piątek, 30 listopada 2012

Rozdział XIII | Reaktywacja.

Na wstępie polecam przypomnieć sobie poprzedni rozdział.


        Pierwsza myśl: "Epicko". Trzy górne półki obładowane zeszytami różnej maści, każdy był starannie oprawiony oraz wyróżniony innym kolorem. Środek szafy, a zarazem jej najszerszą część opanowała masa wieszaków z zawieszonymi kompletami ubrań w określonych kolorach. Na samym dole leżały przybory szkolne. Kredki, kolorowe długopisy, ołówki i tym podobne. Z ciekawości ściągnęłam jedno ubranie z metalowej belki. Przy guziku na rękawie od eleganckiej czarno-czerwonej marynarki wisiała skromna karteczka. Swoją wielkością przykuła moją uwagę. Otworzyłam ją i przeczytałam następujący napis wydrukowany ozdobną czcionką: "Mundurek". Lekko nie dowierzałam, a po chwili się zirytowałam. Zaciekawiona całościowym wyglądem owego mundurka, powoli zaczęłam rozpinać srebrne guziki. Pod marynarką z logiem szkoły, w kształcie jakby krzyża, duszonego przez węża czy inne stworzenie z koroną nad głową, kryła się czarna koszula bez najmniejszego zagniecenia. Najbardziej rozczarowała mnie dolna część. Nie długa, czarno-czerwona spódniczka w kratę przypominała mi idealnie szkoły w tanich filmach. Czarne trampki za kostkę uzupełniały całość, nie zaburzając kolorystyki. Na odwrocie ściskanej prze ze mnie karteczki był drobny druczek z trzema wykrzyknikami: "Obowiązkowy!!!". Koszule lubię, do marynarek nic nie mam, ale spódnica...no proszę, mogli ją zastąpić rurkami. Od razu bym chętniej się w nim reprezentowała. Ciężką ręką odwiesiłam wieszaczek. Zamknęłam szafę. Nabrałam nagłej ochoty, by wyjść przed blok, a dokładniej na ogród tuż przy fontannie pooddychać świeżym powietrzem, porzucając na moment wszystko. Kątem okna popatrzyłam w stronę odsuniętego okna. Szybko wyciągnęłam z walizki pierwszą, lepszą bluzę i ruszyłam pod drzwi. Na paluszkach stąpałam po klatce schodowej, by nie zdradzić swojego małego wyjścia. Pociągając już za klamkę od drzwi wejściowych, odetchnęłam z ulgą. Pewnym krokiem wyszłam na zewnątrz. Skręciłam w lewo. Zastanawiałam się czy iść normalnie jak człowiek chodnikiem czy może przejść jak dzikus przez krzaki. Chodnik byłby ryzykowny, więc zaciągnęłam kaptur na głowę. Odchylałam rękoma upierdliwe gałęzie krzewów, które zaczepiały o materiał bluzy. Delikatnie się zdziwiłam. Ten okropny żywopłot krył za sobą, piękny, mały ogródek z czerwonymi różami. Widać było, że ktoś serce przykłada w pielęgnowanie ich. Nie chcąc niszczyć czyjejś ciężkiej pracy, a może nawet pasji, uważnie stawiałam kroki na dróżkę z kamieni. Róże wyglądały cudownie. Miały pięknie rozwinięte płatki, łodyżki skromne, a liście świeżego, zielonego koloru. Nieziemsko się reprezentowały w tak dziwnym miejscu. Ciągle obserwując kwiaty, w końcu przeszłam przez krzaki. Wyszłam akurat przez fontannę mieniącą się kolorami. Oczywiście bez rzucenia wzrokiem w około, bym nie przeżyła. Było wyjątkowo pusto. Garsta rodziców siedzących na drewnianych ławkach, przyglądających się swoim pociechom, które beztrosko chlapały się rozsądnie wodą. Podeszłam do marmurowego brzegu fontanny. Przetarłam powoli dłonią jej powierzchnię i podskakując, usiadłam na niej. Nachyliłam się nad krystalicznie czystą wodą. Na dnie dostrzegłam sporo monet o różnych nominałach. Jej nienaruszoną powierzchnię naruszyłam, zanurzając delikatnie opuszki lewej ręki. Woda była przyjemnie chłodna. Jakby... Nagle mnie odrzuciło w głowie. Moje źrenice znacznie się pomniejszyły. Obraz się rozmazał, nie wiedziałam co się dzieje...
    Myśli zaczęły odtwarzać jakieś urywki niby filmów. Wszystko było jak przez mgłę. Błękitne niebo z wysoko zawieszonym słoneczkiem. To miejsce, ta fontanna, mnóstwo ludzi. Jedna dziewczyna, ubrana na czarno z długimi blond włosami, wyróżniała się z tłumu. Stała w tym samym miejscu gdzie ja teraz. Tuż za nią znajdowała się wysoka, szczupła kobieta w blond lokach. Po chwili stanęła się boku małej. Zaczęła szepczec jej coś do ucha. Obie się uśmiechały. Kobieta zniżając się do poziomu córki, wręczyła jej srebrną monetę. Blondyneczka z ogromną radością w błękitnawych oczkach ścisnęła podarunek w piąstce. Uniosła głowę do góry, czekając jakby na dalszą wypowiedź mamy. 
-A teraz kochanie, pomyśl życzenie w rzuć monetę do wody. - Łagodnym głosem powiedziała kobieta. 
Mała odwróciła się od fontanny i przymknęła oczy, przykładając do ust piąstkę. 
-Chce tu jeszcze kiedyś wrócić! - Wyprostowała ręce w stawie łokciowym i zwolniła pieniądz z ucisku. 
     Usłyszałam plusk wody. Gwałtownie się zerwałam. Ten plusk wywołały dzieci po przeciwnej mi stronie. Serce biło mi jak oszalałe. Patrzyły na mnie jakby z troską w oczach. Chwiejąc się, wstałam i małymi kroczkami wracałam do domu. Przyłożyłam zimną protezę do czoła. Nie mogłam mrugnąć. Oczy pozostawały szeroko otwarte, wlepione w szary chodnik. Do tego dołączyły drgawki. Chłód bijący z otoczenia, oziębił moje ciało. Czułam się jakbym lunatykowała. Z trudem otworzyłam drzwi od mieszkania. Nie miałam już sił na dalszą wycieczkę do pokoju. Oparłam się o kawowe panele w przedpokoju i delikatnie plecami się obijając, zaczęłam kucać. Ból głowy był okropny. Podciągnęłam kolana pod brodę i zwinęłam się w kulkę. Ciężkie powieki same przykryły zmęczone oczy. Zapadłam w nieoczekiwany głęboki sen.
    Delikatny budzik...a po chwili mocny bas. Idealny kawałek na ranek: "Let The Bodies Hit The Floor". Przewróciłam się na prawy bok. Lewą ręką szukałam brzęczącego telefonu. Po kilku nieudanych trafieniach, zaczęłam coraz bardziej agresywnie miotać ręką...nadal pudła. Zazgrzytałam zębami i ułożyłam się jak do pompek. Okropny nieład na głowie i kosmyki włosów kujące w zaspane oczy, uniemożliwiały mi rozglądnięcie się. Ociężale ściągnęłam nogi z łóżka i powoli, garbiąc się wstałam. Rzuciłam wzrokiem na lewo, tam gdzie znajdował się mały, szklany stolik. To właśnie na nim, oparty o szklankę stał telefon. Chwyciłam go i nerwowo naciskałam cokolwiek, by uciszyć dzwonek. Osiągnąwszy swój cel, rzuciłam nim na łóżko. Napiłam się wody ze szklanki. Skrzywiłam się - była z cytryną. Przynajmniej mnie rozbudziła. Nagle usłyszałam dziwny krótki, lecz donośny dźwięk. Gwałtownie się obróciłam z bladą twarzą. Nie ukrywam - strach mnie obleciał. Otworzyłam przymknięte drzwi i pobiegłam do kuchni - prawdopodobnie stamtąd dochodził dźwięk. Uważnie się rozglądnęłam. Moją uwagę przykuł niesamowity zapach. Skąd? Przyuważyłam, że na szafce z czegoś wydostawała się delikatna para. Podeszłam do blatu. Ta para była od zagotowanej wody w czajniku. Tuż obok niego stał mój ulubiony kubek z kotkiem i w środku nasypaną kawą rozpuszczalną. Nawet łyżeczka była taka jak trzeba. Oprzytomniałam. Jakim cudem?! To wszystko? Prawdę mówiąc nie wiedziałam co się dzieje. Z zamyślenia oparłam głowę o chłodną szafkę. Poczułam dziwne ciepło w lewą rękę. Ciepło szybko zamieniło się w okropne gorąc. Odruchowo zabrałam rękę i się odwróciłam. Podmuchałam ją. Przyłożyłam dłoń do gorącego tostera z dwiema zapieczonymi kanapkami z serem i szynką. Kiedy?! Jak, kto?! Takie tylko myśli krążyły mi po głowie. Zrobiło się cicho. Zachodziłam w głowę, co się tu wyprawia? Raczej niemożliwym jest bym wektorami kierowała podświadomie lub nawet we śnie. Bałam się jak nigdy. Niby wyczuwałam czyjąś obecność, ale od wczoraj tłumaczyłam to sobie, że to tylko moje wektory. Ponownie przyłożyłam czoło do szafki nad nagrzanym i buchającym ciepłem tosterem. Westchnęłam, zamykając oczy. Chciałam na moment o wszystkim zapomnieć.Usłyszałam nagły trzask drzwi, któremu wtórował donośny krzyk. 
-Gotowa?! - Zakrzyknęła Firm przekraczając próg kuchni. 
Nastraszyłam się przez co z hukiem uderzyłam o wyżej powieszoną szafkę z zawieszonymi sztućcami. Większość z nich pospadała, zrywając się z haczyków. 
-Aaa tsts... - Wymamrotałam przez zęby, głaszcząc się pod głowie. 
-Gdybym wiedziała, że masz takiego stracha, zapukałabym... - Pół śmiechem powiedziała Firm rozglądając się. - Strasznie jesteś blada...i od kiedy robisz sobie śniadania? -Cicho dodała. 



