujące! I jeszcze muszę współpracować z tą blondynką. Same nieszczęścia! Istny test wytrzymałości. Też jestem ciekawa, kiedy ostatecznie wybuchnę. Wszystko mnie irytuje, a dokładają mi na siłę zajęć. Potwór w ludzkiej skórze, ciekawe. Owe i podobne myśli kłębiły mi się w głowie. Po chwili dobiegło mnie delikatnie pukanie do drzwi, które miałam zamknięte.
-Proszę -odpowiedziałam bez entuzjazmu, automatycznie podnosząc się z pozycji leżącej do siedzącej.
-Coś leżało na dywanie w przedpokoju, to chyba tobie wyleciało -Lucyfer trzymał w ręce jakąś małą błyskotkę. -Zmieniasz styl? -podejrzliwie zapytał.
-A to to jest… -przerwałam, gdy dokładniej się przyjrzałam i przypomniałam sobie co to jest. Faktycznie, to moje było. Nieduża, błyszcząca, czarno-różowa spineczka do włosów. Na zapięciu znajdowała się miniatura małego kotka ze słodką kokardką przyozdobioną cyrkoniami. Break, gdy mi ją wręczał omal nie popłakał się ze śmiechu. Oczywiście, nie robił tego celowo, wcale. Ich zdaniem to pieczęć, która ma trochę ukrócić samowolę demona we mnie. Tylko dlaczego to jest w formie dziecięcej spinki? Ewidentnie sobie ze mnie żartują! I ja mam to nosić? Wolnego, nigdy! Chociaż ojciec napełnił mnie nadzieją, że w jak najkrótszym czasie opracują coś, by w moim naszyjniku umiejscowić inne zabezpieczenie, a raczej wzmocnić je, bo zauważyli, że on sam w sobie już taką pieczęcią jest. Ale do tego czasu powinnam to zakładać. Może gdzieś pod warstwą włosów to ukryję. Ta spineczka też ma za zadanie odgonić ode mnie wyczuwalną przez uczniów aurę. Tyle niby ma pomóc, ale dlaczego to jest takie tandetne?
-Dzięki, chciałam o tym przypadkowo zapomnieć -zrezygnowana powiedziałam biorąc moją ozdobę z jego kościstych dłoni.
-Widzę, że się do tego zmuszasz -uśmiechnął się, by choć trochę mnie rozchmurzyć.
-Ale sam widzisz jak to wygląda! -krzyknęłam wymachując rękami jak dziecko, które protestuje.
-Pasuje do twojego zachowania -zaśmiał się już zawczasu wycofując się do tyłu, gdyby miał oberwać jakąś poduszką czy inną, twardszą rzeczą.
-Po raz pierwszy poznaję osobę, która oprócz Firm potrafi mi tak dogadywać -ze zdziwieniem stwierdziłam.
-Wybacz, ale aż się prosisz -zasłonił swoje usta, które ciągle ukazywały wesoły grymas.
-Śmiało, nie krępuj się, śmiej się do woli -sucho rzuciłam wstając z łóżka. Spinkę zacisnęłam w stalowej pięści. Obiecałam też sobie, że będę starała się robić wszystko. Podeszłam do wiszącego, dużego lustra, które wisiało na szafie. Ogarnęłam włosy i po prawej stronie, gdzie grzywka, na poziomie skroni zapięłam metalową ozdobę. Nic specjalnego się nie stało. Zero jakiejś niechcianej reakcji. Brak omdleń, zasłabnięć, rewolucji w żołądku. Żyję, ale wyglądam jak przerośnięte dziecko. Mała spinka, a tyle zmienia, tragedia.
-A może by tak to gdzieś indziej przypiąć lub schować do kieszeni? -zsunęłam ją w włosów i zaczęłam patrzeć na małe kieszonki w koszuli, która leżała na fotelu.
-Wtedy nici z tego. Nie będzie działać -Lucyfer wtrącił po czym wyszedł z pokoju i poszedł do kuchni.
-Ale naprawdę mogli sobie odpuścić taki wzór. Zrobili to celowo, a ten błazen to na pewno -podążyłam za nim, narzekając.
-Zrobił sobie z ciebie najwyraźniej nową ofiarę na jego sarkazmy, żarty i głupoty -wziął ze stojącego na stoliku koszyka średnie, czerwone jabłko.
-”Nową”, co chcesz przez to powiedzieć? -zdziwiona zaczęłam drążyć temat, bo jego wypowiedź mnie zaintrygowała, a dokładniej ta część.
-A-ano… -zająkał się jakby coś wyjawił za dużo. Ugryzł nerwowo swój owoc, zapełniając całe usta. -Ale pyszne jabłko, łap! -zmienił temat po czym rzucił w moją stronę drugie, nieco większe.
Bez problemu złapałam swój ulubiony owoc.  Spojrzałam na niego spode łba. Coś mi tu nie pasuje. Niespokojnie zareagował, dziwne. -I kto tu zmienia temat -sarkastycznie to skomentowałam, delektując się czerwoną słodyczą.
          Nastąpiła chwilowa, niezręczna cisza.
-Mogę wiedzieć o co chodzi, bo widzę, że coś ukrywasz. Proszę, powiedz -usiadłam naprzeciwko niego i błagająco spojrzałam w jego oczy.
-Wygrałaś… -próbował unikać kontaktu wzrokowego, ale wreszcie się poddał.
-Zawsze działa -szeroko się uśmiechnęłam po czym dokończyłam jabłko, a ogryzek rzuciłam centralnie do kosza stojącego kilka metrów ode mnie.
          Porozmawialiśmy sobie. Trochę się dowiedziałam i na pewno ten czas tylko wyszedł na dobre. Więcej teraz o nim wiem, łatwiej nam się rozmawia, lepiej. Już wiem, dlaczego tak bez problemów szybko zaklimatyzował się wśród otoczenia tego błazna, dyrektora, mojego ojca i reszty osób, które zostały zobowiązane tajemnicą o całej sprawie. Oni się od dawna znają. Szokujące, ale tak jest. Jeszcze zanim był “moją bronią”, był tutaj, chodził do szkoły, służył jako broń Mistrzowi. Więc jest w o wiele wygodniejszej sytuacji niż cała nasza szóstka. To by też wyjaśniało zachowanie Maki, gdy on się pojawił. Znali się i to doskonale, ale on nagle tajemniczo zniknął i zobaczyła go po pewnym czasie, dodatkowo w mojej obecności. Wtedy się wycofała, bo nie wiedziała co jest grane. Nieźle, czegoś takiego się nie spodziewałam. Przynajmniej będę miała w nim wsparcie. Zdeklarował się nauczyć mnie wszystkiego bym była jak najlepsza. Ciekawe, czy wstręt do tamtych kreatur też weźmie ode mnie na siebie. Zbytnio marzę, to niemożliwe.
-Więc jutro mamy pierwszy trening -Lucyfer z dziwnym uśmiechem oznajmił popijając aromatyczną kawę.
-Jaki trening? Gdzie? -zdezorientowana zapytałam odstawiając swój kubek z motywem kotów.
-To też zignorowałaś? -bezradnie, retorycznie zapytał. -Po lekcjach mamy się zjawić na sali gimnastycznej. Razem z Maką i Soulem sprawdzimy nasze umiejętności. Trzeba będzie też się rozgrzać, bo dawno nie używałaś katany w walce -spokojnie tłumaczył z wyraźnym naciskiem na konkretne słowa, bym je zapamiętała.
-Dobra już nie tak dobitnie -znudzona przerwałam obracając oczami. -Dawno, bo nie wiedziałam, że moja broń to człowiek! -dodałam pośpiesznie.
-Aż tak się teraz tego boisz? Przecież nic mi się nie stanie. Nie odnoszę żadnych fizycznych obrażeń, możesz śmiało mną rzucać, gdy będę w formie ostrza -zaśmiał się pogodnie.
-Na pewno nie! Nawet tak nie mów, nie mam zamiaru traktować cię jak zwykłą broń -zaprotestowałam.
-Wiem, już wcześniej nie obchodziłaś się ze mną jak tylko z kawałkiem żelastwa. Zanim zacząłem ingerować słownie, zanim wszystko się obróciło o pełny kat. Pamiętam jak wszędzie brałaś mnie ze sobą albo jak nie pozwalałaś nikomu mnie używać. To było dość troskliwe -ponownie się zaśmiał.
-Cichaj już -wymamrotałam pod nosem po czym przysłoniłam usta porcelanowym kubkiem.
-Nie złość się już -przedrzeźniał mnie. -Podaj mi rękę -po chwili nagle wyciągnął ku mnie dłoń przez szerokość stołu.
-P-po co? -zapytałam z dziwnym zawstydzeniem. Kurczowo zacisnęłam naczynie, by zająć ręce.
-Tylko podaj, to nic wielkiego -nalegał jeszcze bardziej nadwyrężając mięśnie.
Popatrzyłam na niego z dezorientacją. Nie miałam pojęcia o co może mu chodzić. Dowiem się, gdy też wyciągnę dłoń. Przez moment zastanawiałam się, co może zrobić, ale bezskutecznie.
-Mam nadzieję, ze to nie jakiś chamski żart -srogim tonem mruknęłam i wyprostowałam swoją zdrową rękę.
-Skądże -z zadowoloną miną odparł i… Jego postać spowiło oślepiające światło.
Przymknęłam oczy, bo ten blask był za jaskrawy i gryzący. Jednak uścisku nie zwolniłam, ale czułam jakby o się zmieniał. Coraz bardziej zanikało ciepło jego dłoni. Również sama jego obecność była mniej wyczuwalna. Po chwili błękitne światło znikło i nerwowo podniosłam wzrok. Popatrzyłam na puste miejsce przede mną. Nie ma go. Rozpłynął się, dosłownie. Z lekką obawą zaczęłam się rozglądać. Nagle uderzyłam łokciem o blat. Ręka ugięła się pod ciężarem… Katany! Automatycznie zerwałam się z krzesła. Wstałam jak na komendę. Czyżby celowo się zmienił, by przełamać moją wyraźną niechęć?
-Co ty zrobiłeś? Głupi! -krzyknęłam ustawiając ostrze prostopadle do mojej twarzy, ale z bezpieczną odległością. Nawet mówienie do broni było niekomfortowe.
-Haha, ale masz śmieszną minę. Było warto -ze srebrzystego ostrza wydobywał się jego wesoły ton głosu.
-To ty wszystko widzisz? Jak? -zaciekawiona i zaskoczona wypytywałam.
-Oczywiście. Jeśli się przyjrzysz dokładnie też zobaczysz część mojej twarzy. Część, bo tylko kawałek czupryny, oczy i brodę wraz z szyją.
Niepewnie przybliżyłam broń do twarzy. Zmrużyłam oczy. Faktycznie, widać jego postać. Ciągle się uśmiechał od ucha do ucha. Irytujące.
-Przyzwyczaisz się, pierwszy krok zrobiony. Potraktuj to tak jak swoje pierwsze chwile z kataną. Kiedyś też się początkowo wkurzałaś, ale ci przeszło. Teraz też tak będzie. Chwila czasu upłynie i moja przemiana będzie dla ciebie oczywista i naturalna -pogodnie tłumaczył.
-Zapewne… -krotko to skomentowałam, bo powiedział prawdę.
-A popatrz co jeszcze umiem! -zmienił temat.
W mgnieniu oka z rękojeści wyłoniła się koścista dłoń, ale forma nadal pozostawała bez zmian. Wystraszyłam się, bo wyglądało to przerażająco. Rozluźniłam dłoń i upuściłam katanę. Sama delikatnie uskoczyłam. Lecz równocześnie przypomniałam sobie, że to nie jest zwykła rzecz, przecież to on jest w tej broni! A ja jego odrzuciłam w nagłym szoku!
-Szlag! -krzyknęłam próbując go jeszcze w powietrzu chwycić, ale było za późno. Przecięłam tylko pustą przestrzeń rękoma. Rozległ się odgłos uderzenia żelastwa o płytki. Ten huk rozbrzmiewał mi w głowie z potężnym echem. Zamilkłam i bezradnie rozluźniłam mięśnie. Zstąpiłam z nogi na nogę i oczekiwałam, ze Lucyfer pierwszy coś powie. Tak, nie lubię pierwsza robić kroku. Minęła dłuższa chwila, zaczęłam się niepokoić. Zero najmniejszego odzewu z jego strony. Czyżby to było kłamstwo, że nic nie odczuwa? Dość potężnie uderzyła ta katana. Podeszłam bliżej.
-Hej, powiedz coś -niewinnie powiedziałam przyglądając się w ostrzu. Nie otrzymałam odpowiedzi, a jego postaci nawet nie dostrzegałam. -Lucyfer, to nie jest śmieszne -jeszcze bardziej przybitym głosem mówiłam. Znowu to samo, nic. -Lucyfer! -krzyknęłam już kucając bardzo nisko przy ziemi. Drżącymi rękami wzięłam broń. Ponowna cisza. Zaczęłam mieć coraz gorsze myśli. To już mnie nie bawiło, nawet nie irytowało. Przestraszyłam się.
-Żartowałem -nagle moje odbicie przysłoniła jego ucieszona twarz. Tak beztrosko to powiedział. Miałam już delikatne świeczki w oczach, bo nie tylko myślałam, że coś zrobiłam, ale również chamsko sobie zażartował.
-A niech cię! -wstałam i z przytupem poszłam w stronę swojego pokoju.
-Widziałem ten uśmieszek, tak naprawdę teraz się śmiejesz i dlatego uciekasz -przybrał ludzką formę.
-Nigdy więcej tak nie rób -odwróciłam się i z dziwną ulgą odetchnęłam.
-Nie obiecuję -z sarkastycznym przeciągnięciem liter odparł.