------------------------
Szok, napisałam. Zapewne nudne jak flaki z olejem, zdaje sobie z tego sprawę. Na wstępie mówię, nie obiecuję, że rozdziały będą równo co tydzień, mogą być nawet co dwa. Mam coraz mniej czasu na wszystko. Przepraszam za błędy. Dzięki za przeczytanie, pozdrawiam, Law. :))

niedziela, 11 listopada 2012

Z innej beczki. | Liebster Awards.

    Tak oto mój blog - aktualnie zawieszony, został nominowany przez właścicielkę bloga rebyouanime.blogspot.com do Liebster Awards. Oczywiście dziękuje jej za nominację i docenienie moich wypocin. :)

    Tak naprawdę dopiero od 30 minut wiem co to jest. Tak więc pozwolę sobie użyczyć czyjejś pracy i wkleję opis o co dokładnie chodzi:

"Zasady: Nominacja do Liebster Awards jest otrzymywana od innego bloga w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody, należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował! Oczywiście piszesz wszystko na swoim blogu, jak ja, a link
podajesz tutaj w komentarzu."

                                                      Autor tekstu: Aoi-chan. 
Jak wyżej przeczytaliście, nie mogę nominować osoby, która nominowała mnie - co jest moim zdaniem trochę niesprawiedliwe, bo chciałabym się jakoś odwdzięczyć. Po drugie muszę odpowiedzieć na zadane mi pytania - można się czegoś ciekawego dowiedzieć. ;) Po trzecie, ja również muszę zadać pytania tym, których nominuję. Zasady jak najbardziej proste i zrozumiałe. 

Nie przedłużając - podaję listę blogów, które nominuję i przy okazji polecam. :) 

http://kawaii-recenzje.blogspot.com/ - Blog, na którym znajdziecie bardzo ciekawie napisane recenzje przez Aoi-chan. Osobiście polecam tym, którzy mają dylemat co do wyboru anime, albo wahają się przed jakąś serią. 

http://the-night-hunters.blogspot.com/ - Opowiadanie które niesamowicie wciąga i po przeczytaniu ciągle czuję się niedosyt i z niecierpliwością czeka się na kontunuację. -Akutalnie zawieszony-.
  
http://desunotolawsfordlife.blogspot.com/ - Piękne opowiadanie, które gorąco polecam. Rozdziały są długie i bardzo interesujące, poprzez doskonałe 'manipulowanie słowami' można odczuć lub nawet wyobrazic sobie sytuację oraz być jakby jej świadkiem. 


Delikatnie mi wstyd, ale to już koniec mojej listy. Te blogi naprawdę doceniam i dlatego je tu wpisałam. 

    Teraz czas odpowiedzieć na pytania:

 
1.Jaki masz kolor włosów?

   Trudno określić, często zmieniam, ale obecnie są granatowo-czarne.  
2.Jaki gatunek filmów lubisz?

   Rzadko oglądam takie normalnie filmy, wolę anime. Ale jeśli muszę koniecznie napisać to komedie.  
3.Ulubiony kolor?

   Czarny, niebieski i czerwony. Tak, muszą być trzy. ;D  
4.Yandere czy tsundere? XD

   O_O Raczej tsundere. ;D  
5.Hobby?

   Rysowanie.   
6.Czy chodzisz na kołka dodatkowe w szkole?

   Nie, brak czau oraz najmniejszych chęci.  
7.Uprawiasz jakiś sport?

   Regularnie nie, ale często gram w siartkówkę. ;)  
8.Ulubiona książka?

   Wstyd mi przyznać, ale rzadko czytam, więc owej nie mam.  
9.Jak wpadłaś(eś) na pomysł prowadzenia bloga?

   Koleżanka z klasy była inspiracją. Tak, Dzinks mówię o Tobie.  
10.Przeczytałeś całego Harrego Potter'a? (kreatywność działa)

     Nie, nie przepadam za tą serią książek jak i filmem.  
11.Jakie cechy cię w ludziach najbardziej denerwują?

     Bardzo rozwinięta ciekawość, interesowanie się nieswoimi sprawami oraz uważanie siebie za pępek świata.

 Teraz czas na moje pytania dla Was 
1. Co lubisz najbardziej robić
2. Co byś zlikwidowała w szkole, jakbyś miała taką możliwość?
3.  Jakie są Twoje gusty muzyczne?
4. Ulubiony zespół/zespoły
5. Jaki styl preferujesz? 
6. Jaka subkultura Cię denerwuje? 
7. Wierzysz w przesądy?
8. Masz jakąś ulubioną torturę dla sąsiadów? ;D 
9. Jest jakieś danie, za którym nie przepadasz? 
10. Jaki zawód chciałabyś wykonywac w przyszłości?  
11. Podaj powody, dla których chodzisz do szkoły. :D 


   To tyle ode mnie. Trochę długi post, ale to nic. Pozdrawiam, Law. (Dawno tego nie było, nie? :D


                                              Ogłoszenie parafialne: oczekujcie - wkrótce reaktywacja bloga. ;)   

wtorek, 10 lipca 2012

Wakacje. | The End.

Tak, są wakacje, zapewne wszyscy o tym wiedzą. Ciepło, dużo wolnego czasu...i właśnie tu jest problem. Ten czas przeznaczam na oglądanie filmów, spotkania ze znajomymi i własne przyjemności. Brak mi czasu na pisanie, nie...brak mi sensownych pomysłów. Nie chcę pisać na siłę. Jeśli tak będę robić, opowiadanie zjedzie na niższy poziom niż teraz jest. Mam dużo planów, które wzajemnie się komplikują. Tu to nie pasuje, tu tamto. Doprawdy, ciężko jest. Wyobraźnia, tam mam genialne opowiadanie, ale niestety, nie potrafię tego przelać na papier.  Czy kończę bloga całkowicie? Możliwe, niestety, wytrwałam niecałe pół roku. Świetnie się bawiłam z początku...Wiecie, jak to jest. Coś nowego, to człowiekowi aż chce się to kontynuować, ale jeśli mam się do tego teraz zmuszać to dziękuję. Mało osób czytało bloga, po części to moja wina, nie lubię się reklamować, a tym bardziej kogoś namawiać, by czytał. Was też zapewne wkurza, że ktoś jest w obserwatorach waszego bloga, ale nigdy na niego na zagląda. No cóż...Każdy ma prawo do wyboru. Żałuję, że kończę, gdybym tylko chciała, opowiadanie byłoby nadal i w dodatku zupełnie odmienione. Tak więc, dziękuje tym co czytali bloga. Pozdrawiam, Law...

Gdybym kontynuowała tego bloga, opowiadanie byłoby naprawdę fajne i ciekawe. Dowiedzielibyście się ciekawych rzeczy o bohaterce i jej przyjaciołach oraz o tym co przeszła. Niektóry zapewne snuli pewne domysły. Pod tym postem napiszcie, jaki sobie sami wymyślaliście ciąg dalszy.
Miłych wakacji.