______________________________________________
Kolejny. Powoli wracam do formy. Pisanie idzie mi nawet przyjemniej niż kiedyś, ale obawiam się, że chyba bardziej przynudzam. Postaram się bardziej rozwijać akcje, a nie zapychać tylko niepotrzebnie wszystko. Przepraszam z góry na błędy, wiem, że są, ale ciężko mi je samej wyłapał, choć mam nadzieję, ze nie przeszkadzają one w czytaniu. Dziękuję za wcześniejsze komentarze, milej się robi dzięki nim! Pozdrawiam, Law! < 3

piątek, 25 lipca 2014

Rodział XXX "Mistrz Broni?"

Następnego dnia…
          Przez zamknięte powieki przedzierały się już promienie wschodzącego, porannego słońca. Tuż obok mojego ucha rozbrzmiewał alarm w telefonie. Coraz głośniej i głośniej. Jeszcze otępiała z ledwo otwartymi oczami, na ślepo klikałam palcami po ekranie. Gdybym poprzedniego smartfona nie… Gdyby się nie zepsuł to miałabym problem z wyciszeniem budzika z głowy, bo w tamtym wystarczyło tylko obrócić telefon ekranem do dołu. Wreszcie udało mi się wyłączyć alarm. Pięknie wymacałam całą szybkę. Wyciągnęłam obie ręce spod kołdry do góry. Z delikatnym ziewnięciem się przeciągnęłam. Kości jak zwykle strzelały. Raz, dwa, zerwałam się z łóżka. Krótko spałam. I nie tylko ja. Wczorajsze rozmowy były bardzo wyczerpujące, ale na pewno nie złe. Ciekawe, co Lucyfer sobie myślał. Zastanawiając się nad tym ogarnęłam po części swój ubiór i fryzurę. Zza zamknięte drzwi do pokoju przedostawały się zrównoważone dźwięki. Jakby ktoś, coś robił w kuchni. Poza tym jeszcze czułam w powietrzu przyjemny zapach. Wzięłam do ręki plan lekcji. Do szkoły miałam jeszcze chwilę, dużą chwilę. Zdążę spokojnie wypić kawusię i przeglądnąć internety. Wyszłam z czterech ścian i instynktownie powędrowałam cichutko do kuchni. Unoszący się aromat intrygował. Przy kuchence, tyłem do mnie stał Lucyfer. Już przebrany, w wyprasowanej koszuli w kratę, prostych, ciemnych spodniach i… Uroczych, wielkich, puchatych, niebieskich kapciach z uszami. Ten widok wywarł na mojej bladej i jeszcze zaspanej twarzy uśmiech. Tylko po co on tak wcześnie się fatyguje? Spania nie ma?
-Dzień dobry, wyspana? -z myśli wyrwał mnie tylko spokojny ton głosu.  I jeszcze dodatkowo pierwszy się przywitał.
-D-dzień doby. -zdezorientowana odpowiedziałam, jąkając się. -Powiedzmy, że tak. -dodałam cicho.
-Zaraz upieką się tosty, a na razie napijmy się kawy. -wesoło oznajmił, trzymając w rękach dwa różne kubki.
Usiedliśmy przy stole po przeciwnych stronach prostokątnego blatu.  Postawił przede mną mój ulubiony kubeczek w kotki. Gorąca para tego cudownego napoju zachwycała mnie aromatem. Juź wiedziałam, że będzie równie wyśmienicie smakować.
-Dziękuję. -grzecznie powiedziałam za zadowoleniem na twarzy. Podniosłam ostrożnie naczynie do ust i powoli upiłam na początek samą piankę. -Przepyszna! -wyrwało mi się donośnym głosem. -Znaczy… -zrobiło mi się głupio, bo tak się ekscytuję.
-Cieszę się, że ci posmakowała. Obawiałem się, że nie będzie dobra, bo nie wiem dokładnie jak ją przygotowujesz i jaką kawę parzysz. -zaśmiał się.
-Ja? Ja jej osobiście nie robię. Często kupuję na szybko gotową lub po prostu wysługuję się ekspresem. -odpowiedziałam, spoglądając na pomocne urządzenie dla leniwych.
-Trzeba to zmienić. O, tosty gotowe. -wstał i w ogromnych, ochronnych rękawicach kuchennych podszedł do piekarnika, który był na poziomie jest klatki piersiowej.
Tak spojrzałam na kawę w przyjemnych, beżowym kolorze, potem na niego, na śniadanie, które zrobił i wykładał na białe talerze i uświadomiłam sobie, że wszystko robi sam. Nie używa ekspresu, nie brudzi tostera, bo zapiekł chleb z dodatkami w piekarniku, który jest czasochłonny. Ostatnio umył naczynia w zlewie. Czyli jest pracowity i ceni sobie własną pracę. I nie mogę pominąć tego, że przygotowuje też dla mnie posiłki. Mam za dobrze, zdecydowanie. Nim się obejrzałam, miałam pod nosem kwadratowy talerz z dwoma apetycznie wyglądającymi tostami. Wyglądały jak te z kolorowych pisemek, a nawet lepiej!
-Nie dziękuj dopóki nie spróbujesz. -miło się uśmiechnął również siadając i kosztując swoje dzieło.
W mgnieniu oka po jednym kęsie pochłonęłam swoje śniadanie. Smakowało idealnie. Dawno takich dobrych kanapek nie jadłam. Nawet tato nie potrafił bez przypalenia chleba takich tostów zrobić.
-Ale jestem rozpieszczana, nie mogę się przyzwyczajać. -stwierdziłam głośno dziękując za posiłek i dobry początek dnia.
-Cała przyjemność po mojej stronie. Mam duży dług u ciebie równeż. - dziwnym, zamyślonym głosem odparł.
-Bardziej na u ciebie! -szybko odkrzyknęłam wstając od stołu. Zebrałam naczynia. -Ja pozmywam. -dodałam.
-Pozmywasz? -z sarkastycznym grymasem na twarzy powtórzył z zapytaniem.
-Oj, cii! -jak dziecko pisnęłam nieśmiało podchodząc do zmywarki.
-Wiesz, wczoraj do późnej godziny przy tych rozmowach czułem się jak na porządnym przesłuchaniu. -powiedział spoglądając na okno.
-Przepraszam, przesadzili trochę z tymi swoimi uprzedzeniami. Zachowali się tak, bo chcieli zachować ostrożność. Dla nich to też nowa sytuacja. Szok dosłownie. -jakby ze skruchą odpowiedziałam.
-Nie, nie o to mi chodzi! To był dowód na to, że masz wspaniałych przyjaciół, którzy bardzo się o ciebie martwią. To cudowne. Mam gwarancję, że nic ci się przy nich nie stanie, bo na to nie pozwolą. To właśnie magia przyjaźni. A wasze więzi są wyjątkowe. -tłumaczył spokojnie.
-Wyjątkowe i to na różne sposoby. W naszym przypadku można to interpretować na kilka sposobów. -zamknęłam zmywarkę i ustawiłam program. -Idę się zbierać, czas goni, a szkoła czeka. Szczerze, to nie chcę do niej iść. A właśnie… -przystałam tuż przy wyjściu od kuchni i odwróciłam się w jego stronę. -Lucyfer, a co z tobą będzie? Masz jakieś lekcje, tato coś ci załatwił? -zapytałam z zaciekawieniem, bo to była dość tajemnicza sprawa.
-Powiedziałaś do mnie chyba pierwszy raz po imieniu. -uśmiechnął się. -Tak naprawdę, to szkołę już dawno skończyłem. -odpowiedział spontanicznie jakby to było dość oczywiste.
Zdziwiłam się. Porzuciłam na moment chęć zbierania się do szkoły. Popatrzyłam na niego z lekkim niedowierzaniem. -To… mogę wiedzieć, ile masz lat? -prosto z mostu wypaliłam będąc z zakłopotaniu.. Wyglądał na co najmniej w moim wieku. Widocznie się myliłam.
-Wydaje mi się, że będę kończył 18 lat, a naukę miałem dość wcześnie wpajaną. Poza tym, uczyłem się wszystkiego na poziomach rozszerzonych. Umiem wszystko i jeszcze ponad program. -poprawił granatowe pasemka na kruczoczarnych włosach.
Wryło mnie. Zamrugałam kilka razy. No tak, przecież mało jeszcze o nim wiem i o jego przeszłości. Nadal jest dla mnie chodzącą zagadką. Może i niepotrzebnie pytałam. Teraz czuję się speszona. -Aha… -krótko wymamrotałam w szoku. -To ja lepiej już pójdę. -W wymuszonym uśmiechem ratującym sytuację poszłam do łazienki.
-Ale i tak będę z wami uczęszczał do szkoły, lecz na inne zajęcia. Przed nami dużo pracy! -usłyszałam jego głos jeszcze zanim odkręciłam wodę w kranie.
-T-tak… -szepnęłam sama do siebie, patrząc w wielkie wiszące lustro na ścianie.
          W niecałe 20 minut doprowadziłam się do stanu przyzwoitości. Zebraliśmy się w naszą małą ekipę. Wszyscy razem, w radosnym gronie jak gdyby nigdy nic poszliśmy przesiedzieć kilka godzin w dość specyficznej, jak już się przekonaliśmy, szkole.
          Po 7 godzinach dość powiem, że przyjemnych zajęć dostałam sms’a od taty z prośbą, bym po lekcjach poszła do gabinetu dyrektora. Nie, tym razem nic się nie wydarzyło, na pewno. Pomijam fakt, że uczniowie traktowali mnie jak osobnika z jakimś oznaczeniem “Uważać, gryzie”. Te ich spojrzenia przepełnione jakby nieufnością, złością, pogardą. Gesty, zachowanie z dystansem. Pomrukiwania w moją stronę. Naprawdę, nieswojo się tu czuję, jakby nie powinna tu być. Wiem, że teoretycznie jestem “inna”, ale… Nie chcę i będę się starać udowodnić wszystkim, że się mylą. Z takimi myślami kłębiącymi się w mojej główce, znalazłam się pod znanymi mi już drzwiami. Zapukałam trzy-krotnie kostkami palców i po komendzie “proszę” weszłam niepewnie do środka.
-Dzień do… -przerwałam, gdy mój wzrok zatrzymał się na równej mi wzrostem postaci w charakterystycznym mundurku i blond kucykach. -Znowu ty?! -krzyknęłam już z wyraźną irytacją w głosie, a moje spokojne nastawienie trafił szlag przez jej obecność.
-Nie martw się, też za tobą nie przepadam. -arogancko poprawiła dziecinną fryzurę.
-Hej, spokojnie dziewczynki. Wiem, dorastanie, rywalizacje i takie tam, ale jak będziecie dla siebie trochę milsze i bardziej tolerancyjne to ułatwi nam to całą sprawę. -błaznowaty zjadacz słodyczy, Break, powiedział machając nam przed twarzami ogromnym lizakiem.
-Tato, co tu jest znowu grane? -zapytałam błagającym głosem, bo nie wróżyłam nic dobrego sobie.
-Najpierw owa panienka i jej partner powinni coś zrobić. -z wyraźnym zniecierpliwieniem zasugerował dyrektor siadając dość nietypowo na fotelu przy biurku. Nietypowo, bo nogi z pięknie wypastowanymi lakierkami wystawił na górę papierzysk.
Do zarozumiałej mojej niedoszłej egzekutorki podszedł wysoki, szczupły chłopak. Ubrany był w czerwone, materiałowe, węższe spodnie, na górze miał zapiętą na białe guziki czarną bluzę ze żółtymi, skórzanymi wstawkami na rękawach. Spod nietypowych biało-czerwonych  dłuższych włosów wyłaniała się delikatnie opalona twarz. Grzywka opadała na lewe oko, a drugie w szkarłatnym kolorze było odsłonięte, bo najwyraźniej bujną czuprynę w tej stronie trzymała nietypowa opaska z różnymi naszywkami.
-Przepraszam za to, że moją pochopną decyzją naraziłam się na niebezpieczeństwo. -przedłużającym się, leniwym tonem wydukała po czym ponagliła swojego partnera, by ten też coś dodał.
-I ja też, ale nie odpowiadam za decyzje ten idiotki. -ten sam głos słyszałam, gdy wydawało mi się, że wydobywał się wówczas wieczorem z tej czarno-czerwonej kosy. Chłopak wzruszył ramionami, gdy tamta zaczęła mi zwracać uwagę odnośnie jego dopowiedzenia. Widać, że się idealnie dogadują. I to są niby partnerzy? Chociaż nie powinnam ich teraz oceniać i lekceważyć, kto wie co oni robią. Po chwili chłopak dostał soczystego, prawego sierpowego z książki od blondynki. Echo uderzenia aż wyrwało mnie z przemyśleń. Krzepę to też ona ma.