sobota, 7 lipca 2012

Rozdział XII

    Pchnęłam Dzinks z kubkiem pełnym truskawkowego soku na Nate’a. Zawartość plastikowego kubeczka wylała się na jego jasną koszulkę. Przystałam. Nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać.
-Na mnie chyba czas. –Nie śmiało, nerwowo mruknęłam, stykając ze sobą dwa place wskazujące i opuszczając głowę.
-Wiedziałam, po prostu czułam to, że coś narobisz. –Przez śmiech powiedziała Dzinks próbując wytrzeć plamę kuchennym ręcznikiem.
-Ale patrz! Podłoga i dywan nienaruszony! –Krzyknęłam wskazując ręką pod ich nogi i chowając się za plecy Firm.
-Chodź, pójdziemy to przetrzeć wodą, na sucho nic to nie da. –Zwrócił się do Dzinks Nate, ciągnąc ją za rękę do łazienki.
-Muszę się uspokoić…-Powiedziałam, siadając na krześle.
-Cukier ci nie służy. –Pokręciła głową Bel.
-Masz huśtawki nastrojów? –Zapytał mnie nagle Edward.
-Dlaczego pytasz? –Zdziwiona, odwróciłam się do niego twarzą.
-Raz wesoła, raz smutna. –Zamyślony dodał.
-Jeśli byłabym cały czas wesoła, nie znieślibyście tego, jeśli byłabym cały czas smutna, martwilibyście się chyba. To jest powód, dla którego przeplatam te dwa nastroje. Czasami doprawiam je pobocznymi uczuciami. –Tłumaczyłam, rozglądając się po pokoju.
-Osobiście, wolę cię wesołą i z uśmiechem. –Uśmiechnął się, a oczy błysnęły mu przyjemnym blaskiem od promieni słonecznych.
-A ja wolę siebie taką jaką jestem. –Próbowałam ukryć upierdliwego, rzadkiego rumieńca. Wstałam i podeszłam do drzwi balkonowych. Odsunęłam blado różowe zasłony i wyjrzałam przez szybę. Moją uwagę przykuła wielka fontanna. Była w kształcie ogromnego sześciokąta, a w środku niego były trzy trójkątne wieżyczki, z którym, równymi strumieniami wylewała się czysta woda. Z wrażenia otworzyłam usta. Na dnie jej były oszklone małe dołki, w którym znajdowały się jakieś świecące kwadraty. Dawały efekt kolorowej wody. Co kilka sekund inna. U nas była taka mała, beznadziejna, która słabo świeciła tylko w nocy.
-Ej! Patrzcie! Patrzcie! Jaka cudowna fontanna! –Krzyknęłam wołając resztę.
Podeszli do mnie z nieco zmieszaną miną.
-No zwykła fontanna, dupy nie urywa. –Wzruszyła ramionami Bel.
-Nie doceniasz tego piękna! Jest cudowna! –Tupnęłam nogą, protestując.
-Zachowujesz się jak dziecko. –Odeszła od okna Firm.
Nagle poczułam jakby taki dziwny odrzut. W głowie mi się gwałtownie zakręciło. Przyłożyłam zimną protezę do czoła. Popatrzyłam na beżowe ściany, wyginały się. Wszystko, wszystko się kręciło. Miałam wrażenie, że już to przeżywałam, tak zwane deja-vu. Popatrzyłam jeszcze raz na fontannę. Naprawdę, jakbym już ją widziała, a w dodatku słyszała już to zdanie Firm. Dziwne. Po chwili przestało mi się kręcić w głowie.
-Pójdę zawołać Dzinks, by też ją zobaczyła. –Chcąc odwrócić uwagę, podbiegłam pod łazienkę. Zdziwiłam się. Światło było zgaszone, a drzwi zamknięte. Niepewnie chwyciłam klamkę. Moment później, szarpnęłam, otwierając białe drzwi z wielkim rozmachem.
-Dzinks…-Wydłużyłam to ‘s’ i zamarłam. Szczęka ze zdziwienia mi opadła. Zaraz ją będę zbierać z podłogi. Na wannie wyłożonej po zewnętrznej stronie, błękitnymi kafelkami, była oparta Dzinks z podwiniętą na brzuchu koszulką. Nad nią był nachylony Nate z rozpiętą koszulą. Szeroko otwarte drzwi, trzymałam ręką, nie mogłam ruszyc ręką. Głupio mi się zrobiło. Jeszcze się bezczelnie na nich gapiłam.
-Ja tu tylko szukałam mojego mikroskopijnego przyjaciela. –Zająkałam się, gadałam bzdury. –Nic nie widzę, ciemna jestem! –Zaczęłam się drzeć jak głupia, zasłaniając oczy. W ciemno, na omacka szukałam klamki. W końcu ją złapałam i zamknęłam gwałtownie z nimi w środku. Zombiestycznym krokiem wróciłam do kuchni. Miałam szeroko otwarte oczy.
-A ty co? Śmierć zobaczyłaś? –Zaśmiała się Firm.
-Coś gorszego… -Mruknęłam sztywno siadając na krześle. –Zakopcie mnie żywcem i ogłoście, że umarłam, bo rozjechał mnie gigantyczny, kurzowy króliczek. –Powiedziałam waląc czołem w stół.
-Co ci? –Zapytała Bel widząc moje dziwnie zachowanie.
W tej chwili do pomieszczenia weszły papużki. Mieli takie same miny co ja. Stali w progu i zakłopotanym wzrokiem patrzyli na nas.
-Co tu jest grane?! –Podejrzliwie zapytała Firm.
-Hooo! –Krzyknęłam, odchylając głowę w tył na ich widok. Na głową poszedł tułów, a z tułowiem pociągnęło się krzesło. Na złość, stanęło na tylnych nogach i przez ciężar, krzesło razem ze mną całkowicie straciło równowagę. Narobiłam niemałego huku. Rozłożyłam się na zimnym parkiecie. Wlepiłam gały w biały sufit.
-Widzę światełko w tuneli i idę w jego stronę. –Ciągliwym głosem prawiłam, zamykając oczy.
-Nawet jak naprawdę umierasz, i tak ci nie dam kawy. –Lekceważąco powiedziała Firm, celowo głośno siorbiąc.
-Idę po swoją, może też mam. –Powoli wstałam, pokazując jej mój różowy język. Nate i Dzinks mieli twarze w kolorach dojrzałych buraków.
-Zaraz wrócę, hyhyhy. –Rzuciłam, przekraczając próg. Otworzyłam swoje drzwi. Chciałam je powoli otworzyć, by nie uderzyć w bagaże, które pod nimi stały. Po troszeczkę je uchylałam. W końcu otworzyłam je na maksymalną ich rozwartość. Spojrzałam zdezorientowanie na kawowy dywan. Czy nie stały tutaj przypadkiem walizki? Zaczęłam się zastanawiać. A może je zaniosłam do pokoju? Tak, to jest właśnie wada mieszkania w pojedynkę. Nawet nie mam kogo zapytać. Albo są w kuchni? Do kuchni przeważnie wszystko zanoszę. Na pamiętam. Drzwi od mieszkania były zamknięte na klucz, więc raczej niespodziewanego gościa nie miałam. Spacerkiem poszłam w stronę pokoi. Oba zamknięte. Weszłam do tego po lewej stronie. Uniosłam wzrok na idealnie zaścielone łóżko. Na środku czarno-białej pościeli w paski, leżały moje bagaże. Plecak osobno, stał oparty o ścianę. Był rozsunięty. Obok niego znajdowała się katana, niedbale, byle jak owinięta czarną chustą. Oparłam się ręką o białą futrynę. Ponownie, chłodną protezą jeździłam po zmarszczonym, rozgrzanym czole. Odetchnęłam głęboko, przymykając powieki. Mam zwidy? Czy może pamięć mi zanikła  po tym jak przed chwilą glebłam? Jeszcze to uczucie…powoli się gubię. Dlaczego jest tak dużo pytań, a tak mało odpowiedzi? Jeszcze te zachowania, uwagi. Podniosłam się i powędrowałam do kuchni. Podłoga wyłożona białymi, kwadratowymi płytkami, wprost lśniła i odbijała wszystko wokół. Otworzyłam lodówkę. Pełno w niej przeróżnych produktów. Na drzwiczkach stało kilka kubków mrożonej kawy. Uśmiechnęłam się sama do siebie, a raczej do etykietki. Z ulgą wzięłam pierwszy łyk. Od razu zrobiło mi się lepiej. Schłodzony napój szybko przepłynął przez ciepły przełyk, ochładzając go. Usiadłam sobie na szafce. Ręką uderzyłam o coś twardego. Popatrzyłam na ten przedmiot. Czy mnie oczy mylą? Ekspres do kawy?! Po prostu raj na ziemi. Wszystko czego potrzebuję do szczęścia. Żyć, nie umierać. Przyglądnęłam się w jasnobrązowej kawie. Chyba muszę zaraz do nich wracać. Nie wypada tak sobie pójść, gdy się robi tak ciekawie. Jeszcze ten Nate…Ostatnio kręcił  z jakąś blondynką, a teraz liże się z Dzinks? Nigdy się nie zmieni. Ruszyłam tyłek, zeskakując z blatu. Przynajmniej skarpetki mi się nie ślizgały. Poszłam ubrać buty. Ostatnio raz zerknęłam, gdzie co jest.
-Jestem. –Powiedziałam wchodząc do Firm.
-Podglądaczka. –Rzuciła w moją stronę Bel z założonymi rękoma.
Zdziwiłam się, ich twarze były nader poważne. O co im chodzi? Że kim niby jestem? Uniosłam jedną brew zaprzestając łykać kawy.
-Jej przebojowa mina! –Zaczęła się śmiać Firm.
-Co już wam nagadali? –Z lekkim zirytowaniem zapytałam, siadając na podłodze po turecku.
-Kiedy oni się tak do siebie zbliżyli? –Zamyśliła się Bel.
-Niedawno. –Chrząknął Nate, opuszczając głowę.
-Niedawno, a już są tak blisko. –Podejrzanie na nich popatrzyłam.
-Blisko? Hahaha! –Popatrzyła na mnie Firm i wybuchnęła śmiechem, nie jakimś zwykłym, tylko takim, że od razu zrozumiałam z czego tyra.
-Widzisz rozumiemy się bez słów! –Również zaczęłam się śmiać.
-No ej. –Wtrąciła zawstydzona Dzinks, miętoląc wilgotną koszulkę w dłoni.
-Zazdrosna jesteś? –Zapytał Nate, patrząc mi prosto w oczy.
-Nie. –Krótko z uśmiechem odpowiedziałam. –Po prostu, jeśli ją zranisz lub zdradzisz, popamiętasz mnie. –Dodałam idąc do kosza, by wyrzucić puste, zgniecione opakowanie.
-Grozisz mi? –Wyszczerzył zęby.
-Traktuj to sobie jak chcesz. Moim skromnym zdaniem to ostrzeżenie. –Ponownie usiadłam.
-W sumie…ładnie razem wyglądacie. –Wyciągnęłam komórkę, by im zrobić zdjęcie.
-To jest sarkazm? –Zapytała zdziwiona Bel, że mówię takie coś.
-Dzisiaj nadużywam tego słowa. Nie. Mówiłam bardzo poważnie. –Zapisałam zdjęcie w telefonie. –Trzeba upiększyć nasz album. –Cicho powiedziałam w gwoli wyjaśnień.
-No tak! Całkowicie o nim zapomniałam. –Walnęła się w czoło Firm.
-A że ja o nim pamiętam. Nowość. –Zaczęłam z nudów postukiwać w jasny parkiet, paznokciem palca wskazującego.
-Dobra, przenosimy się do pokoju. Pogadamy tam, a przy okazji ja się rozpakuję. –Powiedziała Firm wychodząc z kuchni.
Jako ostatnio wstałam. Z oddali popatrzyłam na widok za oknem. Strasznie mnie nęciło, by tam teraz pójść, ale sama. Weszłam do jej pokoju. Nie za duży, nie za mały, w sam raz. Ściany w kolorze błękitu. Kolor kojący. Wyglądał jak z obrazka, a dokładnie z książek dla dzieci. Biurko pod oknem, szafy, regały wszystko jest. Zero bałaganu. Pokój marzeń. Wszyscy zajęli łóżko. Też tam miałam zamiar usiąść, ale promienie słoneczne, które wpadały przez okno, by mnie raziły, więc usiadłam na małym, okrągłym fotelu po przeciwnej stronie łóżka. Po chwili coś mi nie pasowało. Firm ma tylko jeden pokój?  
-Czy każdy z was ma jeden pokój dla siebie? –Niepewnie zapytałam, rozglądając się.
-Ta, a co ty myślałaś? –Odpowiedziała Dzinks.
-Bo ja z tego co się zorientowałam to mam dwa. –Cicho powiedziałam.
-Haha, może będziesz miała jakiegoś współlokatora! – Zaczęła się śmiać Bel pisząc sms’a.
-Nie żartuj sobie w ten sposób. –Podciągnęłam kolana pod brodę i oplotłam je rękami. Może ona ma racje. Zawsze mam pecha…
-Ale jeśli będzie to jakiś przystojny chłopak. Mmm. –Wtrąciła Firm zamyślając się.
-Albo przystojna dziewczyna! –Jeszcze gorzej zaczęła się rechotać Bel, trzymając ręce na brzuchu, który miał już dość tego wysiłku.
-Zabawne. Nie wiem o czym wy myślicie. A może nikogo nie przydzielą? Może ten pokój jest ot tak, bo nie mieli więcej jednopokojowego mieszkania? –Wplątałam pomiędzy ich śmiechy.
-No w sumie nic nigdy nie wiadomo. –Dodał Nate.
-Tak poza tym, co jutro mamy w planach? –Zapytałam, rozpoczynając nowy temat. Uniosłam głowę zza kolan.
-W liście pisze, że mamy zjawić się w szkolę o 8 rano w gabinecie dyrektora. –Powiedziała Bel, przestając się śmiać i trzymając kartki przed sobą.
-A gdzie ta szkoła? –Z nudną miną zadała pytanie Dzinks, przeżuwając gumę truskawkową.
-Ja mam wam wszystko czytać?! Co ja jestem?! –Oburzyła się Bel.
-Dobra niania. –Słodkim głosem odpowiedziałam na jej bulwers, uśmiechają się od ucha to ucha.
-Małe dzieci się znalazły. –Dodała obracając oczami.
-No bardzo. Niania chyba nie chce byśmy się zgubili. I dla przypomnienia, za półgodziny muszę dostać porcję kaszki. –Do kontynuacji żartów dołączył się Edward.
-A mi chyba trzeba pieluszkę przebrać. –Powiedziała Dzinks, unosząc głowę wysoko i wąchając celowo nosem.
-I jeszcze czego? –Zapytała Bel, sama delikatnie się już uśmiechając.
-Możesz jeszcze mi dać mleka z…-Zaciął się Nate, gdy popatrzyliśmy na niego.
Przyglądałyśmy się mu z lekkim zdziwieniem. Po chwili Firm rozłożyła się na podłodze i nie mogła złapać tchu, zaczęła się wielka śmiechawa. Bel wyłupiła zdziwione gały i ręce jej dosłownie opadły. Dzinks siedząca obok Nate’a zaczęła go potrącać ramieniem, śmiejąc się. Edward skrył twarz z dłoniach również ze śmiechu. Ja opuściłam głowę, zamknęłam oczy próbując jakoś ogarnąć się.
-Z butelki, o czym wy myślicie…- W końcu dokończył Nate, nie śmiejąc się.
-Gadasz za bardzo ogólnie, więc skojarzenia nie uniknione. –Dopowiedziałam nadal się tyrając.
-Skojarzenia to twoje drugie imię. –Powiedziała Firm do mnie, wstając z dywanu.
-Raczej twoje! –Zaprzeczyłam unoszą wzrok.
-Ja je mam przez ciebie. Za dużo czasu z tobą gadam i tego są skutki. –Dodałam.
-Co do tego, przyznam ci rację i zapewne nie tylko ja. Jeszcze całkiem niedawno byłaś cicha, małomówna, a teraz? Teraz zmieniłaś się. –Powiedziała zaczynając układając różne przedmioty na biurku.
-Nie lubię tego ‘zmieniłaś się’. Wolę jak ktoś mówi coś w stylu ‘stałaś się lepszą osobą’. –Usiadłam normalnie.
-Bel, przeszło ci już? –Zapytała Dzinks, szturchając ją w ramię.
-Tak, ale szczerze nie wkurzyło mnie to aż tak bardzo, jak wam się wydaje. Po prostu nie chciało mi się wszystkiego czytać na głos. –Odpowiedziała z uśmiechem, prostując kartki.
-Dobra, teraz ja się pobawię w przewodnika. –Dumnie oznajmił Ed. Ręką musnął lśniące, jasne włosy. Popatrzył na nas oczami pełnymi wdzięku. Wstał, poprawił kołnierzyk koszuli. Zaczął chodzić po pokoju, wczytując się w list.
-Nie udawaj, że myślisz. Nie wychodzi ci to. –Nate pokazał mu język.
-Mówiłeś coś, robaczku? –Zwrócił się ku niemu, dziwnie się uśmiechając.
-Mrau, ale mówiłem, że tak do mnie tylko na osobności. –Również uśmiechnął się Nate do niego.
-Czy wy coś ten teges? –Zrobiła zmieszaną minę Firm.
Popatrzyli na nas z burakami na twarzy. Widocznie im ten żart nie wyszedł. Opuścili czerwone głowy. Zagryźli paznokcie u rąk.
-Eee, chciałem powiedzieć ‘robaku’! Tak ‘robaku’! –Krzyknął Edward, nerwowo machając rękami.
-T-tak, ja nie jestem gejem! On jest! –Krzyknął Nate, wstając i wskazując palcem na Edwarda.
-He? Ja?! –Wstał również Edward.
-O mój boże…-Wstałam tuż po nich, obracając oczami. –Wy się im tłumaczcie, a ja idę spać. –Powiedziałam, zmierzając do drzwi.
-Spać? Dobrze się czujesz? –Zapytała Bel, robiąc pytającą minę.
-Mało spałam, a jutro trzeba wcześnie wstać. Do jutra. –Pomachałam i całkowicie wyszłam. 
     Skłamałam. Spać? Co mi przyszło do głowy? Nawet już chęć zjedzenia luz rozpakowania się jest bardziej wiarygodna. Podbiegłam pod drzwi swojego mieszkania. Weszłam i od razu poszłam do pokoju. Wpierw rzuciłam okiem, czy wszystko jest na swoim miejscu. Chyba miałam jakieś omamy. Wszystko jest w porządku. Ten pokój jest nawet większy od mojego. Ściany nie są jednego koloru. Dwie za łóżkiem i szafą są liliowe, a pozostałe dwie morskie. Sufit, by się nie wyróżniał również jest w kolorze morskiej wody. Cudnie to wygląda. Ściągnęłam szpargały z łóżka, kładąc się na nim. Na brzuchu, głową zwisając do ziemi. Wektorem przyniosłam sobie listy. Podsunęłam sobie pod nos. Jutro 8, gabinet dyrektora. Ciekawe. Szkoła na dołączonej mapie znajduje się około 10 minut drogi stąd, idąc cały czas prosto. Przynajmniej droga nie jest skomplikowana. Dawno tak rano nie wstałam, ciężko będzie się przyzwyczaić. „Wszystkie książki, przybory i potrzebne rzeczy znajdziecie w szafie, która jest w pokoju ukryta w ścianie za fotelem”. Co?! Ukryta szafa? Jaki bajer! I ja dopiero o tym przeczytałam? Wstałam podchodząc do fotela. Odsunęłam go. No fakt, jakiś zamek tam był z małą klamką. Zamknięte. Wyciągnęłam klucze. Jest ich trzy, jeden do mieszkania, więc dwa do czegoś innego. Wybrałam jeden z tych dwóch i włożyłam na zamka. Trafiłam za pierwszym razem. Otworzyłam tą szafę…