-Opanuj się! I dlaczego zawsze obrywam z tej grubej encyklopedii?! - czerwonooki krzyknął w gniewie oddalając się profilaktycznie od bokserki.
-To głupio nie dogaduj, nieuku! Może ci dzięki niej coś do tego łba wbiję! -dziewczyna miała zamiar znów się zamachnąć, lecz jej ramię zatrzymał w górze Break.
-Nauka nie świadczy o człowieku, kujonko. -fioletowo włosy sarkastycznie i z fałszywym uśmieszkiem powoli powiedział.
Blondynka prychnęła pod nosem po czym opuściła gardę. Odchrząknęła i wystawiła ku mnie prawą rękę, która również była odziana w białą rękawiczkę, taką, jaką wszyscy tu nosili.
-Nie przedstawiłam się. Nazywam się Maka Albarn, a ten kołek z tyłu to Soul Evans. Nie oczekuj ode mnie przyjacielskiego nastawienia, ale mam nadzieję, że nie będziemy sobie uprzykrzać współpracy. Dla mnie byłaś i będziesz plugawym demonem. -to ostatnie zdanie wypowiedziała ze szczególnym akcentem.
-Izabela Lawrence… -wydukałam jeszcze zdziwiona i spontanicznie wystawiłam również prawdą rękę, by uścisnąć jej dłoń na znak zapoznania się.
Nagle ona chciwie chwyciła moją sztuczną dłoń i jednym ruchem zdarła moją jedwabną rękawiczkę, którą nosiłam by ukryć stal. Popatrzyłam zdezorientowana na nią. Dostrzegłam na jej twarzy dziwne zaskoczenie.
-A więc to nie bajki. Nie dość, że demon w ludzkiej skórze to jeszcze ręka jak u cyborga. -w jej zielonych oczach odbijała się moja proteza.
-I masz do tego jakiś problem? -zdenerwowana jej zachowaniem zapytałam, wyrywając z jej dłoni moją własność.
-Ty naprawdę nie słuchasz, co się do ciebie mówi i robisz, co ci się żywnie podoba, Maka. -tato skierował do niej suche słowa, przyglądając się całej sytuacji z boku.
-Myślałam, że kit mi wciskacie. Nie było widać, by miała protezę! -odwróciła się w stronę obecnych.
-To ty chyba masz sztuczny mózg. -wyrwało mi się. -Poza tym, o jakiej ona współpracy wspomniała? - nadal. Z wyraźną irytacją w głosie zapytałam.
-Spokojnie, to rób takiej groźnej miny. To nic takiego. -Break podejrzanie się odezwał.
-Twoja odpowiedź jeszcze bardziej zwiększyła moje złe przypuszczenia. -niepewnie oznajmiłam.
-Maka, Soul i jeszcze kilka osób należą do Szkolnych Mistrzów Broni. Są oddziałem chroniącym uczniów naszej placówki. Mają za zadnie utrzymywać porządek i eliminować niebezpieczeństwa jakimi są demony. W ostatnim czasie ich ilość niepokojąco wzrosła. Demony jak już wiesz, polują na alchemików. -dyrektor popijając jakiś napój z porcelanowej filiżanki, bez entuzjazmu zabrał głos.
-Czyli to, że mnie zaatakowała było jej obowiązkiem? Kazaliście jej mnie zabić?! -Z niedowierzaniem pochopnie wyciągnęłam wnioski.
-Ciebie się nie da tak łatwo, nawet gdyby się chciało. -Break z rozbrajającym mnie zawiedzionym głosem wtrącił.
-Proszę?! -odkrzyknęłam, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami.
-Break! -tato przerwał tę dziwną rozmowę. -Właśnie w tym problem, że nim zdecydowaliśmy zainterweniować w twojej sprawie i wtajemniczyć Mistrzów Broni w tym ją, czyli ich szefową, ona już podjęła swoją decyzję i w prawdzie chciała dopełnić swoje obowiązki. Stąd to nieporozumienie. -wytłumaczył ze stoickim spokojem ojciec.
-Dalej, proszę. Co ja mam do tego? Mam jej towarzyszyć, gdy będzie latała po okolicy i zabijała potwory? -zapytałam z naiwną nadzieją w głowie, że się mylę. -Te obleśne, wielkie, cuchnące kreatury… -mruknęłam z obrzydzeniem na samą myśl.
-Trupy ci w poprzednim zawodzie nie przeszkadzały. -krótko skomentował moje ciche szepty tato.
-Prawie dobrze! Nie tyle co towarzyszyć, a  też walczyć z pomocą swojej świętej broni, Lucyfera. -Pajac ironicznie zaklaskał w rękawy.
-Chyba sobie żarty stroicie! Nigdy, nie, nie chcę! -zaprotestowałam powoli wycofując się do tyłu.
-Iza, nie masz wyjścia. Twoja pomoc jest tu niezbędna. Lucyfer to święta bron, mająca ogromną moc, a twoje umiejętności tworzą z was potężny duet. Poza tym, podniesie to twoją reputację wśród uczniów, bo zmniejszą się ich podejrzenia o twoją osobę. Gdy będziesz walczyć z demonami, wyda im się to absurdalne, by demon wykańczał swoich towarzyszy. Idealne alibi. -dyrektor z zadowoleniem w głosie zadecydował za mnie.
-Właśnie zostałam dobitnie nazwana demonem… -cicho i z uśmieszkiem szepnęłam pod nosem.
-Prościej mówiąc, jesteś pod naszymi rozkazami. Zostajesz Mistrzem Broni. I musisz się z Maką jakoś dogadać. -tato stanowczo powiedział.
-Nie martw się, też mi to nie na rękę. -Maka bezradnie pokręciła głową.
-Zachowaj te komentarze dla siebie! -Wydałam z siebie znów piskliwy głos.
-Pomijając to… Jeszcze musisz się wiele dowiedzieć. O sobie, innych, o samym Lucyferze. -Tato cicho szepnął mi do ucha.
-A miało być bez tajemnic, tak? -ironicznie i zrezygnowanie zadałam retoryczne pytanie.