-----
Spóźnione, ale jest. Tak, kolejny rozdział bez sensu. Byłby dłuższy, ale to mnie by wyniosło 3000 słów, a ten rozdział już opublikowany ma prawie 2300, więcej niż dotychczas ;D Ostatnio miałam jakiś zły dzień, nie mogłam nic wymyślić i byłam już krok od usunięcia bloga. Dobrze, że tego nie zrobiłam. Za tydzień kolejny. Dzięki za przeczytanie i pozdrawiam, Law ;)  

piątek, 6 lipca 2012

Wyjaśnienie.

Dziś prawdopodobnie nie będzie rozdziału, nie będę miała czasu by go napisać. Jutro bądź w niedziele dopiero się pojawi. Dziękuje za przeczytanie tej jakże ważnej wiadomości.

sobota, 30 czerwca 2012

Rozdział XI

    Autobus nie był taki jak dotychczas w mieście widziałam. Zadbany, czysty, bez najmniejszych zadrapań, rys. Lśnił w słońcu. Rzadko spotykane. Automatyczne, podwójne drzwi się rozsunęły, a w nich pojawił się wysoki, nieco starszy pan w czarnym garniturze ze srebrnymi, prostokątnymi guzikami. Spod jego siwych wąsów pod nosem, wyłaniał się uśmiech. Powoli zszedł z trzech schodków. Spacerkiem zmierzał ku nam. Ukłonił się, sciągając swój kapelusz. Staliśmy zadziwieni z zszokowani, bardzo blisko siebie jakby stał przed nami szaleniec z piłą mechaniczną i chciał nas zabić. Tajemniczy kierowca wyprostował się i stał naprzeciw nas.
-Nowi uczniowie Alchemist School? -Spokojnym, delikatnym głosem zapytał, nie przestając się uśmiechać.
Nikt nie zebrał odwagi w sobie i nie odpowiedział. Po chwili, lekko kiwnęliśmy głową na "tak". Zmierzyliśmy siebie wzajemnie pytającym wzrokiem. Po chwili wypuściłam długo trzymane, powietrze z płuc.
-Nie bójcie się. Jestem kierowcą, który zawodzi uczniów do szkoły. Mówcie mi "dziadek". -Zaśmiał się.
-Dziadek?! -Z niedowierzaniem, cicho powtórzyła Dzinks, odciągając od ust kubek.
-Owszem. Pozwólcie, że zabiorę wasze bagaże do autobusu. -Wziął pierwsze z brzegu walizki. Sprawnie znosił je do bagażnika.
-To my pomożemy! -Razem zbudzeni jakby ze sną, zakrzyknęli Edward i Nate. Podbiegli do starszego pana.
-Już teraz sądzę, że to będzie ciekawy rok szkolny. -Cicho pod nosem, sama do siebie szepnęłam ruszając do środka autobusu. Usiadłam na samym końcu, po środku czterech, złączonych siedzeń. Po moich obu stronach, usiadły Bel i Firm. W podwójnych siedzeniach przed nami, usiedli Dzinks i Nate. Edward po chwili postoju przed nami i szybkiego zastanowienia, poprosił bym usiadła przy prawym oknie. Sam usiadł obok mnie. Bel zamieniła się miejscem z Firm i również siedziała przy oknie. W ten sposób Firm i ja zostałyśmy rozdzielone od siebie na bezpieczną odległość. Sprytnie to sobie wymyślił. Dziadek zamknął pełny bagażnik i usiadł na miejscu za kierownicą. Ściągnął swój wysoki, czarny kapelusz i położył na siedzeniu obok.
-Ruszamy, przewidziany czas podróży to godzinka. -Powiedział, patrząc w lusterko nad swoim czołem, tak, że nas widział i nie musiał się odwracać. Nacisnął pewnie na gaz. Z początku nie jechaliśmy za szybko. Droga wiodła w większości po prostej, ciągnąc się za obrzeża miasta. Oparłam głowę o zimną szybę. Śledziłam wzrokiem szybko przejeżdżaną jezdnię. Od czasu do czasu, obok drogi stały znaki drogowe, szczerze mówiąc, niepotrzebnie.
-Jesteś zmęczona? -Cicho zapytał Edward, nachylając się do przodu, by zobaczyć moją bladą, zaspaną, szkaradną twarz.
-Nie. -Po prostu krótko odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od ulicy.
-A tak wyglądasz. Może, źle się czujesz? -Odetchnął ciężko, opierając się o oparcie siedzenia.
-A Ty co się tak martwisz? -Podejrzliwie zapytałam, zwracając się ku niemu.
-Tak po prostu. Co się stało, że naszyjnika nie założyłaś? Zazwyczaj się z nim nie rozstawałaś, był jak oczko w twojej głowie. -Zmienił temat.
-He?! Co? Nie mam go?! -Nerwowo położyłam rękę na szyi. Faktycznie, nie było go. Zaczęłam się szybko zastanawiac, gdzie może byc. Nie pamiętałam, czy go zakładałam. A co jeśli go zgubiłam? A może go zostawiłam niechcący w domu? Ale to mi się nie zdarzyło jeszcze...
-Spokojnie, nie panikuj. Sprawdź, może masz go w plecaku. -Wtrąciła Bel, wskazując palcem na mój plecak, który leżał pod moim siedzeniem. Popatrzyłam lekceważąco na niego. Wystawała z niego dziwna czarna chustka. Prawdopodobnie coś owijała. Podniosłam to coś i zaczęłam powoli rozwijać. Nie wierzyłam własnym oczom. Była to moja katana, a na niej zawinięty był naszyjnik. Nie przypominałam sobie, bym pakowała katanę, a w dodatku w tak nieostrożny, głupi sposób. Naszyjnika nigdy też bym tak nie zawiesiła. Zaczęłam powoli odplątywać talizman. Po jego ogarnięciu, zacisnęłam go w dłoni, snując domysły. Katanę zawinęłam s powrotem w czarną tkaninę i bardziej bezpiecznie ją schowałam.
-Widzisz, masz go. -Powiedział wesoło i z ulgą Edward, biorąc go do rąk szukając małego zapięcia. Kazał mi się odwrócić plecami i odgarnąć włosy. Delikatnie zapiął mi go na szyi. Z chwilą jego swobodnego zawiśnięcia na szyi, poczułam coś dziwnego. Gniew, zmartwienie, złość i inne negatywne uczucia mnie opuściły. Już ich nie odczuwałam. Siedziałam z szeroko otwartymi oczami. Puściłam włosy, przez chwilę się nie odwracałam.
-Ej, wszystko gra? -Zapytał zmartwiony Ed, kładąc rękę na moim ramieniu, bym spojrzała na niego.
-T-tak. -Wesoło odpowiedziałam, odwracając się z szerokim uśmiechem na twarzy. Moje poprzednio zmarszczone brwi, rozluźniły się. Przymrużone, nieprzyjemne oczy, nabrały błysku. Zwężone źrenice, rozszerzyły się. Na twarzy, policzki pokazały dołeczki od uśmiechu. Firm, która też nie miała za wesołego dnia, zwróciła się ku mnie zszokowana. Patrzyłyśmy na siebie z ogromnym zdziwieniem w oczach.
-Law, co się stało? -Drżącymi ustami zapytała Firm.
-Chciałabym wiedzieć. -Zerknęłam na podejrzany naszyjnik.
-Dlaczego tak się zachowywałam? Czułam jakby ktoś mną kierował. -Oparła się. Po chwili wyciągnęła butelkę wody.
-To tak samo jak ja odczuwałam. Co to mogło być? -Zacisnęłam stalową pięść.
-Omal nie urwałaś mi głowy wektorem. -Uśmiechnęła się.
-Taa...-Cicho mruknęłam. Nagle coś mi zaświtało. Zerwałam się. Usiadłam na skraju miękkiego, czerwonego, skórzanego siedzenia. Skupiłam wzrok na czarnej, gumowej podłodze antypoślizgowej, na której nie było najmniejszego okruszka. -Chcesz powiedzieć, że widziałaś mój wektor? -Podniosłam głowę.
Edward i Bel popatrzyli na mnie. -Czy to jest możliwe? -Zapytał.
-Sama nie wiem. -Zamyślona odparłam z zapytaniem w głosie.
-Widocznie tak, skoro ja go wyraźnie widziałam. -Firm odstawiła na bok w połowie pustą butelkę po wodzie mineralnej.
-My go nie widzieliśmy, co nie Ed? -Szturchnęła go zaciekawiona tematem Bel.
-Nie, nic. -Krótko odpowiedział, patrząc na nią.
-Miałam wtedy te drugie oczy, prawda? -Wtrąciłam nie odwracając uwagi od bardzo ciekawej podłogi.
-Powiedzmy...-Chrząknął Edward przytykając usta pięścią, jakby nie chciał dalej mówić.
-Jak to "powiedzmy"? -Popatrzyłam mu głęboko w oczy, by wymusić od niego dalszą wypowiedź.
-Były nieco inne. -Uległ krępującemu dla każdego spojrzeniu.
-Jakieś radykalne zmiany? -Drążyłam temat, by się jak najwięcej dowiedzieć.
-Trzeba było nie zarzucać na twarz, tej gęstej, czarnej grzywki, to bym ci powiedziała. -Dodała Bel.
-A tak poza nawiasem...to co mówiłam na przystanku, nie chciałam tak powiedzieć, nawet tak nie myślę. -Niepewnie wtrąciła Firm.
-Też chcę przeprosić. Powinnam zaprzestać jak najszybciej na pierwszym zdaniu, a ja wrez odwrotnie. Moje pyskowanie prowadziło to dalszej kłótni. Dobrze, że w ostatniej chwili opanowałam się. -Spokojnie mówiłam. Zabrałam powietrza do płuc i kontynuowałam. -Ale może...biorąc pod uwagę to, że mówiłyśmy coś co nie chcemy, myślę, że te słowa były szczerą prawdą pochodzącą z serca.
-Naprawdę tak sądzisz? -Zdziwiona zapytała Firm.
-To tylko przypuszczenia. Prawda zazwyczaj nie jest głośno mówiona, każdy ją skrywa. Niektórzy ludzie się jej po prostu boją i wolą żyć w kłamstwie. Więc, czemu by tak nie uważać? Oczywiście, możecie uważać, że teraz też nie mówię prawdy.
-Prawda chyba nie powinna ranić? -Odezwał się Edward.
-Niektóra jest okrutna. -Krótko i szorstko odpowiedziałam, wracając do oglądania przemijającego pejzażu.