________________________
Nowość! Napisałam! Cieszmy się! Mam nadzieję, że nie wyszłam z wprawy aż tak. Jak zwykle, wybaczcie błędy. Pozdrawiam, Law! < 3

Coś ode mnie...

Ktoś tu jeszcze o mnie pamięta? Postanowiłam co nieco tutaj publikować. Wracam do pisania. Zaznaczam z góry, że nie będę publikować 100% systematycznie. Jak napiszę, tak będzie. Jednak zawsze coś, prawda? C : Rok minął, a tyle się działo... Na szczęście jest o wiele lepiej. Nowe pomysły, nowe plany, ale jak będzie z realizacją? Zobaczymy! A już za chwilę nowy rozdział. Miłego czytania!
Polecam sobie odświeżyć pamięć, bo kontynuuje nadal moje opowiadanie. I... Pozdrawiam, Law! (Sentyment do tego!)

sobota, 14 września 2013

Zawieszam

Bez zbędnych wyjaśnień, które już tyle razy pisałam poprzednio. Zawieszam bloga na czas nieokreślony. I tak z tym zwlekałam dość długo. Dziękuję tym osobom, które zaglądały tutaj i czytały moje wypociny. Z góry uprzedzam, że możliwe jest zamknięcie tego bloga na dobre. Nie, nie usunę go, jedynie ustawię na prywatny. Szkoda mi by było bezpowrotnie usunąć wszystkie posty, rozdziały, bo to jakaś moja pamiątka jest. Tak więc, jeszcze raz dziękuję i przepraszam. Pozrawiam, Lawliet.

piątek, 9 sierpnia 2013

Znowu.

Tak, znowu. Nie pojawi się dzisiaj rozdział. Nie napisałam go, nadal miałam codziennie latanie po lekarzach. Poza tym, mój laptop jak i telefon odmówili posłuszeństwa i cały ten okres od poprzedniego posta odpoczywali pod okiem "specjalistów". Z resztą, w taki upał nie miałam siły cokolwiek już wieczorami pisać. Pomysłów również brak. Dla świętego spokoju i własnego odpoczynku, rozdział pojawi się wraz z nowym rokiem szkolnym. Do tego czasu na pewno przemyślę dalsze losy bohaterów. Wybaczcie mi. Pozdrawiam i życzę udanej już w sumie resztki wakacji. C:

czwartek, 25 lipca 2013

Odnośnie jutra.

Chciałam zawiadomić zainteresowanych czytelników mojego bloga, że jutro nie opublikuje dalszych losów bohaterów. Przez ostatni tydzień miałam ciągłe wizyty u lekarza, a w tym nieoczekiwanie nastąpiła zmiana moich planów. Przepraszam za zwłokę, na dniach wszystko nadrobię! Pozdrawiam.

sobota, 13 lipca 2013

Rozdział XXIX "To jest niegroźne".