-Dojeżdżamy, za 3 minuty wysiadamy. -Nagle powiedział poprzednio milczący kierowca.
-Szybko to minęło. -Skomentowała to Firm, chowając wodę.
-Ta, muszę jak najszybciej wyprostować kości. -Wyciągnęłam ręce do góry, rozciągając się.
-Godzinka siedzenia i już się zastał twój szkielet?  -Podejrzliwie zapytała Bel.
-Nie przyzwyczajona jestem do jazdy autobusem. -Spontanicznie odpowiedziałam tuż po ziewnięciu.
-Witam was w Alchemist City! -Radośnie krzyknął dziadek, zatrzymując autobus.
Wstaliśmy i poszliśmy po bagaże. Ociężale podniosłam swoje szpargały. Wydawały mi się cięższe niż przedtem. Odwróciłam się w stronę chodnika, który rozciągał, daleko przed siebie. Od razu rzuciły mi się w oczy bloki w odcieniu szarości. Były wysokie, wyglądały jak namalowane. W każdym oknie były zasłony różnego koloru. Trawy wokół były równo skoszone. Drzewa i krzewy dokładnie przycięte. Niektóre miały zamierzony, zwierzęcy kształt. Panował porządek. Zachwyciłam się tym. Powietrze nie było takie jak w naszym mieście. Auta nie hałasowały. Dzieci miały ogrodzony plac zabaw. Wypuściłam z rąk walizkę, a plecak z ramienia upadł na szary, płaski, niepopękany beton.
-Tu jest cudownie! -Krzyknęłam, okręcając się w wokół własnej osi z rozłożonymi do boku rękami.
-Spokojnie, to dopiero początek. -Podszedł do mnie dziadek.
-Wiem, ale i tak już uwielbiam to miasto. -Podniosłam rzeczy, przestając świrować.
-Podejdźcie bliżej do mnie. Chcę wam coś podarować. -Powiedział zaganiając nas ręką.
Z czarnego, długiego płaszcza, zakończonego jaskółczym ogonem, wyciągnął kilka kopert. Był beżowe i nieco wybrzuszone. Wyglądały jak takie z folią bąbelkową w środku dla ochrony bardziej delikatnych rzeczy. Było ich dokładnie 6. Tak jakby dla każdego z osobna. Bez zapytania o nazwiska, podał nam zaadresowane koperty, bez pomyłki. Każdy dostał właściwą, tak jakby nas znał. Zdziwiło mnie to. Patrzyłam na jego uśmiech, który praktycznie z jego twarzy nie schodził. Powoli, ostrożnie rozdzierałam palcem brzeg koperty. Trochę w niej było.
-To co tu otrzymaliście, to są wyjaśnienia, informacje i kilka wskazówek dotyczących, tego co tu spotkacie i co was czeka. Niestety chciałbym wam jeszcze poodpowiadac na wasze pytania, ale czas mnie goni. Nie martwcie się, poradzicie sobie. -Wyciągnął z kieszeni srebrny zegarek kieszonkowy. Ukłonił się zaczął wracać do autobusu.
-Przepraszam, ale jak mamy się tu odnaleźć?! Gdzie mamy iść?! -Krzyknął Nate chcąc go zatrzymać.
-Czasami odpowiedź jest bliżej niż wam się wydaje. -Odpowiedział zamykając drzwi i odjeżdżając.
-Baran z ciebie. Może byś tak skupił trochę uwagi na czytanie? Tu musi być wszystko. -Powiedziałam szturchając go w ramię.
-Co to są?! Klucze?! -Krzyknęła Firm, wyciągając parę kluczy na srebrnym breloczku, ze swojej koperty.
-Mhm, a do nich przyczepiona jest mała, kwadratowa karteczka z jakimś numerem 10. -Wtrąciła Dzinks.
-Chwila. Każdy z nas ma chyba ten numerek inny. Ja mam 13. To mnie już prześladuje. -Markotnie oznajmiłam.
-A ja wiem do czego one są. To numery naszych, nowych mieszkań tutaj. -Dumnie powiedziała Bel, wskazując kartkę, z której to wyczytała.
-Mieszkania?! Nasze własne?! Już mi się tu podoba! -Zafascynowała, podskoczyła Dzinks ściskając z radości klucze w dłoni.
-Super, tylko, który to blok? -Ironicznie zapytała Firm.
-Jak dobrze przeczytałam, to za nami powinien być ten blok. -Obróciłam się pokazując ręką budynek. Nazwa osiedla na tabliczce, która była na nim, zgadza się z tą w liście. Osiedle Szmaragdowe.
-Łaa, ale fajna nazwa. -Krótko z uśmiechem dopowiedziała Bel.
-Będziemy tak tu stać, czy idziemy? -Dodał niecierpliwie Nate.
-Idziemy! -Chwyciła swoje bagaże Firm i ruszyła przodem. Otworzyliśmy podwójne, czarne drzwi. Na środku miały wielką szybę. Klatka schodowa miała jasnofioletowe ściany, a każde drzwi były czarne. Rzadko spotykane. Wszyscy mieszkaliśmy na jednym piętrze, a takich pięter było 5. Budynek naprawdę był ogromny.
-Uff, no to otwierajmy nasze mieszkania. -Powiedziała Bel, zatrzymując się pod drzwiami ze swoim numerem.
-Ja będę się śmiała, gdy się pomyliliśmy i komuś zrobimy porządny wjazd na chatę.  -Zachichotała Dzinks.
-Raczej, chyba umiem czytać. -Cicho powiedziałam, wkładając klucz do zamka. -Eee, wiecie może, w którą stronię się przekręca, by otworzyć? -Słodkim głosikiem zapytałam, licząc na pomoc.
-Próbuj aż się uda. -Poradziła Firm.
Po chwilowym siłowaniem się z zamkiem, każdy otworzył drzwi. Wnieśliśmy swoje bagaże. Zaczęłam się rozglądać od razu po moich kątach. Wszędzie było czyściutko. Zaraz przy wejściu, znajdowała się jasnożółta kuchnia, połączona z jadalną i salonikiem w jednym? Stał tam duży stół, a pod ścianą duży telewizor. Przedpokój w dalszej części prowadził do dwóch małych pokoi oddzielonych łazienką. Mieszkanie ogółem mi się podobało. Wróciłam pod drzwi.
-Law, chodź, wszyscy zebraliśmy się na chwilę u Firm. Chcemy podyskutować. -Powiedziała pośpiesznie mi za plecami Dzinks.
-Zamknęłam drzwi i podbiegłam do mieszkania Firm. Nie różniło się pod względem architektonicznym. Tylko kolorystyka i dekoracje były inne. Usiedliśmy przy drewnianym stole. Każdy bez wyjątku miał uśmiech na twarzy. Delikatnie odsunęłam ciemno brązowe krzesło z bordowym, miękkim oparciem. Przeglądałam w chwilowym liczeniu swoje informacje.
-Dlaczego nie mieszkamy w jednym, dużym mieszkaniu? -Skomlała Dzinks robiąc maślane oczy do Nate'a.
-Nie sądzisz, że to by wyglądało dziwnie? Problemem by była łazienka, różne upodobania kulinarne i muzyczne. -Odpowiedziałam podpierając podbródek.
-Przynajmniej lodówka jest pełna. -Stojąc przy dużej, białej lodówce, powiedziała Firm, rzucając oko na produkty.
-Czy ja tam widzę kawę mrożoną?! -Ożywiłam się, robiąc oczy jak 5 złotych. Jak zahipnotyzowana wstałam i do niej podeszłam.
-Kawopijca. Nie dam ci, bo potem będziesz miała nader energii i nie wytrzymamy z tobą. -Szybko zabrała mi sprzed oczu kawę.
-Proooszę! -Słodziasny, dziecięcym głosikiem prosiłam, ładnie składając rączki.
-Nie. -Krótko powiedziała, sama ją pijąc.
-Zła mamusia. Ble Firm. -Odwróciłam się na pięcie z wystawionym językiem.
-Za karę zeżrę ci cały cukier. --Przyuważyłam cukierniczkę pełną prostokątnych kosteczek białego cukru. Wpakowałam jedną do gęby.
-Cukrzyk cholerny. -Złośliwie skomentowała.
Pokrzywiłam jej się w żartach. Zaczęłam iśc do tyłu. To był właśnie głupi błąd. Poczułam, że w kogoś niedelikatnie weszłam...



---------
Hyhyhy, napisałabym więcej, ale nie mam siały. Jest już po północy, a jeszcze chce tyle zrobic! Piątek, koniec roku, rozpoczęcie wakacji i nowy rozdzialik ;D Nic, tylko się cieszyc ;d Wybaczcie jakiekolwiek błędy, pisałam szybko, bo chciałam to jak najszybciej opublikowac. Dzięki za przeczytanie, pozdrawiam, Law :))
Ps. W osobnej stronie, zaraz pod nagłówkiem, obok 'Strony Głównej" są zdjęcia bohaterów. ;) W przyszłości dodam kolejne, bo dojdzie więcej postaci ;)    
     