Tego samego dnia, późnym popołudniem…
        Krzątałam się po mieszkaniu mimo mojego jeszcze niezbyt stabilnego stanu zdrowia. Zgodnie z zaleceniami powinnam jeszcze leżeć w łóżku z kilkunastoma opakowaniami leków na szafce obok. Osobiście, takie coś kojarzy mi się z pasami i najgorszymi torturami. W dodatku nie dam się leczyć ludziom, którzy wyglądają jak psychole z lewymi certyfikatami. Musiałabym naprawdę umierać, by się na to zgodzić, ale i wtedy bym się zastanawiała. Poza tym, tyle się dzisiaj dowiedziałam, że nie mogę usiąść na miejscu. Wcześniej nie pomyślałabym, że aż tak martwię się o swoją reputację i zdanie innych na mój temat. Aczkolwiek kto by się spodziewał, że cały ten czas nie byłam sama. Rozmyślając, poszłam do swojego pokoju i przymknęłam za sobą drzwi. Podeszłam do głównej mojej szafki z najpotrzebniejszymi rzeczami, czyli ze wszystkim i niczym. Otworzyłam ją i zaczęłam ręką przekładac różnorodne, kolorowe okładki zeszytów i notesów, które były poukładane zgodnie z kolejnością barw i wzrastającą wielkością. Pod stertami wypadających kartek, były inne drobiazgi. Wśród nich powinna być brzytwa…  Małe, przydatne narzędzie w plastikowym obudowaniu, w którym kryła się ostra żyletka. Przez tę bieganinę i ogólną ucieczkę to bydle mi swoimi okropnymi szponami, skróciło mi nierówno włosy. Chcąc czy nie chcąc muszę wyrównać te końcówki. Unikałam tego jak ognia mimo, że od dawna są bardzo zniszczone. –Powinno tu być. –Mruknęłam. Zawsze takie rzeczy ukrywałam pod pierdołami, by się w oczy nie rzucały. Z każdą minutą coraz bardziej nerwowo przesuwałam drobiazgi z miejsca na miejsce. Poszerzyłam swoje poszukiwania o kolejne szafki, szuflady, półki a nawet targałam spodniami po ziemi. Raczej w ubraniach noszę scyzoryki, a one do włosów się nie nadają. Najwyraźniej błąd z mojej strony, bo mam w zwyczaju właśnie rzucanie moich zabawek gdzie popadnie i potem tylko sama ich szukam. Ale muszę dorwać tę brzytwę. Nożyczkami będzie więcej roboty, poza tym przy nich potrzeba precyzji, a taka żyletka… Włosy w garść i z góry na dół przejechać pewnie, by ich nie wykruszyć a odciąć. Zirytowana, niedelikatnie zamknęłam szuflady używając do tego nóg. Ręką najeżyłam włosy na czubku głowy, rozglądając się po pokoju. Teraz nie dam sobie z tym spokoju.
-Czegoś szukasz? –Drzwi się uchyliły tuż po ledwo słyszalnym zapukaniu. Lucyfer zaniepokojony najwyraźniej moimi trzaskami kończyn o niewinne meble z lakierowanego na czarno drewna, zapytał.
Zaskoczona i zarazem przestraszona odwróciłam się do niego przodem. Odciągnęłam ręce od suchych włosów i odetchnęłam z ulgą, że to tylko on. Wyprostowałam się. –Szukam takiej jednej rzeczy, nic ważnego. –Słodkim głosem mówiłam dość optymistycznie o tym ostrym przedmiocie. –Nie zawracaj sobie głowy. Trochę ponarzekam i mi się znudzi. –Dodałam, naciągając tak mięście twarzy, by wyszedł niewinny uśmieszek.
-Czyżby to była ta oto niegroźna rzecz? –Powiedział sarkastycznie, podnosząc rękę do góry i machając dumnie czarnym, plastikowym obudowaniem.
Podniosłam oczy i skupiłam wzrok na jego bladej, kościstej dłoni i długich palcach, które precyzyjnie przekładały między sobą moją brzytwę dla zabawy. Nerwowo drgnęłam, próbując znaleźć jakąś odpowiedź na jego pytanie. Mocno się zmieszałam. Coraz bardziej tracę na wartości w jego oczach, zdaję sobie z tego sprawę. Ale przecież nic złego nie chciałam. –T-tak, ale skąd to masz? –Powiedziałam przełykając ślinę i spoglądając na niego podejrzliwie. Wyciągnęłam rękę, by dosięgnąć swojej rzeczy.
-Po co ci to? –Jego ton głosu wyraźnie spoważniał jakby podejrzewał mnie o najgorsze. Cofnął i opuścił rękę, ściskając brzytwę w pięści i schował ją za plecami. –To moja osobista rzecz i mam prawo ją posiadać i robić z nią co chcę. –Burknęłam jak to miałam w nawyku, gdy ktoś mi coś zabierał. Próbowałam ją odebrać, lecz on się ze mną najzwyczajniej drażnił, bo ciągle się odsuwał. Po kilku jego krokach, odpuściłam sobie zabawę. –Proszę, oddaj mi to. –Spokojnym głosem powiedziałam z opuszczoną głową. –Wziąłeś to bez pozwolenia.
-Owszem, ale po prostu nie lubię, gdy ktoś bliski wyrządza sobie sam krzywdę. –Ściszonym głosem oznajmił, przestając się wykręcać.
Coś mnie ruszyło. Przecież… No tak, mógł tak sobie ubzdurać, że chcę się pospolicie pociąć. Ale taka głupia nie jestem. Już. –Spokojnie, chcę sobie tylko doprowadzić włosy do porządku. Nic więcej. –Powiedziałam. –I nie lubię, gdy ktoś mnie o coś tak durnego podejrzewa. –Dodałam, by postawić sprawę jasno.
-Nie lepiej pójść do fryzjera? Nie boisz się ryzykować? Z tego co zauważyłem, dziewczyny bardzo boją się o swoje włosy. –Delikatnie się zdziwił i rozchmurzył.