piątek, 22 czerwca 2012

Rozdział X

     Przyglądając się tak w tym odbiciu całego pokoju, przyuważyłam, że na kanapie na moimi plecami leżała katana. Dawno jej w rękach nie miałam, a jeszcze dawniej trenowałam. Nie mogę wypaść z formy. Odłożyłam kubek i wstałam z krzesła. Podeszłam do beżowej, dużej kanapy i chwyciłam broń w dłoń. Wyciągnęłam ją ze zdobionej ochronki. Zaczęłam przyglądać się w srebrzystym ostrzu. Tato ostatnio mówił, że dał ją do podrasowania i przeglądu, bo rzekomo była lekko zarysowana i prawdopodobnie oszczerbiona. Nie pamiętam, bym aż tak nią wywijała do takiego stanu. Ja tu jakoś aktualnie nic nie widzę, ani usterek, ani śladów naprawy. Palcem wskazującym, lewej dłoni przejechałam po boku ostrza, nawet w tym miejscu jest ostry jak brzytwa, a nawet gorzej. Nie czułam żadnych uwypukleń i wgnieceń. Usiadłam sobie i na spokojnie kataną wymierzałam sobie w obraz przedstawiający kobietę, którą prowadzi śmierć.
-Jednak to prawda, co ona zrobiła? –Nagle usłyszałam, tajemniczy, męski głos. Wydawało mi się jakby ktoś to powiedział stojąc prze de mną, ale przecież nikogo nie ma w domu oprócz mnie! Przez moment nerwowo ściskałam broń w dłoniach. Nie mogło mi się to przesłyszeć. To było autentycznie realistyczne, takie prawdziwe, takie wyraźne. Niemożliwe, że to tylko wyobraźnia płata mi figle. Przestraszyłam się. Szybko schowałam katanę, rzuciłam ją na łóżko, które stało nieco oddalone od kanapy i czym prędzej z sercem podchodzącym do gardła, pobiegłam do pokoju. Po drodze pogasiłam okoliczne światła i na nieszczęście uderzyłam się w małego palca u stopy o futrynę. Trzymając się za obolałego strasznie palca, na jednej nodze skoczyłam do pokoju, zamykając gwałtownie za sobą drzwi. Wskoczyłam na pościelone łóżko i po uczy zakryłam się ciepłą kołdrą. Serce biło mi głośno i szybko. Bez słowa, jęku, niczego, przez godzinę w bez ruchu próbowałam zasnąć.
   Zrobiło mi się duszno. Wystawiłam stopy poza kołdrę. Chłodek je otulił. Przez twardo zamknięte moje powieki, próbowało się przedostać poranne słonko. Lekceważąco obróciłam się na bok. Wyciągnęłam zdrętwiałą rękę, by zobaczyć na komórkę, która jest godzina. Po kilku nieudanych próbach chwycenia go i podniesienia z podłogi, w końcu opuszkami wyczułam jego duży ekran. Podniosłam go i przyciągnęłam pod nos. Na oślep odblokowałam i zaspanymi oczami popatrzyłam na wyświetlacz. Myślałam, że mam tylko zwidy, że jest po 9… Nagle zerwałam się na równe nogi. Przyjrzałam się godzinie na zegarku powieszonym nad łóżkiem, a jednak, próbowałam wprowadzić się w błąd. Przeklinałam siebie w duchu. Przecież o 10 ma być autobus na rynku. Nałożyłam pierwsze, lepsze kapcie, nie sprawdzając czy są poprawnie założone i pobiegłam do łazienki. Podłączyłam prostownicę, wyciągnęłam z wysoko położonego kubka, moją szczoteczkę i pastę. Ochlapałam zimną wodą twarz. Wycierając ją, zastanawiałam się, dlaczego jestem takim bez mózgiem. Wiedząc, że mam rano stąd wyjechać, to nie nastawiłam sobie nędznego budzika. Mało tego! Przecież w nocy ze strachu, po północy dopiero zasnęłam. Odłożyłam niedbale ręcznik i wpakowałam do gęby niebieską szczoteczkę z dużą ilością miętowej pasty, która żre w język. Szczotkowałam je energicznie, ale żeby nie tracić czasu, łaziłam po pokoju wyciągając ubrania, które założę. Zostało mi jeszcze 10 minut zanim ekipa po mnie wpadnie i razem pójdziemy pod ratusz. Wciągnęłam gacie i szłam płukać usta, znaczy miałam taki zamiar. A przerwał mi go dzwonek telefonu. Wróciłam się do pokoju i zwinęłam rozbrzmiewający telefon z łóżka. Dzwoniła Firm. Odebrałam przykładając słuchawkę do ucha.
-H-halo? – Z pełną gębą piany z pasty, powiedziałam mało zrozumiale.
-Eee? Wyciąg te ciastka w ust, albo nie żryj jak odbierasz! – Krzyknęła do głośnika Firm, aż odciągnęłam go od głowy.
-A się czepiasz, nie mam czasu na jedzenie ciastek. – Wyciągnęłam szczoteczkę z buzi i odruchowo połknęłam to co miałam.
-Niech zgadnę, dopiero wstałaś? –Nieco wkurzona zapytała, ciężko oddychając.
-Niestety…-Cicho odpowiedziałam i poszłam do łazienki.
-10 minut i masz być gotowa, bo jak nie to ci nakopię tak soczyście w tyłek. –Rozłączyła się.
Lekkim rzutem dołożyłam telefon na pralkę. Zaczęłam płukać zęby i szczoteczkę. Przy okazji napiłam się trochę kranówy, by zabić ten nie smak z połkniętej pasty. Szybko zaczęłam prostować włosy z grubsza, tylko do nieukładającej się grzywki przyłożyłam rękę. Przez bite 5 minut męczyłam się z nieznośną grzywką. Potem już w trymiga ubierałam się. Zostało mi 3 minuty. Miałam iść założyć buty, ale wychodząc z pokoju podejrzanie spojrzałam na biurko. Pacnęłam się w czoło, bo bym zapomniała o czymś bardzo, bardzo ważnym – o laptopie. Migiem któryś raz z kolei się cofnęłam przez moje zapominalstwo. Rzuciłam plecak na podłogę i otworzyłam szafkę. Wyciągnęłam z niej specjalną torbę na sprzęt. Podłączałam różne kolorowe kabelki od komputera. Wpakowałam go do folii bąbelkowej a potem do czarnej, podręcznej torby na zamek. Sprawdziłam w małej kieszonce czy znajduje się tam modem USB, służący do bezprzewodowego Internetu. Nie mam zamiaru taszczyć Radiówki ze sobą. Po kilku sekundach założyłam glany, tradycyjnie ich nie zawiązałam. Brak czasu. W zębach trzymałam klucz od mieszkania, bo gdy się tak krzątałam, zorientowałam się, że ojca nie ma. Złapałam za klamkę, ale ciągle miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam. Olałam to i mocno szarpnęłam za klamkę, szeroko otwierając drzwi. Dumnie ruszyłam przed siebie. Nim podniosłam wzrok, by trafić małym kluczem w zamek, poczułam mocne, bliskie zderzenie z kimś. Powoli uniosłam speszoną głowę i ujrzałam wysokiego bruneta. Szczęście w nieszczęściu, był to tato. Jak zwykle się uśmiechał.
-No cześć… -Cicho i niewinnie zaczęłam, wyciągając srebrny klucz z ust.
-Ale gonisz. Jeszcze chwila i bym już cię nie zobaczył, ani nie pożegnał. –Z uśmiechem mówił.
-Masz farta, bo niefortunnie dla mnie zaspałam, tak to by mnie już tu dawno nie było. –Obróciłam oczami i ścisnęłam metalowy uchwyt walizki. Dałam wyraźnie wrażenie niecierpliwości.
-Pomogę ci. –Chciał ściągnąć mi z pleców naładowany plecak.
-Nie trzeba, dam sobie radę. –Wyminęłam jego rękę.
Popatrzył na mnie ze zdziwieniem. –To przynajmniej trzymaj tu trochę na razie, za 3 dni przywiozę więcej. –Zaczął grzebać w kieszeni po czym wyciągnął portfel, a z niego sporą sumkę. Podał mi ją.
 -Nie chcę. Mam ze sobą kartę do bankomatu ze swoimi środkami. –Ręką odsunęłam pieniądze i zrobiłam delikatny krok do przodu.
-Widzę, że się niecierpliwisz. Dobra, nie zatrzymuje cię już. Trzymaj się. –Uścisnął mnie mocno na pożegnanie. Dawno mnie tak nie przytulił. Zapomniałam już jakie to miłe uczucie. Milczałam. Zaczęłam powoli, schodek po schodku, schodzić z bagażami. Starałam się zachowywać jak najciszej. Przypomniałam sobie jego wczorajsze zachowanie i jeszcze wcześniejsze reakcje.
-Tato, cokolwiek zrobiłam, przepraszam. –Słabo powiedziałam nie podnosząc głowy do góry. W połowie te słowa zagłuszyła walizka, która kółeczkami uderzała o kamienne schodki. Czułam jego wzrok na plecach.
      Przyśpieszyłam kroku i sprawnie zeskakiwałam co kilka stopni. Przez szybę od drzwi wejściowych do klatki, widziałam przymierzającą się do zadzwonienia domofonem Firm. Przed naciśnięciem tego małego guzika, kopniakiem otworzyłam ciężkie drzwi.
-Jestem. –Z wesołą miną powiedziałam. Wszyscy mieli spore bagaże, a na twarzach widniały uśmiechy.
-Nareszcie, księżniczka za drewnianą piątkę. –Wkurzona Firm rzuciła w moją stronę, po czym wyszła na przód grupy, próbując się rozchmurzyć.
Chwile kminiłam co miała na myśli, ale po momencie ruszyłam i dołączyłam do wspólnych konwersacji. Weszliśmy na górkę, opuszczając osiedle. Znaleźliśmy się przed sklepem. Przystałam, wyciągając drobne z tylnej kieszeni spodni.
-Hej! Poczekajcie, nic nie jadłam i głodna jestem, idę do sklepu na dosłownie minutę, ok? –Krzyknęłam zatrzymując ekipę.
-Jakoś mnie to nie dziwi. Poczekamy, też bym coś kupiła, ale napchałam się w domu. –Powiedziała Dzinks, opierając się o parapet okna sklepowego.