-Szkoda mi jechać do miasta tylko po ty, by wyrównać końcówki. Skoro mam to co używa fryzjerka to czemu miałabym marnować czas i nerwy na tłumaczeniach mojej idei i próśb? –Na myśl nasunęła mi się jedna pani, której kiedyś przez około 30 minut wyjaśniałam co chcę, a ona i tak zrobiła po swojemu. Pamiętam, że po tej wizycie wyzbyłam się ładnych 15 centymetrów, naturalnych włosów.
-Dobra, może jestem przewrażliwiony. Wybacz. –Powiedział łagodnie i wręczył mi moją zabawkę.
Kiwnęłam głową na zgodę po czym odwróciłam się w stronę przedpokoju, by pójść do łazienki i przywrócić porządek na mojej mądrej głowie. –Ale nadal mnie gryzie, skąd wiedziałeś czego szukam? –Zapytałam przystając na moment.
On zaśmiał się dyskretnie i odetchnął jakby miał się powtórzyć. –Lubisz mówić sama do siebie.
Strzeliłam sobie pięknego placka w czoło, bo właśnie znowu wykazałam się tym swoim okropnym przyzwyczajeniem.  –Nie skomentuję już tego i błagam, oszczędź mi zdradzenia co jeszcze ciekawego słyszałeś. –Rzuciłam pod nosem, ponaglając siebie w myślach, tym razem kontrolując to.
        Gdy już przymierzałam się do pociągnięcia za srebrną klamkę od łazienki, w mieszkaniu rozległo się dosyć donośne i energiczne pukanie. Najwyraźniej ktoś bardzo zniecierpliwiony stał, bo drewniane drzwi aż trzeszczały od siły i intensywności uderzeń. Porzucając moje plany fryzjerskie, zawróciłam, by je otworzyć jakiemuś natarczywemu osobnikowi. –Ja otworzę! –Krzyknęłam w międzyczasie, by Lucyfer się nie fatygował ze swojego pokoju, w którym jeszcze o dziwo nie myszkowałam.
Obawiając się, że drzwi zaraz wylecą ze zawiasów, doskoczyłam już do progu wejściowego i płynnym ruchem je otworzyłam. Już byłam gotowa przywitać pewnym pytaniem niecierpliwca. Ledwo uniosłam głowę i rozchyliłam usta…
-Laaaw! –Firm przeszywającym głosem krzyknęła od razu po czym niezbyt uważnie wpakowała się do środka. Nie wiem czy celowo, ale niezgrabnie potknęła się o buty, które walały się pod drzwiami i w wielkim stylu wpadła na mnie, a jej wzmożony prędkością ciężar zwalił mnie z nóg. Najpierw oczywiście spadałam ja, a ona podążała za mną dobijając mnie jeszcze rękoma, którymi energicznie i odruchowo wymachiwała. Ze zgrzytem zębów boleśnie upadłam na środek przedpokoju, a zdezorientowana Firm po wbiciu w mój brzuch swoich łokci dopiero syknęła „Ała”. Po chwili podniosła się szybko po czym chwyciła moje glany, które tutaj były winowajczyniami.
-Ja tu sobie nerwy szargam, a ty mnie zabić chcesz! –Wymierzyła we mnie masywnym, wypastowanym butem.
Odgarnęłam włosy z twarzy i powoli odzyskiwałam równowagę. Kość ogonową już miałam załatwioną. –Jasne, nie chciałabym i nie opłacałoby mi się siedzieć za takiego geniusza. –Burknęłam masując obolałe plecy.
-Przynajmniej mam teraz pewność, że masz się dobrze. Albo po prostu nie potrzebujesz siły do wrednych komentarzy. –Powiedziała z uśmiechem odkładają buty na miejsce. –W sumie, złego diabli nie biorą. –Dodała, by choć trochę się odgryźć.
-Też prawda i widocznie dlatego ja zamortyzowałam upadek. –Nie mogłam się powstrzymać. Poprawiając włosy zauważyłam, że moje profesjonalne narzędzie uwolniło się z pięści. Znowu to samo. Przetrząsnęłam luźną koszulkę, by sprawdzić czy w locie gdzieś się tu nie zaczepiło. Jednak nie. Rozglądnęłam się po dywanie i jasnych panelach wokół mnie. Nigdzie go nie widzę, jedynie przyuważyłam okruszki po swoich ciastkach.
-Co jest?! –Usłyszałam krzyk Nate’a za sobą.
Odwróciłam się i na klatce stała reszta ekipy ze wstrzymanym oddechem. Nie powitałam ich wcześniej, bo Firm mi przysłoniła cały widok. Dziwiło mnie czemu tak nagle zamarli. Śledząc postury każdego z nich, dotarłam do Nate’a, który siedział a raczej kucał pod ścianą z wystraszoną miną i przyśpieszonym tempem oddychał. Na początku sama się zlękłam, lecz po chwili zapoznałam się z sytuacją i rozwiązałam dwie obecne zagadki. Nie rozumiem w jaki sposób, ale żyletka normalnie wbiła się w małą skrzynkę, na której zazwyczaj leżały niepotrzebne ulotki. Gdyby Nate stał, byłaby ona na wysokości jego czupryny. Stąd teraz ze świeczkami w oczach dygocze, a towarzystwo zamilkło. I znalazłam swoją zgubę, lecz teraz boję się jej naprawdę dotykać.
 -Wiem, że obiecałaś, iż nie zrobisz głównie sobie krzywdy, ale myślałem, że innym też oszczędzisz. –Lucyfer przerwał naszą ciszę i żartobliwie skomentował to zamieszanie.
Każdy z nich obrócił oczy ku niemu i ich mina już spoważniała. Przyglądali mu się z jakby nieufnością.
-A więc to on… -Firm również wyzbyła się uśmiechu z twarzy. 



____________________________________________
Kolejny za nami. Ale ten czas szybko leci. Już drugi tydzień wakacji przeciekł mi przez palce. Dosłownie. A co w tym czasie zrobiłam? Absolutnie nic. A u Wam jak mija czas wolny? Ja muszę się naprawdę ogarnąć, bo nawet rozdziały idą mi jak krew z nosa. Wybaczcie wszelkie błędy i literówki. Tyle ile zdołałam wyłapać to poprawiłam. Mam nadzieję, że nie zanudziłam. Dzięki za przeczytanie i pozdrawiam, Law! ; )