Odstawiłam walizkę obok niej i podreptałam do sklepu. Tuż przy wejściu owiał mnie delikatny chłodek, który produkowała klimatyzacja. Standardowe ‘dzień dobry’. Poszłam na dział z jogurtami i takimi tam, ogółem mówiąc nabiał. Miałam na celu zakup pół litrowej butelki jogurtu pitnego, waniliowego, ale po obejrzeniu się do tyłu, w przeciwnej lodówce moją uwagę przykuła kawa mrożona. Wzięłam ją, chociaż wiedziałam, że ona nie zastąpi mi normalnej kawy, ale trudno. Następnie poszłam na pieczywo. Z koszyczka, do woreczka zapakowałam jednego, dużego pączka z lukrem. Zaczęłam zmierzać w stronę kasy, by zapłacić za moje skromne śniadanko. Z lekkim smutkiem wyszłam z chłodnego pomieszczenia do istnej duchoty. Na zewnątrz było ciepło, nawet bardzo. Nie znoszę takiej temperatury. Otworzyłam swoją kawusię mrożoną i zaczęłam powoli pic, z początku delektując się smakiem. Tak jak sądziłam, to nie smakuje jak kawa.
-Możemy isc, zahamowałam na razie swój głód. –Powiedziałam podnosząc bagaże. Dodatkowo przegryzałam między łykami, pączusia.
-Teraz całą drogę będzie: „Omnomnomnomon”. –Dzinks zaczęła się śmiać, podnosząc tyłek z parapetu.
-Całą? Ona nawet tego połowę drogi nie będzie mieć. Za moment to zniknie, zobaczymy magię. –Bez komentarza Bel się nie obeszło.
-Zabawne. –Maczając usta w kubku kawy, cicho burknęłam idąc przed siebie. Szliśmy nawet sprawnie. Ale kawałek drogi do przejścia był. Po drodze ludzie śledzili nad wzrokiem. Ja szłam tuż za paczką, na tyłach oczywiście i słuchałam sobie muzyki. Czułam jakby jakiś lęk, lecz jego powodu nie mogłam znaleźć. Powoli wgryzałam się w środek pączka. Jego nadzienie było pyszne. Delikatny jakby mus z owoców leśnych. Wypiłam już większą połowę tej lury. Miałam jeszcze ochotę na dużego szejka waniliowego. Mogłabym go kupić w budce niedaleko rynku, będzie po drodze. Po chwili przyśpieszyłam kroku i szłam równo z resztą. Byliśmy coraz bliżej. Dzieliły nas od celu zaledwie metry. Podniosłam wcześniej opuszczoną głowę i odetchnęłam, bo w końcu sobie przycupnę na ławeczce. Podeszliśmy nareszcie pod ratusz. Jako pierwsza podbiegłam na drewnianą ławkę, rozkładając się na niej i odchyliłam głowę w tył.
-No, naprawdę, musiałaś się bardzo zmęczyć. –Sarkastycznie powiedział Nate, małpując mój styl siedzenia.
-Zamknij się. Każdy inaczej radzi sobie z wysiłkiem. Ja mam anemię, więc jest mi jeszcze trudniej.
-Mamy jeszcze około 10 minut do 10. Wyrobiliśmy się. –Powiedziała Firm wyciągając komórkę z kieszeni.
-I jesteśmy przed czasem, bo goniliśmy jakbyśmy mieli motorki w tyłkach, a nie przepraszam, wy goniliście, ja próbowałam nadążyć. –Odpowiedziałam nie podnosząc głowy.
-Ty tak uważasz. Moim zdaniem szliśmy normalnie, nie za szybko, nie za wolno. –Wzruszyła ramionami.
-Zwał jak zwał. Idę po szejka, bo padnę. –Ociężale się podniosłam i powoli zmierzałam do oddalonego o 100 metrów budki.  Szłam na luzie, bez pośpiechu. Odruchowo chciałam już przygotować kasę. Na chwilę przystałam. Zastanawiałam się czy isc wybrać trochę pieniędzy z konta. Tam, gdzie jedziemy, nie będę miała pojęcia gdzie jest jakiś bankomat. Po kilkusekundowej po stójce na środku chodniczka, zmieniłam kierunek. Poszłam na lewo od budki. Z tego do pamiętałam tak jest bankomat. Nie myliłam się, był. Wyciągnęłam czarny portfel z plecaka. Niebieską kartę włożyłam do przeznaczonego na nią miejsca. Podstawy jak zawsze, kod PIN, kwota, która mnie interesuje, a przy końcu akceptacja transakcji. Wybrałam niemałą sumkę na wszelki wypadek. Zabrałam kartę i zadowolona poszłam w końcu po szejka. Miła pani, która je sprzedaje zawsze jest uśmiechnięta. Ta budka istnieje tu już od jakiś pięciu lat. Więc jeszcze jak byłam normalna i niczego nieświadoma i głupia, przychodziłam tu często z ojcem. Czasami tą starszą panią zastępuje jakaś młoda damulka, której nie trawię od zawsze. Ma nieprzyjemny wyraz twarzy, wzrok mordercy i jest nieco przy kości. Dawniej się jej bałam, ale teraz traktuję ją, a raczej staram się, jak normalną osobę. Po momencie z zakupionym szejkiem, szczęśliwa wracałam. Sprzedała mi go właśnie ta druga. Na szczęście nie zaczynała jakieś rozmowy. Po drugim, pełnym łyku, stwierdziłam, że był on przed chwilą robiony, bo czuć było nie rozmieszany, cukier w kryształkach. Cóż, przeżyję. Pijąc go przez przeźroczystą rurkę, doszłam do naszej ławki.
-Ty pękniesz, ja ci to mówię. –Żartobliwie, na mój widok powiedziała Bel, zajmując moje poprzednie miejsce.
-Ty już się o to nie martw. –Cicho odchrząknęłam, bo w gardle zaczęło mnie drapać od tego zimnego szejka.
-Jak możesz, daj łyka. –Powiedziała Dzinks wyciągając rękę i trzepocząc, pomalowanymi na czarno rzęsami.
-W sumie, masz już tą drugą połowę. –Przestałam siorbać i wyciągnęłam moją zgryzioną rurkę. Podałam jej kubek bez górnego wieka.
-Dziaa.- Krótko podziękowała popijając roztopione lody. Potem niewinnie usiadła blisko obok Nate’a i zaczęła z nim osobno gadać.
-Zaraz powinien przyjechać. –Wtrąciła Firm po czym wstała i patrzyła w dal ulicy.
-Ta, albo się spóźni tak jak co drugi autobus. –Szorstko pod nosem dodałam, sprawdzając godzinę.
-Wstałaś lewą nogą, czy mam tylko takie wrażenie? –Z niewesołą miną zwróciła się do mnie Firm.
-A która to lewa? Tak na poważnie, nigdy nie patrzę, którą nogą pierwszą dotykam podłogi. To nie ma żadnego znaczenia.
-Matko, to taka przenośnia. Wszystko bierzesz na poważnie. Powiedz co ci leży na sercu, a nie się buczysz od rana.
-Nic mi nie leży na sercu, każdy może mieć zły dzień, nie sądzisz?! –Krzyknęłam choć nie chciałam.
-Odnoszę wrażenie, że jesteś o coś zazdrosna. Twoje zachowanie to zdradza. –Cicho powiedziała jakby chciała, bym się domagała o powtórzenie jej zdania.
-Niby o co? –Uniosłam jedną brew i zrobiłam podejrzliwą minę. W myślach zastanawiałam się co nam odbija. Nie chciałam się z nią kłócić, a moje pyskówki tylko do tego prowadziły. Co się ze mną dzieje?
-O to, że już nie będziesz taką gwiazdeczką w naszych oczach. –Z zadowoloną początkowo miną to powiedziała, ale po chwili przyłożyła sobie rękę do ust, jakby chciała się powstrzymać od dalszych argumentów.
-Gwiazdeczką? Co do cholery, masz na myśli? –Zagryzłam wargę, tłumiąc w sobie narastający gniew. Zacisnęłam komórkę z ręce.
-Nie tylko Ty teraz będziesz miała możliwość użycia nadnaturalnych zdolności. Twoje 5 minut minęło. –Odkryła usta, ale ponownie je zatkała. Miała przestraszone oczy. Zaczęła kiwać głową, jakby chciała przez to przeprosić.
-Tak sądzisz? –Wkurzona odpowiedziałam, prostując się. Czułam, że tracę nad sobą kontrolę. Ciało mnie nie słuchało, tym bardziej wektory. Jeden sam się pojawił. –Mam tego dość. Nie jestem zazdrosna, jakbym chciała, pozbyłam bym się każdego, kto by chciał mnie przewyższyć! –Wykrzyknęłam groźnie, a wektor ruszył prosto na Firm. Nie wiedziałam co się dzieje. Nie chciałam tego powiedzieć, a tym bardziej zrobić! Złapałam się za głowę. Skuliłam się, próbując powstrzymać to co mną kieruje. Gdy ten wektor mierzył w nią, czułam straszny ból, jakby ktoś rozdzierał mi serce na pół. W ostatniej chwili wektor chybił i zniknął. Udało mi się nad nim zapanować. Ból minął, odetchnęłam. –Nie podchodźcie na razie do mnie, proszę. –Ze skruchą powiedziałam. Dzinks i Nate obserwowali całe zajście, przez co przestali być weseli. Edward patrzył z niedowierzaniem, a Bel ucichła. Nie wiedziałam co się ze mną działo. Od kiedy jestem tak wrażliwa na zdenerwowanie i głupie żarty? Ze wstydu opuściłam głowę i zacisnęłam zęby. Grzywka przykryła mi oczy i część twarzy. Wsadziłam ręce do kieszeni. Chciałam by ten autobus jak najszybciej przyjechał. Nikt z nas nie próbował nawiązać rozmowy. Pogrążyliśmy się w ciszy. Generalnie wyjeżdżając jesteśmy zdani na siebie. Dwa dni temu i o wiele wcześniej nie kłóciliśmy się. A teraz jakby pojawiła się między nami przepaść. Tylko co stworzyło tą przepaść? Nagle usłyszałam, że ktoś zatrąbił. Podniosłam głowę i zobaczyłam czarno-czerwony autobus…


 -----
Napisałam! Jea! :D Szczerze, ten rozdział podobał mi się, co jest rzadkością! :D Gomen za błędy i takie tam :) 
Za tydzień kolejny jak zawsze. Akurat, zakończenie roku szkolnego, świadectwo dostaniecie na na deserek moje opowiadanie ;d Żartuję :D Dzięki za przeczytanie i pozdrawiam Law :))   Ps. Głupi Word. ;/